Archiwum kategorii: Bez kategorii

Ostatnio wielu liderów odchodzi z powodów biologicznych. Jednak w cale nie tak łatwo o następców. Najlepiej kryzys przywództwa widać w polskich partiach politycznych. Dotyczy on jednak także innych sfer życia społecznego.

Leader czyli po polsku lider to osoba przewodząca, stojąca na czele danej grupy, akceptowana przez innych jak przywódca społeczności, która inni chcą naśladować. Wbrew pozorom mało kto zostaje liderem, mimo, że nawet są specjalne licea i szkoły wyższe kształcące w tym kierunku.

Liderem można zostać samoistnie, albo dzięki inspiracji. Tej drugiej opcji służy Konferencji Młodych Liderów, organizowana już po raz drugi. Jej pomysłodawcą i organizatorem jest Franciszek Sokołowski – uwaga (!) – uczeń liceum ogólnokształcącego! Całe wydarzenie zostało zorganizowana przez uczniów warszawskich liceów. Pierwsza Konferencja zorganizowana rok temu, na Olimpiadzie Projektów Społecznych „Zwolnieni z Teorii”, została uznana  za najlepsze wydarzenie publiczne 2017 r.

Druga edycja Konferencji Młodych Liderów zgromadziła ponad 400 licealistów z całej Polski. Przez dwa dni, młodzież miała okazję poznać i osobiście rozmawiać z uczestnikami życia publicznego czyli ludźmi świata polityki, biznesu, kultury i trzeciego sektora. W konferencji wzięli udział m. in. wicepremier – Jarosław Gowin, były premier i prezes Narodowego Banku Polskiego – Marek Belka, chargé d’affaires Ambasady USA w Polsce John C. Law, dyrektor Banku Światowego na Polskę i Państwa Bałtyckie – Carlos Piñerúa, były ambasador Polski przy ONZ i NATO – Bogusław Winid, Prezes Zarządu Emitel Polska – Andrzej Kozłowski, Prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego (PTZ) – Marcin Schrimer, reżyser – Juliusz Machulski czy aktor – Janusz Gajos.

Bardzo ciekawe było wystąpienie Andrzeja Kozłowskiego, który wyjaśniał różnicę pomiędzy liderami i przywódcami oraz znaczenie strategicznego planowania. Miltiades, Temistokles, Nelson Mandela, Napoleon, Wilson Churchill, Otto von Bismarck, Henry Ford – to ludzie, którzy wykazywali cechy przywódcze takie umiejętność, inteligencję,  posiadali wizję, którą pozyskali zwolenników, determinację a przede wszystkim charyzmę. Dla odmiany, dla Prezesa, lider to ktoś, kto działa z pasją, zaangażowaniem, jest konsekwentny w działaniu, troszczy się o ludzi, jest opanowany, kompetentny, posiada autorytet i umiejętność pracy w zespole. Andrzej Kozłowski przypomniał też myśl Henry’ego Forda, który twierdził, że jeżeli istnieje jeden sekret sukcesu zarządzania, jest nim umiejętność przyjmowania cudzego punktu widzenia i patrzenia z tej perspektywy z równą łatwością jak z własnej.

W wystąpieniach przewijała się myśl, że w rozumieniu rzeczywistości i kreowaniu przyszłości pomocna jest znajomość historii. Ten wątek najbliższy był Marcinowi Schrimerowi z racji pełnionej funkcji. Prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego oświadczył, że właśnie dlatego reprezentowane przez niego stowarzyszenie dba o kulturę, historię, pielęgnowanie tradycji, integrację środowiska potomków rodów ziemiańskich i propagowanie bliskich im wartości takich jak: odpowiedzialności za kraj, wolności, poczucia godności. Towarzystwo zabiega o to, aby pamiątki dotyczące kultury ziemiańskiej były otoczone właściwą troską. Prezes wskazał, że stare rody są nadal aktywne, przykładem może być postać księcia Jana Lubomirskiego – Lanckorońskiego, który dobrze radzi sobie w świecie biznesu i mógłby być rentierem. Jednak założył Fundację Książąt Lubomirskich, wspierającą rozwój polskiej sztuki, nauki, rozwijającą projekty medyczne i edukacyjne. Podobną aktywność przejawiają też m. in. Maciej Radziwiłł z Fundacji Trzy Trąby. Tak też działają inne organizacje działające dzięki zaangażowaniu polskiej arystokracji takie jak Fundacja XX Czartoryskich, Fundacja Krasickich z Leska czy Fundacja im. Feliksa hr. Sobańskiego.

Przebieg i organizacja Konferencji Młodych Liderów  była, naprawdę, imponująca. Wielu dorosłych organizatorów mogłoby się uczyć od licealistów jak robić to profesjonalnie, co dowodzi, że nie wiek i doświadczenie, ale zaangażowanie,  wyobraźnia i kompetencje są ważniejsze w sprawnej działalności. Młodym liderom, bo jestem pewien, że tacy ludzie właśnie zorganizowali Konferencję, przytoczę zdanie Janusza Korczaka: „dzieci górne miejcie zamiary, dumne miejcie marzenia i dążcie do sławy, coś z tego zawsze się stanie”.

Myślałem, że sytuacja Polskiego Radia i Polskiej Telewizji czyli tzw. mediów publicznych jakoś się ustabilizowała. Czy rzeczywiście?

Jacek Kurski zastał Telewizję Polską w opłakanym stanie. W każdym razie, w gorszym niż ekipa, która w tym samym czasie przejęła stery w Polskim Radiu. Nie obyło się bez wstrząsów, włącznie z odwołaniem Prezesa, które jak się szybko okazało nie było odwołaniem, co bardzo dowcipnie, choć oczywiście w krzywym zwierciadle, zostało skomentowane w serialu satyrycznym Roberta GórskiegoUcho Prezesa”. Potem jeszcze były hece z Krajowym Festiwalem Piosenki Polskiej w Opolu. Później jednak już nie tylko najwyższa oglądalność TVP w Sylwestra, ale również kilka strategicznych decyzji, jak pełne determinacji zaangażowanie się w sport oraz seriale telewizyjne takie jak „Korona Królów” sprawiły, że tzw. oglądalność Telewizji Polskiej zaczęła się poprawiać. Można powiedzieć, że TVP pod wodzą Jacka Kurskiego zaczęła sobie radzić.

Dużo gorzej wygląda sytuacja w Polskim Radiu, które, stale, od ponad dwóch lat, traci kolejnych słuchaczy. Jest to z pewnością równia pochyła. Niektórzy, jak na przykład Tomasz Wybranowski – radiowiec z Irlandii, czy Max Kolonko – dziennikarz ze Stanów Zjednoczonych, obawiają się, że strat tych można już nie odrobić. Jedną z przyczyn trudnej sytuacji są mające wpływy finansowe z abonamentu. Deficytu nie są w stanie zrekompensować przychody, głównie z emisji reklam. Porównywanie sukcesów Telewizji Polskiej z Polskim Radiem jest jednak trochę bałamutne. TVP udało się pozyskać w ubiegłym roku 800 milionów pożyczki. PR nie otrzymało takiego wsparcia finansowego.

Jednocześnie trzeba przyznać, że Prezes Jacek Kurski ciągle ma pod górę. Dopiero teraz Centralne Biuro Antykorupcyjne zakończyło kontrolę w TVP i stwierdziło, że w badanym zakresie nie wykryto nieprawidłowości. Wspomniałem już o hucpie związaną z Festiwalem w Opolu w ubiegłym roku. Okazuje się, że były zakusy, aby podobnie stało się teraz. Tym razem jednak atak przyszedł ze strony środowisk prawicowych.

Polskie Radio i Telewizja Polska to dobra ogólnonarodowe i nie tylko powinny takimi pozostać, ale również cieszyć słuchaczy i telewidzów. Dziś TVP i PR (oraz Polska Agencja Prasowa) stanowią część infrastruktury takiej samej jak drogi, łączność, wodociągi, kanalizacja. Należy też pamiętać o zasobach archiwalnych, które stanowią wielką skarbnicę polskiej kultury XX wieku. Wydaje się uzasadnione i konieczne aby media publiczne dalej prosperowały. Pytanie jak to zagwarantować?

Jarosław Sellin – Wiceminister Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiedział finansowanie mediów publicznych z budżetu. Generalnie świadczy to o kompromitacji Rady, której członkowie cierpliwie od ponad dwóch lat pobierają co miesiąc ministerialne wynagrodzenia, a nie potrafią zaproponować prostej ustawy, dotyczącej racjonalnego poboru abonamentu, choć, ponoć projekt był już od dawna gotowy. Moim zdaniem TVP i PR nie powinny być spółkami akcyjnymi tylko agencjami rządowymi. Te media nie powinny również czerpać profitów z reklam, bo tak rozumiem zapowiedź przejścia radia i telewizji na garnuszek Skarbu Państwa. Jednocześnie należy zauważyć, ze klęska w sprawie ustawy w sprawie abonamentu to również sukces dostawców usług telewizyjnych, którzy nie będą płacić za udostępnianie oferty mediów publicznych widzom i słuchaczom.

Cóż, wydarzenia w mediach publicznych to ciągły serial, przypominający „operę mydlaną”. Zastanawiam się jednak czy widzowie i słuchacze tego na prawdę oczekują?

Wicepremier Jarosław Gowina poinformował o zaprzestaniu prac rządu nad projektem tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej. To w zasadzie dobra wiadomość, bo  zawarta w dokumencie koncepcja, krzywdziła część poszkodowanych przez nacjonalizacje dokonane przez komunistów.

Projekt tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej został ogłoszony 20 października 2017 r. Wywołał on ogromne kontrowersje, albowiem nie uwzględniał całej grupy właścicieli przedwojennych majątków, którym władze komunistyczne zagrabiły ich własność. Co więcej, zostali oni zrównani w swych prawach z Niemcami i kolaborantami. Z pewnością to słaba koncepcja dla państwa, które chce uchodzi nie tylko za prawe, ale i sprawiedliwe.

Oświadczenie Wicepremiera Jarosława Gowina sprowokowało Polskie Towarzystwo Ziemiańskie do opublikowania stanowiska w sprawie zaniechania realizacji przepisów pozwalających na uczciwą  reprywatyzacje. Organizacja uważa, że wycofanie się z prac nad ustawą cofa Polskę „do roku 2001, gdy weto ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego zamroziło temat reprywatyzacji na kolejne 17 lat, dopuszczając – poprzez brak regulacji – do stanu niepewności prawnej”. Jej skutkiem pośrednio była możliwa dzika reprywatyzacja czyli arbitralne decyzje urzędników o zwrocie majątków. Dziwnym trafem nieruchomości przekazywano osobom nieuprawnionym, co teraz stało się pożywką dla Komisji Weryfikacyjnej zorganizowanej przez Sejm.

Moim zdaniem, zaniechanie prac nad projektem tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej, biorąc pod uwagę jej patologiczne ułomności, leżące u podstaw jej powstawania, to dobra wiadomość. Jednak z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że to jeszcze bardziej oddala proces uregulowania spraw związanych z komunistyczna nacjonalizacją.

Polskie Towarzystwo Ziemiańskie uważa, że „Państwo Polskie po raz kolejny uchyla się od obowiązku całościowego uregulowania kwestii własnościowych”. Organizacja zwraca się z apelem „do organów władzy o normalizację sytuacji prawnej w taki sposób, aby słuszne roszczenia rzeczywistych spadkobierców mogłyby być procedowane przez sądy i organy administracji z poszanowaniem prawa i interesów wszystkich stron.” Dotyczy to przede wszystkim ujednolicenia oraz odblokowania orzecznictwa i procedur. Polska powinna dążyć choćby do częściowego zadośćuczynienia pokrzywdzonym w wyniku nacjonalizacji, w przeciwnym razie staje dziedzicem całego komunistycznego dorobku.

Agencja Informacyjna w swojej depeszy z 25 maja 2018 roku zauważa, w zasadzie pomijany w dyskursie, aspekt, dotyczący reprywatyzacji, moim zdaniem jednak bardzo ważny: „na nacjonalizacji majątków ziemskich i fabryk, de facto, skorzystały całe pokolenia Polaków. Czy to jednak oznacza, że demokratyczne państwo powinno czuć się komfortowo w roli pasera?” Dla mnie to pytanie ma charakter retoryczny, bo odpowiedź może być tylko jedna: „nie”. Mam jednak wrażenie, że zbyt wielka grupa społeczna skorzystała na nacjonalizacji, dla innych, z kolei, jest to już tylko stan zastany, a elementarne poczucie sprawiedliwości to za mało aby być siłą napędową dla racjonalnych działań zmierzających do naprawienia krzywd. Jeśli moje odczucie jest prawdziwe, to bardzo zła wiadomość dla koncepcji społeczeństwa obywatelskiego, którego nie da się budować bez empatii i szacunku dla własności prywatnej. Dlatego spodziewam się poważnych strat społecznych, których nie da się wyrazić w wartościach finansowych.

Sklepy Żabka i Freshmarket będą otwarte w niedziele z zakazem handlu jako placówki DHL i Poczty Polskiej. Czyżby płaz przechytrzył homo sapiens?

Okazuje się, że sklepy, które, na zasadzie franszyzy, korzystają z logo „Żabka” i „Freshmarket” mogą być otwarte we wszystkie niedziele. Jest to możliwe mimo, że w zeszłym roku weszła ustawa, która, w ciągu trzech lat, zamierza wyeliminować niedzielny handel.

„Żabka” i „Freshmarket” zaczęły pełnić funkcję placówek pocztowych współpracujących z Pocztą Polską i firmą kurierską DHL, a to pozwala aby sklepy mogły być otwarte. Inteligentne rozwiązanie dotyczy blisko 5.000 placówek w Polsce. O skali przedsięwzięcia niech świadczy, fakt, że dla porównania największa sieć dyskontów „Biedronka”, należąca do Jeronimo Martins Polska ma ich około 3.000.

Większość osób jest przekonana, że działanie Żabka Polska to prosta odpowiedź na restrykcyjną ustawę. Okazuje się jednak, że status placówki pocztowej sklepów Żabka wynika z umów zawartych z operatorem pocztowym i funkcjonuje w sieci od 2012 roku, a obecny status wynika bezpośrednio z poszerzonej umowy zawartej z operatorem pocztowym w 2015 roku, a więc jeszcze na dwa lata przed wejściem w życie drakońskiej ustawy zakazującej niedzielnego handlu.

To przypomina losy PKD czyli tak zwanej polskiej klasyfikacji działalności, która muszą deklarować i przestrzegać wszyscy prowadzący działalność gospodarczą. Poszczególne czynności ukryte są pod numeracją, która, nota bene, co kilka lat się zmienia, co oznacza, że i przedsiębiorcy muszą wciąż aktualizować zakresy swojej działalności.

Ważne jest jednak zupełnie co innego, w liście PKD brakuje takiego, wydawałoby się najprostszego, zakresu jak „prowadzenie działalności zarobkowej” rozumianej jako odpłatne zaspakajanie potrzeb klientów. Oznacza to, że według ustawodawcy wszyscy przedsiębiorcy swoją aktywność traktują jako jakąś pasję lub hobby. Tak oczywisty do ogarnięcia umysłowego cel jakim jest „zarabianie pieniędzy” okazuje się nieosiągalny. Tymczasem właśnie taki cel realizuje Żabka Polska, bo właśnie po to przedsiębiorcy podejmują ryzyko związane z prowadzeniem biznesu. Wygląda to tak, że płaz lepiej korzysta z mózgu niż homo sapiens.

 

 

Przed siedmioma wzgórzami i siedmioma morzami było sobie Królestwo Pełnej Szczęśliwości. Państwo było tak bogate, że jego mieszkańcy żyli tylko od święta do święta, a dokładniej ich uwaga skupiała się wyłącznie na celebrowaniu różnych okazji.

Najlepsze co można wymyślić to święta przypadające we wtorek i czwartek. Wówczas wystarczyło wziąć jeszcze urlop na poniedziałek, środę i piątek, aby mieć 9 dni wolnych od pracy! Co za wspaniałość! Wszyscy się tym bardzo cieszyli i kto tylko mógł skwapliwie skorzystał z takiej wspaniałej okazji, zwłaszcza, że nadarzała się ona w maju czyli na wiosnę, która uchodziła, w Królestwie Pełnej Szczęśliwości, za najpiękniejszą porę roku.

Jednak, wbrew pozorom, nie wszyscy byli zadowoleni. Okazało się, że sklepy są zamknięte, ba nawet stoiska na bazarach również. W bankach i urzędach nic nie można było załatwić, bo przecież wszyscy byli zajęci celebracja Wielkiego Weekendu. Nieliczne placówki, które były czynne miały szczątkową obsadę. Pracowali w nich ludzie, którym albo nie przysługiwał urlop albo jakieś inne powody uniemożliwiały im korzystać z dobrodziejstwa Wielkiego Weekendu, więc byli bardzo nieszczęśliwi, a zatem zupełnie nie pasowali do społeczeństwa Królestwa Pełnej Szczęśliwości.

Im dłużej trwał Wielki Weekend było coraz więcej osób niezadowolonych. Ponieważ praktycznie nikt nie pracował, nie miał kto obsługiwać świętujących. Najgorzej było ze służbą zdrowia. Lekarze i pielęgniarki również postanowili korzystać z uroków Wielkiego Weekendu, więc pacjenci i chorzy na 9 dni zostali pozostawieni sami sobie, dyżurnym aptekom i pogotowiu ratunkowemu. Jednak nieliczne punkty farmaceutyczne i lekarze od wypadków nie byli wstanie zastąpić całego sytemu opieki zdrowotnej, który praktycznie zginął na 9 dni, tak jakby został pochłonięty przez Trójkąt Bermudzki. Sytuacji nie mogła uratować wiedza medyczna dostępna w Internecie. To w wielu przypadkach mocno ograniczyło szanse przeżycia wielu osób.

Generalnie większość się tym nie przejmowała, bo w Królestwie Pełnej Szczęśliwości było więcej zdrowych niż chorych. Po Wielkim Weekendzie procentowy udział zdrowych nad chorymi jeszcze bardziej się zwiększył. I do tego nawet nie potrzebna była ustawa proeutanazyjna. To też wprawiło w dobry humor organizacje funduszy emerytalnych, bo w ten sposób zmalała liczna emerytów.

Wielkie Weekendy to naprawdę coś wspaniałego. Nie pracowały fabryki, więc nie truły powietrza i nie zanieczyszczały środowiska. W zasadzie nic nie działało. Przypominało to Ogólnokrólewski Strajk Powszechny.

W poniedziałek po Wielkim Weekendzie wszyscy postanowili nadrobić zaległości całego tygodnia. Okazało się jednak, że ponieważ nikt nic nie produkował sklepy były puste. Urzędy pękały w szwach nie nadążając obsłużyć interesantów. Kolejki do lekarzy wydłużyły się wielokrotnie. Wielu ludzi było też zdziwionych, że mają mniejsze wypłaty za maj niż np. za kwiecień. To były bardzo dziwne zjawiska, których nikt nie potrafił wyjaśnić dlaczego do nich doszło?

 

 

Wydawało się, że afery to specjalność rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Okazuje się, wystarczyło poczekać aż również Zjednoczona Prawica, utożsamiana z Prawem i Sprawiedliwością również będzie miała się czym pochwalić. Właśnie wybuchła afera dotycząca spółki GetBack.

GetBack to spółka akcyjna, która zajmuje się windykacją wierzytelności własnych, na zlecenie oraz windykacji portfeli wierzytelności w ramach funduszy. Główny model biznesowy polegał na masowym skupywaniu długów, często o małej wartości za ułamek zobowiązania. Pomysł polegał na tym, że uda się odzyskać pieniądze od dłużników, chociaż nie wszystkich, to efekt skali sprawi, że przychody przekroczą inwestycję, a nawet dadzą znaczący zysk, nawet na poziomie 20 proc. Jednak aby skupywać wierzytelności potrzebny był kapitał. GetBack postanowił pozyskać go w formie obligacji korporacyjnych.

Kupującymi okazali się drobni inwestorzy, w większości osoby fizyczne, skuszone ekstra zyskami. Tradycyjnie już sprzedający nie tłumaczyli, że nadzwyczajne przychody wiążą się z nadzwyczajnym ryzykiem. Mało tego przekonywali, że „obligacje związane z działalnością windykacyjną to najbezpieczniejsza forma lokaty, bo przecież zawsze będą tacy co będą mieli długi”. Mało świadomi klienci, wychowani na wierze w obligacje państwowe, które są w zasadzie pewne, tak długo jak długo nie zbankrutuje Polska, uznali, że gwarancje dotyczą tych instrumentów, niezależnie od tego kto je emituje. Niestety, przedsiębiorstwa, mają dużo większą skłonność do kończenia działalności w nieprzewidywanym momencie niż państwa. Tak też raczej stanie się GetBack. Punktem krytycznym, w tym przypadku, było niewypłacenie odsetek od obligacji, co jest uznawane, że utracenie płynności przez spółkę.

O ile w przypadku innej wielkiej afery Amber Gold klienci, którzy uwierzyli w magiczną moc sprawczą złota stracili około 600 mln złotych. W przypadku upadku GetBack właściciele obligacji tej spółki stracą ponad 2,6 miliardy. Oznacza, to że nowa afera, jeśli chodzi o skale, jest trzy razy większa. Od razu pojawiają się pytania gdzie się podziewała Komisja Nadzoru Finansowego. Otóż tradycyjnie spała. Teraz złożyła doniesienie do prokuratury, bada udział banków w sprzedaży obligacji i możliwość kar za nierzetelne sporządzanie raportów finansowych. Pieniądze z tytułu kar, jakie by nie były, wpłyną do Skarbu Państwa. Jednak klienci raczej nie tylko nic nie zarobią, ale raczej też nie odzyskają swoich pieniędzy. Warto zauważyć, że wśród pośredników sprzedających obligacje GetBack wymieniane są przede wszystkim, renomowane i budzące zaufanie instytucje finansowe takie jak Lion’s Bank, Idea Bank, Bank Handlowy, Alior Bank, PKO BP, Haitong Bank, Polski Dom Maklerski i Michael / Ström.

Według ekspertów szanse na przywrócenie płynności GetBack są minimalne. Czy rzeczywiści będzie to afera, która zostanie zapisana na konto ekipy „dobrej zmiany” nie wiem. GetBack powstała w 2012 roku, a więc w okresie apogeum rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, jednak do katastrofy doszło  po dwóch latach rządów nowej władzy. Być może państwo polskie było tak bardzo teoretyczne i w ruinie, że nie dało się nad wszystkim zapanować. Najbardziej jednak boli kolejna porażka służb, które powinny stać na straży bezpieczeństwa obrotu gospodarczego i które tak świetnie i wzorowo wypełniają swoje obowiązki. Przypomina mi się komunikat pewnego chirurga: „operacja przebiegła świetnie i zakończyła się sukcesem, pacjent zmarł”.

To jest właśnie polska przypadłość: wszyscy są staranni i sumienni w wypełnianiu swoich obowiązków, co w niczym nie ogranicza skutecznej działalności oszustów. Tak było też przy polisolokatach, pseudokredytach frankowych, otwartych funduszach emerytalnych, aferze Amber Gold czy wyłudzeniach VAT. Jak na 20 lat działalności niepodległego kraju, Polacy byli i są, zaskakująco często, masowo, skutecznie i profesjonalnie okradani. Wygląda na to, że państwo nie potrafi skutecznie chronić swych obywateli, ba czasem nawet współuczestniczy w przestępczych procederach (np. reforma emerytalna). Przypadek? Nie wiem. Wygląda na to, że Polacy są skazani przeżyć wszystkie metody na okradanie ludzi. Nie potrafią skorzystać z bolesnych doświadczeń innych państw, w których oszuści już wcześniej zrealizowali te same swoje pomysły. Najbardziej jest przykre, że stare przysłowie: „Polak mądry po szkodzie” jest ciągle brutalnie aktualne.

 

Historia kolekcji książąt Czartoryskich jest długa i skomplikowana, a przy tym godna serialu na miarę hitu TVP „Korona Królów”. Początki największego polskiego zbioru dzieł sztuki sięgają roku 1798, kiedy Izabela Czartoryska zaczyna budowę Świątyni Sybilli w Puławach, która następnie stała się pierwszym polskim muzeum narodowym.

Nic zatem dziwnego, że po raz kolejny kolekcja Czartoryskich staje się dla mnie ważnym tematem. Być może tylko dzięki temu, że był to prywatny majątek, dzieła przetrwały rozbiory, dwie wojny światowe i czasy komunizmu. Warto w tym miejscu nadmienić, że kolekcja Czartoryskich nie zawsze też była w Polsce. Po Powstaniu Listopadowym car skonfiskował majątek magnackiego rodu. Dlatego kolekcja sztuki ze względów bezpieczeństwa została wywieziona do Paryża. Podczas I pierwszej wojny światowej zbiory trafiły z kolei do Drezna. Gdy w Europie zapanował pokój, zbiór wrócił do Polski. Zaraz po wybuchu II wojny światowej kolekcją zainteresowali się Niemcy. Na szczęście dzieła wróciły do Polski w 1946 r.

Trzy lata później kolekcja, podobnie jak większość szlacheckich dóbr, została przejęta przez komunistyczny rząd. Dla przyszłości kolekcji było to poważne zagrożenie. Gospodarstwa rolne, które należały do książąt i z których czerpano dochody utrzymywały puławskie muzeum, w którym znajdowała się kolekcja.

W zaistniałej sytuacji Polska Ludowa „wzięła” kolekcję „w zarząd i użytkowanie” i włączyła do zasobów Muzeum Narodowego w Krakowie, jako zbiory Czartoryskich. Sprawa kontrowersyjnego statusu kolekcji budziła jednak niepokoje muzealników. Jeszcze w 1986 r. prof. Zdzisław Żygulski zgłosił pomysł wypłacenia rodzinie Czartoryskich odszkodowania za przekazanie na rzecz państwa unikatowej kolekcji. Transakcja może by się nawet udała, gdyby nie propozycja rozliczenia w węglu! Co jakiś czasu pojawiały się kolejne koncepcje uregulowania statusu zbioru, wszystko nadaremnie. Dopiero 29 grudnia 2016 r., po blisko rocznych, poufnych negocjacjach, wyjątkowa kolekcja Czartoryskich za sprawą Piotra Glińskiego, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, przeszła na własność Skarbu Państwa. Tak miała skończyć się wielka epopeja największego zbioru dzieł sztuki, z których wiele dokumentuje historię Polski. Miała, ale nie skończyła.

Polska odkupiła zbiór za symboliczne 100 mln euro. Symboliczne, bo według szacunków to zaledwie 3 proc. wartości zakupionych dzieł. Kwota jednak pobudza wyobraźnię. Środki trafiły do fundacji Książąt Czartoryskich, czyli właściciela kolekcji. Najpierw opinia publiczna była epatowana ilością pieniędzy, a kiedy wszystko w tej sprawie wyjaśniono, wybuchła nowa, sztuczna afera związana z faktem, że większość środków ze sprzedaży trafiła do fundacji Le Jour Viedra w Liechtensteinie. Adwersarze byli zdumieni, że tyle pieniędzy znalazło się poza Polską! Liderami podsycania niezdrowej atmosfery są niestety: Tamara Czartoryska, kontrowersyjna celebrytka, a prywatnie córka prezesa fundacji – księcia Adama Czartoryskiego, która rozpowiada na salonach wymyślone przez siebie historie oraz politycy Platformy Obywatelskiej i partii Razem, zainteresowani skandalem, który pozwala im zaistnieć medialnie.

Dla mnie sprawa jest bardzo prosta. Jeśli w całym procesie zaszły jakieś nieprawidłowości, to aby je wyjaśnić, należy się zwrócić do organów takich jak CBA czy CBŚ, a przede wszystkim iść do sądu. Z kolei wylewanie frustracji, że resort kultury nie zadziałał wcześniej i nie uregulował statusu kolekcji Czartoryskich, co oznacza, że miał korzystać z czegoś, co nie jest jego własnością, wykorzystując bezprawnie swoją pozycję i kruczki prawne, jest żenujące. To jednak typowe dla komunistycznego myślenia: mieć coś, co jest cudzą własności i czerpać z tego korzyści na własny użytek i rachunek! Warto w tym miejscu przypomnieć, że rodzina Czartoryskich, tak jak wiele innych zasłużonych dla polskiej historii rodów, zaznały w czasie PRL ogrom krzywd, za które wolna już Rzeczpospolita Polska nie raczy odpowiadać. I słusznie, ale może je naprawić! Chodzi oczywiście o zwrot majątków zagrabionych przez komunistów.

Wszczynanie awantur tylko dlatego, że środki pozyskane ze sprzedaży kolekcji zostały zdeponowane w zagranicznym banku, to już zupełny obłęd. W ten sposób powraca pierwotny sposób komunistycznego myślenia: tak jak kolekcja, która należała do Czartoryskich była poza jej władaniem, to samo powinno stać się z pieniędzmi za jej sprzedaż! Ręce opadają.

Świat się zmienia. I trzeba za nim podążać. Warto zauważać nawet takie, niby błahe, fakty jak wydłużenie średniej wieku życia Polaków.

Pierwszym, który to dostrzegł był, były premier, Donald Tusk, który, z tej okazji, postanowił wydłużyć wiek pracujących uprawnionych do przejścia na emeryturę. Są jednak i tacy, jak na przykład przedsiębiorstwo badawcze Nielsen AudienceMeasurement, które rutynowo, od ponad 20 lat, uważa, że tzw. „komercyjna grupa docelowa”, w badaniach oceniających konkurencję mediów, mieści się w przedziale wiekowym 16-49 lat i nie dostrzega zachodzących zmian demograficznych.

Takie podejście nie pasuje już do współczesnych realiów społeczno-ekonomicznych w Polsce. Co więcej wyniki badań, oparte na takim założeniu, są mylące dla reklamodawców. Struktura polskiego społeczeństwa się zmieniła, jesteśmy zdecydowanie starszą społecznością (zwłaszcza, że znacząca część młodszej populacji wyjechała z kraju) niż byliśmy kilkanaście lat temu, dodatkowo coraz więcej osób po 50 roku życia,  prowadzi aktywny tryb życia, co oznacza, że uczestniczy w istotny sposób w konsumpcji. Co ważne dla reklamodawców, takie osoby mają większy tzw. potencjał zakupowy niż młodsi, bo są w mniejszym stopniu obciążeni kredytami i innymi obciążeniami. To zaś oznacza, że należy je uwzględniać w planowaniu adresatów oferty reklamowej. Warto też zauważyć, że w grupie wiekowej 50–59 lat oglądanie telewizji jest znacznie wyższe niż w młodszych przedziałach wiekowych.

Na kwestię konieczności zwrócenia uwagi na populację, która przekroczyła „pięćdziesiątkę” już w 2012 roku wskazywał Juliusz Braun, ówczesny prezes Telewizji Polskiej. Zauważył on, że osoby powyżej 50 roku życia są rynkowo bardzo atrakcyjnymi odbiorcami. Dwa lata później wydawnictwa zrzeszone w Izbie Wydawców Prasy i Polskich Badaniach Czytelnictwa podjęły decyzję o zmianie definicji komercyjnej grupy docelowej. Zamiast przedziału wiekowego 16-49 lat zastosowano przedział 16-59 lat. Decyzję tę wyjaśniono w następujący sposób: „Grupa wiekowa 50-59 lat charakteryzuje się ponadto zdecydowanie ponadproporcjonalną reprezentacją w najbardziej prestiżowych kategoriach zawodowych, takich jak dyrektorzy i właściciele firm, specjaliści, wyżsi urzędnicy państwowi i przedstawiciele wolnych zawodów”. Do podobnych wniosków doszła też Telewizja Polska, która już od kilka lat stosuje w rozliczeniach z klientami grupę 16-59 lat.

Dziwne, że Nielsen AudienceMeasurement uważany za poważne przedsiębiorstwo badawcze tkwi w tak anachronicznych metodach badawczych. Chyba, że teza o powadze jest fałszywa? Może to i błahy temat, jednak jeśli się uwzględni fakt, że wyniki badań konkurencyjności mediów, przekładają się na decyzje marketingowe przedsiębiorstw, gdzie mowa o wielomilionowych kwotach, to już nie jest takie bez znaczenia. Może jest to nawet ciekawy temat dla Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Najlepszą sensację robi się z niczego. Dlatego, z wypiekami na twarzy i zapartym tchem, przeczytałem sensacyjne doniesienia o wyprowadzeniu kasy z Fundacji XX Czartoryskich za granicę. „Mocne!” – jak to się teraz mówi, ale chwila refleksji i szok z tego jak dałem się podejść absurdalnym zarzutom.

Być może mało kto wie, ale Fundacja XX Czartoryskich ma charakter prywatny. To oznacza, że ma prawo robić ze swoimi środkami to co uważa za stosowne, oczywiście o ile jest to zgodne z prawem. Jeśli właściciele Fundacji wolą ją prowadzić z terytorium Księstwa Liechtenstein to co komu do tego? Wiele polskich spółek też prowadzi swoją działalność z terenu poza granicami Polski. Ba! Mało tego! Jeśli jakiś Polak ma takie życzenie i postanawia wyjechać z Polski razem ze swoim dobytkiem to również może to zrobić. Na tym polega wolność i tym się różni ona od systemu komunistycznego, który nie tylko nie pozwalał niczego wywozić, ograniczał także wyjazdy ludziom, ba reglamentował używanie paszportów.

Fundatorzy uznali, że ustawa o fundacjach, która powstała w 1984 r., kilka miesięcy po zniesieniu stanu wojennego, ale ciągle w okresie kiedy szalał, straszący Polaków, towarzysz Wojciech Jaruzelski nie jest dostosowana do współczesnych realiów społeczno-ekonomicznych. Cóż, jeśli Polska przez blisko 30 lat nie jest w stanie wypracować podstawowych dokumentów, w tak elementarnej i prostej materii jaką jest działalność fundacji, to jest bardzo przykre i wystawia przede wszystkim fatalne świadectwo władzy ustawodawczej, która nie potrafiła o to zadbać. Mowa o tym samym systemie, który, regularnie, co roku, kilkukrotnie zajmuje się nowelizowaniem np. Kodeksu Pracy. Podobnie się dzieje z innymi ustawami. Dla mnie, w takim działaniu nie ma przypadku i nie można mieć pretensji do ludzi, którzy szukają rozwiązań, które pozwolą im skuteczniej działać. Tak też pojmuję decyzję fundatorów.

Na marginesie tej sprawy warto przypomnieć, że państwa konkurują między sobą jakością regulacji prawnych. To sprawia, że np. inwestorzy są bardziej zainteresowani transmisją środków do jednych państw, a do innych nie. Innym przykładem może być historia, dlaczego Polska stała się rajem dla przestępców zajmujących się wyłudzaniem należności z tytułu podatku VAT? Przede wszystkim zadecydowały o tym dziurawe przepisy, które stwarzały wspaniałe pole do popisu dla wszelkiej maści oszustów. Po drugie, w Polsce jest najwyższy podatek VAT, w stosunku do państw sąsiadujących, a zatem dla tych, którzy chcieli wyłudzać to właśnie tutaj mogli generować największy zysk. Wystarczyło dobrze skonstruować przepisy i wyłudzenia podatku natychmiast znacząco zmalały. Jakby jeszcze fiskus zredukował VAT do poniżej 20 proc. to nie tylko, nie trzeba by utrzymywać gigantycznego, kosztownego aparatu kontrolnego, bo  oszuści wybrali by państwa, gdzie łatwiej i więcej będą mogli ukraść, ale również gospodarka polska zaczęłaby się lepiej rozwijać. To bardzo proste zasady.

Wycofanie się z Polski Fundacji XX Czartoryskich to bardzo ważny sygnał dla ustawodawcy. W zasadzie alarm, który informuje, że polskie prawo jest nieadekwatne do rzeczywistości i trzeba się tą sprawą pilnie zająć, aby nie stracić innych podmiotów, które mogą postąpić podobnie. W legislacji pomiędzy państwami istnieje rywalizacja. Trzeba być tego świadomym. Oczekuję zatem, że wreszcie ustawodawca zajmie się nowelizacją ustawy o fundacjach w taki sposób, aby fundatorzy na całym świecie uznali Polskę, za kraj, który najlepiej rozumie specyfikę działalności charytatywnej i aby tutaj chcieli prowadzić działalność. Uchwalenie takiego dokumentu jest dużo tańsze niż wybudowanie fabryki, więc dobrze by się było tym zająć. Warto zwrócić także uwagę, że ustawa nie ma nawet kosztów amortyzacji! Gdyby doszło do sensowne nowelizacji ustawy o fundacjach, bardzo byłoby mi wtedy czytać tytuły: „Rosjanie wyprowadzają pieniądze do Polski”, „Fundacje w Wielkiej Brytanii usychają”, „Dramatycznie topnieje liczba fundacji w Liechtenstein”, „Polska światowym centrum fundacji„.

 

Zdobywanie czy uzyskiwanie przewagi konkurencyjnej biznesie jest coraz trudniejsze. Nic dziwnego, że rywalizacja przeniosła się, na, trochę abstrakcyjny, obszar jakim jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Cóż, w sytuacji wyśrubowania wszystkich norm i pełnego zaangażowania technologicznego, dla wielu, jest to już ostatnia płaszczyzna, na której można wskazywać jakieś różnice. Prawdziwą grę konkurencyjną można jednak nadal toczyć, jest nią „ucieczka do przodu” czy aktywność innowacyjna.

Prawdziwą szansą na rozwój przedsiębiorstw są wynalezione i wdrożone innowacje. Organizacjom, które nie korzystają z zaawansowanych technologii, grozi zepchnięcie na margines. Według analityków większość największych korporacji postawiła już na technologie cyfrowe w swojej strategii biznesowej. Szacuje się, że w 2019 roku, na całym świecie, wydatki na inicjatywy związane z transformacją cyfrową przekroczą 2,2 bln dol.

Bardzo ciekawy pomysłem jest akcja Newserii zatytułowanaInspiratorzy biznesu 2018 – Innowacje, która ma na celu promowanie przedsiębiorstw poszukujących i wdrażających innowacje. Dzięki nowym technologiom, szerszym wykorzystywaniu innowacji możliwe jest stworzenie projektów, które w znaczący sposób przełożą się na większy komfort życia. Wśród laureatów znalazło się przedsiębiorstwo Arcus, wyróżnione ze względu na zaproponowane rozwiązania mobilnego druku – Arcus Kyocera Zeccer, rozwiązanie stworzone z myślą o niszy, czyli osobach, które chcą zarządzać dokumentem, chcą drukować zdalnie przez aplikację mobilną czy też wysyłając pliki na adres mailowy urządzenia, które dostępne jest w galerii handlowej czy w akademikach. Drugą płaszczyzną jest innowacyjność technologiczna. Wydruki realizowane są przez aplikację mobilną, która jest pilotem wszystkich urządzeń dostępnych w sieci Arcus Kyocera Zeccer, a także wysyłka pliku na adres mailowy. Dzięki Arcus Zeccer drukowanie ma być prostsze i szybsze, a przy tym całkowicie bezpieczne, cały proces przesyłania dokumentów z telefonu do drukarki jest szyfrowany, a pliki usuwane są po wydrukowaniu.

Newseria wyróżniła również spółkę Emitel za sieć transmisyjną stworzoną na potrzeby IoT i smart city na bazie technologii Long Range, która otwiera wiele nowych obszarów zastosowań, szczególnie takich, w których instalacja czujnika jest skomplikowana, a dostęp do źródła zasilania ograniczony lub niemożliwy. Wśród nagrodzonych znalazło się także Hitachi za macierz WORM (Write-Once-Read-Many) tj. Hitachi Content Platform, która jest odpowiedzią na nowe regulacje w sektorze bankowym, m. in. MIFID2 czy RODO oraz problem trwałego nośnika. Innowacja umożliwia bezpieczne przechowywania danych na trwałym nośniku, bez późniejszej możliwości ich zmodyfikowania. Hitachi Content Platform to technologia macierzy WORM od lat sprawdzona w sektorze bankowym. Hitachi w Polsce, opracowało koncepcję prawną, funkcjonalną i technologiczną wykorzystania macierzy WORM do rozwiązania problemu trwałego.

W gronie „Inspiratorów biznesu 2018 – Innowacje” znalazł się także Śląski Klaster Lotniczy (ŚKL) za wybitne osiągnięcia w kraju i za granicą. W tym roku organizacja jako pierwszy klaster w Polsce zdobył najwyższy certyfikat Gold Label, przyznawany przez European Secretariat for Cluster Analysis (ESCA). Śląski Klaster Lotniczy powstał w celu wzmocnienia współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami oraz stworzenia optymalnych warunków dla transferu wiedzy i innowacyjnych rozwiązań w obrębie branży lotniczej oraz szerzej – na obszarze nauki i przemysłu. Obecnie do klastra należy ponad 60 podmiotów, w tym uczelnie wyższe i instytucje otoczenia biznesu. Główne kompetencje ŚKL to produkcja szybowców, samolotów lekkich i ultralekkich, samolotów bezzałogowych, modułów do silników lotniczych, a także szereg zaawansowanych usług dla lotnictwa i przemysłu.

Trzymam kciuki za wszystkich Inspiratorów Biznesu tegorocznych i przyszłych, albowiem to od nich zaradności i kreatywności zależy wzrost PKB, a od tego zależy pomyślność nas wszystkich.