Archiwum kategorii: Bez kategorii

Świat bez plastiku był piękny. Jest nadzieja, że znów kiedyś taki może być. Może to być początek końca z bezmyślną wygodą i początek intelektualnego wyzwania dla przemysłu spożywczego i gastronomicznego.

Na sesji 22-25 października 2018 roku Europosłowie mają głosować nad rezolucją przyjętą 10 października przez komisję ochrony środowiska Parlamentu Europejskiego. Gdyby została przyjęta to po roku 2021 w Unii Europejskiej znikną: plastikowe lekkie torby, talerze, sztućce, słomki, patyczki higieniczne, mieszadełka do napojów i pojemniki do fast foodów i inne plastikowe przedmioty jednorazowe. Można powiedzieć, że to Wielki Krok, ale raczej kroczek i to spóźniony w czasie o dziesięciolecia.

Formalnie Unia Europejska poprzez walkę z jednorazowymi wyrobami chce ratować zwierzęta żyjące w morzach i oceanach. Przyczyną są obliczenia, że 70 procent śmieci w wodach stanowią wyroby z plastiku, z czego jednak 27 procent to sprzęt do połowu organizmów morskich przez rybaków. Jednak rzecz nie jest w procentach tylko skali. Szacuje się, że do wód trafia ponad 8 milionów ton plastiku rocznie, nie licząc sieci rybackich. Problem z plastikiem w wodzie polega na tym, że używając słomki do napoju nie widzimy tego co dzieje się gdzieś daleko w wodzie. Istnieje już tzw. Wielka Pacyficzna Plama Śmieci dryfująca w północnej części Oceanu Spokojnego oraz druga pomiędzy Ameryka Północną i archipelagiem Hawajów. Obydwie są tak wielkie, że są widoczne z kosmosu.

Przyjęcie uchwały będzie przyniesie znaczące zmiany w stylu życia Europejczyków. Przewiduje się, że po rezygnacji z plastikowych wyrobów emisja dwutlenku węgla ma zmaleć 3,4 mln ton. Pytanie co w zamian? Z pewnością przecież muszą powstać nowe rozwiązania, pozwolą funkcjonować przemysłowi gastronomicznemu i spożywczemu. Chyba nikt nie wyobraża sobie, że znikną obiekty oferujące tzw. śmieciowe jedzenie fast foody i jakie koszty dla środowiska mogą wywołać zamienniki.

Jeśli rezolucja zostanie przegłosowa świat, dłuższej perspektywie może stanie się piękniejszy. Jednak należy pamiętać, że państwa, które najbardziej zaśmiecają plastikiem oceany to Chiny, Indonezja, Tajlandia, Wietnam i Filipiny, a one nie należą do Unii Europejskiej i wątpliwe, żeby zastosowały się do jej wewnętrznych przepisów. W działaniach Europosłów dostrzegam też wielką hipokryzję, albowiem walczy ona z jednorazowymi wyrobami plastikowymi, ale już z plastikowymi butelkami nie. Systematyczne picie wody i napojów z takich pojemników jest trujące. Cóż, troska o zwierzęta morskie jest ważniejsza od troski o własnych obywateli. Dzięki piciu z plastikowych butelek część z nich zachoruje  i stanie się klientami przemysłu farmakologicznego.

 Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Za tzw. komuny stale wydłużano okres młodości i tak udało się ją „podciągnąć” aż do 35 roku życia. Obecnie systematycznie obniża się wiek dla seniorów, kiedyś granicą było 80 lat, potem 70, później 60, a teraz już nawet 50 lat. Jeśli obydwa kryteria są prawdziwe, to dorosłość stale się kurczy. Obecnie trwa zaledwie 15 lat!

Podwyższanie wieku młodości w czasach Polski Ludowej wiązało się tym, że wydłużał się okres kiedy ludzie mogli się usamodzielniać, co kiedyś wiązało się z posiadaniem własnego mieszkania. Teraz o mieszkania jest znacznie łatwiej, choć oczywiście nie wszystkim. Natomiast kobiety po czterdziestce lubią o sobie mówić „dziewczyny”. Coraz częściej zdarza się też, że panie, które przekroczyły już pięćdziesiąty rok życia zachodzą w ciąże i zostają młodymi matkami. Modzie na młodość ulegają też coraz częściej mężczyźni. Starość jakoś nigdy nie była popularna. Młodym wydaje się, że nigdy się nie zestarzeją i w ogóle taką koncepcje uważają za abstrakcyjną a nawet surrealistyczną.

Wiek senioralny ustanawiany na 50+ to już koncepcje Unii Europejskiej. Wynika to też z koncepcji marketingowych, które kreują potrzeby dla grupy osób, które ukończyły pięćdziesiąty rok życia. Trochę to wszystko śmieszne, choć twórcy kryteriów wiekowych traktują swoje koncepcje bardzo poważnie. Jak nie było, ludzie starzeją się i mimo cudownych metod zachowania młodości lub odmładzania, jest to proces nieodwracalny.

W kontekście tego przemilczany jest ageizm czyli społeczne dyskryminowanie osób starszych. Postawa oparta jest na stereotypach i uprzedzeniach. Dotyczy to sytuacji, kiedy jakaś osoba, ze względu na swój wiek jest gorzej traktowana niż inni ludzie znajdujący się w takiej samej lub podobnej sytuacji. Znamienne i bardzo przykre są dyskryminacje w służbie zdrowia przejawiające się w uzasadnieniu odmowy leczenia zaawansowanym wiekiem, tłumaczenie dolegliwości „podeszłym wiekiem”, trudności w dostępie do lekarzy geriatrów, odmawianie rehabilitacji, ze względu na mniej optymistyczne rokowania niż u młodszych pacjentów.

Ageizm, świadomie, czy z braku wyobraźni, czy empatii, widoczny jest w projektach architektonicznych: nierównie chodnik, schody bez poręczy, wysokie krawężnik, krótki czas „zielonego światła” na przejściach dla pieszych czy brak podjazdów dla osób na wózkach itd. Z ageizmem, nawet wykluczeniem społecznym, mamy do czynienia również w tworzeniu barier technologicznych np. wprowadzanie nowoczesnych urządzeń, z których trudno jest korzystać osobom starszym, choćby z powodu słabszego wzroku, dostępność niektórych informacji jedynie przez skanowanie kodów QR, dostępność usług, towarów i instrukcji wyłącznie w internecie, nieczytelne oznaczenia i wyświetlacze, choćby w windach czy domofonach.

Ageizm to również izolacja osób starszych i unikanie kontaktu z nimi. Bardziej drastycznymi przypadkami jest zamykanie w domach pod pretekstem ochrony, utrudnianie kontaktów z rówieśnikami i rodzina, zmuszanie do pobytu w Domach Pomocy Społecznej czy utrudnianie realizacji zainteresowań. Ageizmem żywi się też zwykła nikczemność: wykorzystywanie niewiedzy lub braku doświadczenia osób starszych, wyłudzanie pieniędzy, mamienie, szantażowanie, natarczywa sprzedaż przez akwizytorów i domokrążców, straszenie, czy nawet podawanie informacji niezrozumiałym językiem czy publikowanie dokumentów małym stopniem pisma.

Przejawy ageizmu można dostrzec też w zarządzaniu kapitałem ludzkim. Dotyczy to np. zmuszania do przejścia emeryturę, nieprzyjmowanie do pracy z powodu wieku, prześladowanie i poniżanie przez młodych pracowników, pomijanie w propozycjach podnoszenia kwalifikacji. Wydawać by się mogło, że w sytuacji rynku pracownika, takie przejawy dyskryminacji w zakładach pracy są niemożliwe, a jednak są. To wielka szkoda, bo osoby starcze posiadają życiową mądrość i doświadczenie, których nie da się wygooglać. Co więcej, zaawansowany wiek to też inne, bardziej zdystansowane, podejście do życia. Dlatego seniorzy, wbrew pozorom, posiadają cenne kompetencje, z których opłaca się korzystać.

Ageizm to epidemia, która dotknie w przyszłości tych, którzy teraz dopuszczają się dyskryminacji ze względu na wiek. Biorąc pod uwagę szybko wydłużającą się średnią wieku życia, jest coraz bardziej prawdopodobne, że wszyscy kiedyś będziemy starzy, i to bez znaczenia czy chodzi o 50, 60, 70, 80 czy 90+ czego wszystkim życzę, ale bez doświadczania ageizmu.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Wiele przedsiębiorstw utyskuje, że nie ma pomysłu na prowadzenie społecznej odpowiedzialności biznesu (z ang. corporate social responsibility – CSR), albo nie ma na to pieniędzy. Cóż, wydaje mi się, że to czyste lenistwo umysłowe lub niechęć do podjęcia aktywności na rzecz społeczności.

Weźmy na przykład śmieci….. Śmieci są banalne i w zasadzie nikogo nie interesują. Do czasu….. kiedy, gdzieś w okolicy, powstanie nielegalne wysypisko, albo zapalą się hałdy śmieci, wydzielając toksyczny dym. Polska właśnie zaczęła przeżywać festiwal odpadowy. Media donoszą o tonącej w śmieciach Warszawie. Obawiam się jednak, że problem dotyczy wielu innych miejsc, tylko mniej nagłaśnianych.

Nie z każdym tematem śmieciowym łatwo walczyć. Niektóre sprawy nawarstwiają się przez lata. Przykładem jest historia składowiska przy ulicy Golędzinowskiej w Warszawie. Teren należy do PKP. Od 2015 roku kolejarze walczyli o odzyskanie władztwa nad własną nieruchomością. I w końcu się to udało. Jednak w dalszym ciągu nie wiadomo co zrobić ze składowiskiem? Cóż, najprostsze rozwiązanie to je zlikwidować. Może nie każdy wie, że PKP to spółka skarbu państwa, a te obowiązuje realizowanie zasad społecznej odpowiedzialności biznesu czyli m. in. dbanie o środowisko. Dlatego inercja PKP w tej sprawie mnie zadziwia.

Śmieci będzie coraz więcej i ich odbiór od śmieciotwórców będzie coraz droższy. Unia Europejska dostrzegając gigantyczną skalę zjawiska (choć nie rozumiejąc jego przyczyny) wdrożyła zasady segregacji śmieci. Tutaj pojawia się pole do popisu dla organizacji, które nie mają pomysłu na działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu. Podejmowanie aktywności z zakresu segregacji śmieci, a jeszcze lepiej ograniczenia ich wytwarzania to doskonały obszar działania dla każdej organizacji.

Najwięcej w sprawie problemu śmieciowego może uczynić sam rząd Rzeczpospolitej Polskiej czyli podmiot, który nakazuje swoim spółkom dbanie o działalność zgodną z zasadami społecznej odpowiedzialności biznesu. W jaki sposób? Otóż poprzez wprowadzenie przepisów prowadzących do ograniczenia powstawania śmieci. Pomysł jest prosty, wystarczy nałożyć akcyzę na opakowania jednorazowe, chociażby plastikowe butelki, które łatwo zastąpić szklanymi. Podjęcie takiego działania to wielka ulga dla środowiska, ale również dla konsumentów, ponieważ woda z plastikowych butelek, wydzielających bisfenol A albo bisfenol S, jest szkodliwa dla organizmu. To również ograniczenie wydatków ponoszonych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Tyle dobra przy pomocy JEDNEJ decyzji.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Kto ma dobrą dyplomację ten wygrywa. Kto ma złą – ten przegrywa. Ten kto nie ma dyplomacji jest w gorszej sytuacji niż ten co przegrywa.

Świat polityki skazany jest na dyplomację. Ważną rolę w tej materii odgrywają ambasadorzy. Podobnie sytuacja przedstawia się z światem gospodarki. Na politologii jest przedmiot międzynarodowe stosunki polityczne oraz międzynarodowe stosunki gospodarcze. W świecie polityki są ambasadorzy, a w świecie biznesu ich nie ma. „Tak nie może być! – pomyśleliśmy w Instytucie Biznesu i postanowiliśmy rozpocząć przyznawanie tytułu Ambasadorów Gospodarki, Ambasadorów Innowacji i Ambasadorów Zdrowia.

Według założeń tego projektu promocyjnego jest wskazywanie podmiotów, które wyróżniają się w świecie biznesu oraz działają na rzecz innowacji. Z jednej strony Instytut Biznesu chce nagradzać przedsiębiorstwa, które zasługują na uznanie, z drugiej strony chodzi o zwrócenie uwagi innym, co może stanowić istotne źródło inspiracji.

Powyższe przemyślenia doprowadziły do uroczystości, na której Instytut Biznesu wręczył pierwsze nagrody Ambasadorów Gospodarki i Ambasadorów Biznesu 2018. Gala odbyła się w Pałacu Sobańskich w Warszawie. Wręczenie Nagród poprzedziła merytoryczna debata „Rozwiązania sprzyjające rozwojowi firmy, branży, regionu”, którą poprowadził Tomasz Sańpruch – Redaktor Naczelny Capital24.tv . W dyskusji udział wzięli: Rafał Hiszpański – Prezes D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej, Stanisław Atanasow – Prezes Eurofactor Polska, Michał Jaworski – Przewodniczący Rady Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji oraz Jacek Janiszewski – szef konferencji ekonomicznej Welconomy Forum in Torun. W mojej ocenie oraz innych słuchaczy była to bardzo ciekawa i inspirująca dyskusja, która skłania do szeregu refleksji.

W kategorii Ambasadora Innowacji 2018 Instytut Biznesu przyznał nagrody następującym podmiotom:

Politechnika Świętokrzyska – nowoczesna uczelnia, gotowa sprostać wymaganiom studentów i młodych naukowców, którzy mają do dyspozycji ponad 70 laboratoriów wyposażonych w nowoczesną aparaturę. Uczelnia stawia na współpracę z przemysłem i podmiotami  gospodarczymi. Dobre kontakty ze środowiskiem biznesowym sprawiają, że absolwenci uczelni są chętnie zatrudniani przez pracodawców.

Grupa Boryszew – jedna z największych grup przemysłowych w Polsce. Specjalizuje się w produkcji komponentów do samochodów, przetwórstwie metali nieżelaznych oraz chemii przemysłowej. Działa poprzez 30 zakładów produkcyjnych i centrów Badań i Rozwoju zlokalizowanych w Europie, Azji oraz obu Amerykach. Dla Grupy pracuje niemal 10.000 pracowników. Grupa jest jednym z największych polskich inwestorów i pracodawców w Niemczech.

Adamed – pierwsza polska firma farmaceutyczna, która zainicjowała współpracę nauki z biznesem, powołując konsorcjum naukowo-przemysłowe. Obecnie Grupa posiada blisko 200 patentów w większości krajów na świecie. Adamed jest krajowym liderem leków nowej generacji. W to przedsięwzięcie zostało  zainwestowany już ponad 1 miliard złotych. Obecnie organizacja koncentruje się m. in. na dwóch platformach badawczych: onkologicznej i neuropsychiatrycznej, w ramach których poszukiwane są nowe, innowacyjne leki.

Nagrody Ambasadora Gospodarki 2018 przyznane przez Instytut Biznesu otrzymali:

Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji, której misją jest współtworzenie fundamentów cyfrowego rozwoju. Organizacja jest ambasadorem, który reprezentuje interesy gospodarcze przemysłu teleinformatycznego, wspierając działania przedsiębiorstw realizujących światowej klasy cyfrowe produkty i usługi. Celem Izby jest dbanie o to by wszelkie regulacje i procedury sprzyjały rozwojowi i modernizacji polskiej gospodarki.

Eurofactor Polska – przedsiębiorstwo oferuje usługi faktoringowe dla przedsiębiorstw zarówno dla małych i średnich przedsiębiorstw jak i korporacji. Działa w całej Polsce. Dzięki oferowanym usługom, klienci mogą liczyć na zdecydowane poprawienie płynności finansowej oraz eliminowanie zatorów płatniczych, zwiększenie dywersyfikacji źródeł finansowania, optymalizowanie kosztów, związanych z administrowaniem i monitoringiem wierzytelności. Co najważniejsze firma wśród klientów ceniona jest za wiarygodność i gotowość do szycia usług na miarę potrzeb klientów.

Welconomy Forum in Torun – kongres ekonomiczny, którego nadrzędnym celem jest promocja polskiej gospodarki, firm, inicjowanie spotkań świata polityki, biznesu i nauki. współpracę gospodarczą z naszym krajem oraz zakupem polskich towarów i usług. W marcu 2018 roku Kongres zorganizowano po raz 25.

Wszystkim nagrodzonym serdecznie gratuluję i życzę wielu sukcesów.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Wydarzenia ostatnich tygodni pozwalają wierzyć, że szykuje się istotna zmiana na rynku telemetrii w Polsce. To może okazać się bardzo ważne zarówno dla mediów jak i reklamodawców, a konsekwencji i konsumentów.

Sprawy w swe ręce postanowiła wziąć Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która już od początku roku rozpoczęła prace nad koncepcją badań tele- i audiometrycznych rynku mediów. Następnie ogłosiła dialog techniczny w tej sprawie i zorganizowała konsultacje społeczne dotyczące organizowanych przez nią badań w ramach projektu Telemetria Polska. Spotkały się one z szerokim odzewem, gdyż wzięło w nich udział ponad 20 firm, wśród nich: AGB Nielsen Research, Grupa Radiowa Agory, Gemius Polska, Telewizja Puls, Eurozet, Grupa RMF FM, ITI Neovision, TVN, Polsat Media Biuro Reklamy, Polska Izba Komunikacji Elektronicznej, Starcom, TIME czy IAA Polska Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy. Jest to o tyle ważne, że KRRiT chce robić badania przy pełnej akceptacji rynku. Zarządem nad pomiarem ma zająć się nowa jednostka, zrzeszająca agencje badawcze, media, domy mediowe i marketerów, a Krajowa Rada przewiduje dla siebie tylko rolę nadzorczy.

KRRiT dysponuje także budżetem na badania (ok. 15.000.000 zł), choć docelowo mają być one finansowane lub współfinansowane z budżetu państwa. Zgodnie z założeniami nowe rozwiązania pomiarowe mają ruszyć do końca 2018 r. Szerokie zainteresowanie projektem ze strony podmiotów medialnych oraz postęp prac, pozwalają wierzyć, że okresie najbliższych kilku miesięcy będziemy mieli do czynienia z poszerzeniem oferty narzędzi pomiarowych na rynku medialnym.

Na to, że im więcej dostępnych opcji badań tym lepiej dla rynku, wskazywało już wielu specjalistów. O, obecnie istniejącym i praktycznie jedynym, systemie Nielsena negatywnie wypowiadał się przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski. O powstanie nowego systemu pomiaru postulowała m. in. Telewizja Polska. Wskazywano, że w zasadzie rynek został zmonopolizowany przez jedną organizację, której mechanizm w niewielkim stopniu zmienił się w ciągu ostatnich 20 lat, a świat mediów od 1998 roku zmienił się diametralnie.

Przykładem braku adekwatności badań do zmieniającego się rynku może być pojęcie tzw. „grupy komercyjnej”. Instytut Staszica zorganizował w maju 2018 r. debatę poświęconą temu zagadnieniu. Wszyscy uczestnicy dyskusji, a brał w niej udział także przedstawiciel Nielsena, wskazywali, że utrzymywanie terminu grupy komercyjnej w badaniach telemetrycznych w obecnym kształcie (16-49 lat) jest anachronizmem i ma niewiele wspólnego z realiami i potrzebami rynku reklamowego w Polsce. Chodzi tutaj chociażby o tak obiektywne czynniki, jak zmiany demograficzne, które dokonały się ostatnich latach. Argumentowano, że przekłada się to na straty organizacji, które nie są w stanie dotrzeć do tych wszystkich klientów do, których, by chciały. To tylko jeden z przykładów, który pokazuje, że na rynku badań telemetrycznych konieczne są zmiany.

Zgodnie z założeniami nowy system pomiaru ma objąć możliwie jak największą liczbę kanałów dystrybucji, w tym także Internet, gdzie do tej pory oglądalność nie była mierzona. Panel badawczy ma objąć minimum 10.000 gospodarstw domowych. Jest to o tyle ważne, że do tej pory jednym z najczęściej pojawiających się zarzutów po kierunkiem Nielsena był właśnie ten dotyczący zbyt małej liczby ankietowanych objętych pomiarem. Efektem tego miało być m. in. nie uwzględnianie w pomiarach małych stacji. Dodatkowo pilotażowy pomiar ma mieć charakter pasywny i być oparty na takich urządzeniach jak beacony, smartfony czy smartwache.

Reasumując, każda inicjatywa, która prowadzi do poszerzenia oferty dostępnych usług na rynku powinna być oceniana pozytywnie, zwłaszcza w sytuacji, gdy prowadzi to do przełamania monopolu na rynku. Zawsze lepiej mieć możliwość porównania danych z dwóch, niezależnych źródeł niż tylko z jednego. Zwłaszcza, że oferowane są także nowe rozwiązania, które mogą poszerzyć możliwości analizy. Zwiększenie konkurencji, w szczególności na zmonopolizowanym rynku nigdy nikomu na złe nie wyszło.

Zyski i straty 18-08-24

„Koń, jaki jest, każdy widzi”, albo raczej mu się tak zdaje. Ofiarami tej wiary padli właściciele polskich stadnin koni (Skarb Państwa) oraz uczestnicy legendarnych aukcji w Janowie Podlaskim.

„Czy doszło do manipulowania cen na Pride of Poland?” – zastanawia się Agencja Informacyjna, która dotarła do dokumentów jakie trafiły do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. Okazuje się, że niekoniecznie jest tak, że koń jest taki jak się wydaje.

Od kilkunastu lat opinia publiczna była informowana o rekordowych cenach za wylicytowane konie na aukcjach w Janowie Podlaskim – które uchodziły za najważniejsze i najbardziej prestiżowe imprezy końskiego środowiska w Polsce. Nie było jednak wyjaśniane, że zwycięzcy aukcji podpisywali umowy, z których wynikało, że za wylicytowaną wartość kupujący, oprócz konia, otrzymuje dodatkowe profity. Agencja Informacyjna opisuje m. in. „sprzedaż na aukcji klaczy Ejrene ze Stadniny Koni Michałów w roku 2012 za 440.000 euro. Okazuje się, że warunki umowy obejmującej sprzedaż tej klaczy ustalono wcześniej, a w ramach wymienionej kwoty zapewniono także: dzierżawę przez kupca czempionki świata Emandorii, pobranie od niej dwóch zarodków, rezygnację z wszelkich nagród pieniężnych w pokazach płatnych na rzecz dzierżawcy oraz pokrycie innej klaczy, należącej do dzierżawcy najlepszym w tamtym czasie w Michałowie ogierem Ekstern.” Niestety, pozostali uczestnicy aukcji nie wiedzieli o tym, że poza koniem są jeszcze dodatkowe znaczące korzyści. Byli nieświadomymi uczestnikami pewnej gry.

Według dokumentów, do których dotarła Agencja Informacyjna, wynika, że „ceny zarodków od Emandorii oscylowały wokół kilkuset tysięcy euro za jeden, a nagroda za czempionat wygrany w Dubaju to nawet ok. 300.000 euro (klacz Emandoria w marcu 2018, uczestnicząc w płatnym pokazie na Bliskim Wschodzie, wygrała 25.000 euro za I miejsce w klasie i 250.000 za czempionat). Gdy weźmie się pod uwagę te kwoty, cena za Ejrene nie wydaje się już tak imponująca, a można nawet stwierdzić, że była okazyjna”.

Ten proceder mógł być możliwy tylko za wiedzą zarządów stadnin i nadzoru właścicielskiego (Skarb Państwa). Te działania to wielki cios w reputacje aukcji w Janowie Podlaskim. Bardzo nad tym boleję, albowiem polskie konie były przez wiele dziesięcioleci ważnym elementem pozytywnego wizerunku Polski. Tak też pada mit o cudownych rekordach aukcji w Janowie Podlaskim. Jednak ta historia ma jeszcze ciąg dalszy. Okazuje się, że Jerzy Białobok (Stadnina Michałów) i Anna Stojanowska (Agencja Nieruchomości Rolnych), którzy działali w tamtym okresie, przed kilkoma dniami zostali powołani przez Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi do nowej rady ds. hodowli koni. Mam nadzieję, że to nie jest puenta tej historii.

Zyski i Straty 18-08-23

 

Trwa batalia, prawie wojna, o modernizację, czy może nawet precyzyjniejszym terminem byłoby, o stworzenie namiastki floty Marynarki Wojennej. Obserwowanie tej dyskusji przypomina przysłuchiwanie się gospodyniom domowym, które podczas wycieczki do magla, wpadły na pomysł uzdrowienia raju. Niestety tej dyskusji nie prowadzą amatorzy.

Zaczynając od początku, Marynarka Wojenna ma sprzęt, który mógłby zainteresować wiele muzeów techniki bądź wojskowości. Natomiast jeśli chodzi o zdolność bojową, to polska flota wojenna przypomina tekturowe czołgi, ustawione na pustyni irackiej. Jak uczy historia, atrapy nie tylko nikogo nie przestraszyły, ani nawet nie uchroniły dyktatora Saddama Husajna. Czy to oznacza, że Polska powinna mieć prawdziwe okręty, na miarę XXI wieku? Nie wiem. Jeśli Polska chce mieć cokolwiek do powiedzenia na terytorium Morza Bałtyckiego, to prawdziwe okręty wojenne są przymusową koniecznością. Oczywiście nie ma obowiązku. Polska może nie mieć Marynarki Wojennej, tak jak Litwa i Łotwa w ogóle praktycznie nie mają wojska, tylko czy to porównanie ma jakikolwiek sens?

Pytanie skąd wziąć nowe statki? Cóż, najlepiej wybudować. Według premiera Mateusza Morawieckiego stocznie miały stać się jednym z kół zamachowych polskiej gospodarki i to już do roku 2020. Odbudowę polskiego przemysłu stoczniowego mogłyby zapewnić zamówienia związane z modernizacją Marynarki Wojennej. Chodzi o nowe jednostki, budowane we współpracy z zagranicznymi podmiotami. Koncepcja sprytna: stocznie dostałyby tak potrzebne zlecenia i środki na rozwój, a armia – nowe okręty, wybudowane w nowoczesnych technologiach.

Czas płynie nieubłaganie i coraz więcej osób uważa, że koncepcje premiera Mateusza Morawieckiego to bajki. Do roku 2020 zostały dwa lata i nic się nie dzieje, poza koncepcjami. Potwierdzają to coraz bardziej egzotyczne propozycje, aby zamiast wydawać pieniądze na okręty, budowane w polskich stoczniach wypożyczyć flotę z Niemiec lub od któregoś z krajów skandynawskich. Inny jeszcze bardziej zaskakujący pomysł to zakup np.  30-letnich fregat Adelaide od… Australii, która wycofuje te jednostki, bo inwestuje w nowe. Oznacza to jednak w latach 30 XXI wieku Polska znów będzie posługiwać się archaiczną flotą, z ubiegłego wieku. Będą to więc znów atrapy, ale nowsze i ładniejsze. To podobno koncepcja forsowana przez Ministerstwo Obrony Narodowej i Prezydenta, inspirowanego przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Nie bez powodu rozpoczęły się wycieczki do Australii. Ktoś pilnie potrzebuje sukcesu i to jest katalizator dziwacznych idei. Ciekawe co na to Premier Morawiecki?

Według ekspertów realizacja zamówień przez polskie stocznie (przede wszystkim dla Marynarki Wojennej) daje szansę na 85 tysięcy nowych miejsc pracy i wygenerowanie 95 mld zł w polskim PKB. Z kolei fiasko programu odbudowy przemysłu stoczniowego pochłonie ponad 13 mld zł z tytułu utraconych zysków, podatków oraz kosztów poniesionych już na restrukturyzację zatrudnienia. Z przedstawionych wyliczeń, z ekonomicznego punktu widzenia wynajem czy zakup staroci to delikatnie mówiąc marnotrawstwo. Świadom jest tego m. in.  Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej Marek Gróbarczyk, który, wbrew MON, Prezydentowi i BBN, nie zgadza się, „aby pozyskiwać stare jednostki australijskie i w ten sposób hamować proces budowy w polskich stoczniach nowych okrętów obronnych”. Uważa, że „okręty wojenne powinny być budowane w Polsce”. Niestety to nie będą jego decyzje. Mam nadzieję, że z powodu swoich oświadczeń Minister bohatersko nie polegnie i uda mu się odmienić katastrofalne decyzje wiszące w powietrzu.

Cóż ja do tego mogę dodać? Na taką okoliczność są dwa mądre powiedzenia „co nagle to po diable” i „biednego nie stać oszczędzanie”, a więc zakup złomu z antypodów czy też wynajmowanie sprzętu, aby za własne pieniądze go remontować, byle tyko coś mieć to ekstrawagancja, na którą z pewnością Polska sobie nie może pozwolić, bo niewolno pieniędzy podatników wrzucać w błoto.

Śmieci to bardzo dochodowy interes. Co można zrobić, żeby był jeszcze bardziej rentowny? Wystarczy wykorzystać głupie prawo i bezradnych urzędników. To główna przyczyna, z powodu której w Polsce takim powodzeniem cieszą się płonące składowiska odpadów.

Na rzecz jakich interesów trzeba działać, aby zezwalać na import śmieci do kraju? Trudno to sobie wyobrazić, no bo jaki gospodarz zgadzałby się na zaśmiecanie swojego terenu? Nawet Chiny nie przyjmują odpadów z innych państw. Polska, przez wiele lat, nie widziała w tym problemu, chociaż media, w tym chociażby „Super Express”, rozpisują się o tym od dawna.

Przykładem, ilustrującym patologię, może być historia składowiska przy ulicy Golędzinowskiej w Warszawie. Teren należy do PKP. Kiedy kolejarze zorientowali się, że wynajmujący wykorzystuje działkę niezgodnie z umową, rozwiązali ją w 2015 roku, ale dopiero teraz, w drodze egzekucji komorniczej, właściciel odzyskał władztwo nad terenem. Jak się okazuje niewiele to zmieniło, mimo, że PKP zawiadomiło m. in. policję, prokuraturę i Mazowieckiego Inspektora Ochrony Środowiska, który jest uprawniony do kontroli obiektów zamkniętych – taki jest status terenu, który od lat cuchnie, mnoży się tam robactwo i szczury, co więcej jest to tykająca bomba ekologiczna.

Nic się nie dzieje też w miejscach, gdzie PKP dokonało interwencji np. na ul. Golędzinowskiej. Mieszkańcy z okolicy są załamani inercją i bezradnością służb. Wszyscy działają w ramach prawa. PKP, jako wynajmujący, wypowiedział umowę części najemców, jednak nie jest w stanie zmusić dzierżawcy do uporządkowania terenu…. Mazowiecki Inspektor Ochrony Środowiska wymierzył przedsiębiorstwu 4 miliony zł kary, ale nie może jej wyegzekwować…. Miejskie Biuro Ochrony Środowiska prowadzi postępowanie egzekucyjne, którego celem jest nakłonienie przedsiębiorcy do usunięcia składowiska. Narzędziem przymuszającym jest grzywna w wysokości 5 tysięcy zł….. Nie ma chętnych do usunięcia odpadów, bo ta operacja może kosztować kilka milionów zł, a odzyskanie pieniędzy od byłego dzierżawcy wydaje się nierealne, więc będzie to ewidentna strata (dla państwowej firmy PKP).

Jeszcze większym problemem są tereny, którymi PKP, ani odpowiednie urzędy nie wydają się zainteresowane. Chociażby przy ulicach Staniewickiej czy Myśliborskiej w Warszawie odpady są ciągle zwożone, tuż pod oknami mieszkańców. Zapewne w całej Polsce jest jeszcze wiele takich miejsc, tylko jeszcze media o nich nie piszą.

Po serii pożarów składowisk, media sugerowały, że mogło dojść do podpaleń, ale w niektórych przypadkach to sama łatwopalna natura odpadów, procesy biologiczne i upały wystarczyły do zapłonu mieszanki śmieci. Jeżeli do takiego zapłonu doszłoby na terenach kolejowych PKP czekają następne straty – kolej nie interweniując w sprawie nieuczciwych najemców naraża się na wybuch pożarów na swoim terenie, w środku miasta. Straty finansowe i wizerunkowe mogą być olbrzymie. Do tego dochodzi prawdziwa katastrofa ekologiczna i zdrowotna, gdy dym palonych opon, folii, chemii dotrze do mieszkańców. Wizja przerażająca, a co gorsze realna.

Przedsiębiorstwa, które działają, z premedytacją niezgodnie z prawem, uzyskują zgody na zbieranie odpadów niebezpiecznych, ale nie na składowanie, które oznacza wysypisko. Jednak okres zbierania wynosi 3 lata! Ponieważ nie zamierzają postępować profesjonalnie z utylizacją śmieci, na organizowanych przetargach potrafią zaproponować konkurencyjne ceny. Przegrywają na tym uczciwi przedsiębiorcy, którzy nie są w stanie przedstawić równie atrakcyjnych ofert, cierpią na tym okoliczni mieszkańcy dzikich wysypisk, no i oczywiście środowisko.

Ministerstwo Środowiska przygotowało projekt ustawy likwidującą patologie. Jest w niej zapis, że śmieciowiska nie mogą być organizowane na terenach dzierżawionych. Zgodnie z nowymi przepisami, inspektorzy dostaną też uprawnienia kontrolne takie jak rejestrowanie obrazu przy użyciu technik satelitarnych i dronów. Procedowana obecnie, w parlamencie, nowelizacja nie odnosi się jednak do składowisk gruzu. Innym obszarem, który nie zostanie uregulowany przez parlament to właśnie tereny zamknięte, czyli m. in. wspomniane obszary kolejowe. W ten sposób zostawione są furtki dla nieuczciwych przedsiębiorców. Ciekawe po co?

 

 

Leasing – to słowo w wolnorynkowej Polsce zrobiło błyskawiczną karierę. Z pewnością jest to ciekawa forma wsparcia dla przedsiębiorców, zwłaszcza jako alternatywa dla kredytu bankowego.

Leasing jest jedną z umownych stosunków cywilnoprawnych. W tym przedsięwzięciu jedna ze stron umowy (finansujący, leasingodawca) przekazuje drugiej stronie (korzystającemu, leasingobiorcy) prawo do korzystania z określonej rzeczy na pewien uzgodniony w umowie leasingu okres, w zamian za ustalone ratalne opłaty (raty leasingowe). Korzyści płynące z leasingu dla leasingobiorcy: niewielkie zaangażowanie własnego kapitału, optymalizacja obciążeń podatkowych (tzw. „tarcza podatkowa”), możliwość rozliczenia podatku VAT. W Polsce funkcjonuje kilka form leasing: operacyjny, finansowy, zwrotny i konsumencki

Leasing jest bardziej popularny w Polsce niż w innych krajach Unii Europejskiej. Korzystają z niego w znaczącej części mali i średni przedsiębiorcy. Jest on elastyczniejszą formą finansowania niż kredyt. Ponadto leasing to niższe koszty i większe bezpieczeństwo.

Z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że w ciągu ostatniego półrocza leasingodawcy sfinansowali inwestycje polskich przedsiębiorców o łącznej wartości prawie 40 mld zł. W ciągu roku rynek powiększył się o blisko 20 proc. Cały aktywny portfel branży leasingowej wynosi 136,8 mld zł. Te dane doskonale pokazują, że ta forma umów biznesowych jest coraz bardziej popularna. Ciekawostką jest to, że część leasingodawców zaostrza kryteria lub wręcz ogranicza dostępność swoich usług, a inne jak na przykład Alior Leasing dynamicznie się rozwijają.

Najczęściej przedmiotem leasingu są pojazdy osobowe i dostawcze, na drugim miejscu pojawiają się pojazdy transportu ciężkiego, a na trzecim maszyny i inne urządzenia w tym sprzęt komputerowy. Z badań przeprowadzonych przez Centrum Badań Marketingowych Indicator wynika, że 80 proc. korzystających z leasingu jest z niej zadowolona. Może być jednak lepiej. Jan Garlicki – Dyrektor Generalny CBM Indicator, na podstawie analizy zgromadzonych danych, uważa, że „przedsiębiorcy oczekują dodatkowych usług serwisowych oraz zmniejszenia wymogów dotyczących zabezpieczeń przy zawarciu umowy”. Trudno powiedzieć, czy leasingodawcy są gotowi wyjść jeszcze bardziej naprzeciw oczekiwaniom klientów. Być może jednak wynika badań Indicatora powinny być przedmiotem refleksji, zwłaszcza dla podmiotów, które chcą zwiększyć swój udział na tym rynku.

Trwa sezon ogórkowy. Jednak ci co twierdzą, że rozmiar nie ma znaczenia oszukują, albo, wersja soft: nie wiedzą o czym się wypowiadają. Przyczyna wyrażania takich opinii może być upał. Źle, kiedy źródłem tego typu opinii staje się Ministerstwo Zdrowia.

Upał tego lata jest wielki i jak twierdzą fachowcy jeszcze potrwa. Dlatego temat tego tekstu może wydać się mało poważny. Tak jednak mogą uważać tylko ci, którzy twierdzą, że rozmiar nie ma znaczenia.

Jak się okazuje dla urzędników Ministerstwa Zdrowia rozmiar nie ma znaczenia, albo raczej  ma fundamentalne albowiem oczekują, że wszystkie papierosy mają być sprzedawane w opakowaniach takiej samej wielkości. Ofiarą tego marzenia padają wyroby tytoniowe typu slim, które, aby zmieści w nim wymagane prawem co najmniej 20 sztuk, będą musiały mieć większe opakowanie niż powinny. Pretekstem do stawiania takiego wymogu jest roszczenie do określonej wielkości powierzchni informującej o zgubnych skutkach palenia papierosów. Podstawą do działania jest, jak twierdzą pomysłodawcy, nowa dyrektywa unijna. Szkopuł w tym, że rozporządzenie europejskie, na które powołują się polscy autorzy przepisów nie zawiera wymogów, które mają zacząć obowiązywać w kraju.

Papierosy są złe. To jest bezdyskusyjne. Jednak trudno przyklasnąć inicjatywie Ministerstwa Zdrowia. Proponowane rozwiązania wprowadzą zamieszanie na rynku, a w ponadto zaszkodzi gospodarce. Wątpię też aby wpłynęło skutecznie zmniejszenie liczby wypalonych papierosów. Z pewnością jednak może w znaczący sposób dojść do wzrostu przemytu wyrobów tytoniowych i przestępczości. Czy rzeczywiście o to chodzi w projekcie Ministerstwu Zdrowia?

Zacząłem od tego, że rozmiar ma znaczenia. Jak to wygląda w przypadku przemysłu tytoniowego w kraju? Przede wszystkim Polska jest drugim największym producentem wyrobów tytoniowych w Unii Europejskiej. Wartość szacuje się na ponad 35 mld zł rocznie. Z tytułu podatków tym zakresie państwo osiąga ponad 25 mld zł przychodów. Z łańcuchem wartości dodanej wyrobów tytoniowych zawodowo jest związanych pół miliona pracowników. Przy samej produkcji surowca pracuje około 50 tysięcy ludzi. Handlem wyrobami tytoniowymi zajmuje się  500 tysięcy osób.

Ktoś może powiedzieć, że przemysł tytoniowy to zła dziedzina gospodarki. Jednak bezmyślne uderzanie w nią nie przyniesie oczekiwanych pozytywnych skutków, ale za to wywoła szereg negatywnych. Wyroby tytoniowe to polski przebój eksportowy. 75 procent produkcji trafia za granicę. Działania zmierzające do ograniczenia produkcji to nie tylko wzrost bezrobocia, ale również tworzenie szarej strefy. Obecnie budżet państwa na produkcji i przemycie nielegalnych papierosów traci około 6-7 mld zł. Kiedy koncepcje Ministerstwa Zdrowia wejdą w życie straty te mogą się podwoić. Najgorsze, że nie będzie żadnych zysków.