Archiwum kategorii: Bez kategorii

Trwa batalia, prawie wojna, o modernizację, czy może nawet precyzyjniejszym terminem byłoby, o stworzenie namiastki floty Marynarki Wojennej. Obserwowanie tej dyskusji przypomina przysłuchiwanie się gospodyniom domowym, które podczas wycieczki do magla, wpadły na pomysł uzdrowienia raju. Niestety tej dyskusji nie prowadzą amatorzy.

Zaczynając od początku, Marynarka Wojenna ma sprzęt, który mógłby zainteresować wiele muzeów techniki bądź wojskowości. Natomiast jeśli chodzi o zdolność bojową, to polska flota wojenna przypomina tekturowe czołgi, ustawione na pustyni irackiej. Jak uczy historia, atrapy nie tylko nikogo nie przestraszyły, ani nawet nie uchroniły dyktatora Saddama Husajna. Czy to oznacza, że Polska powinna mieć prawdziwe okręty, na miarę XXI wieku? Nie wiem. Jeśli Polska chce mieć cokolwiek do powiedzenia na terytorium Morza Bałtyckiego, to prawdziwe okręty wojenne są przymusową koniecznością. Oczywiście nie ma obowiązku. Polska może nie mieć Marynarki Wojennej, tak jak Litwa i Łotwa w ogóle praktycznie nie mają wojska, tylko czy to porównanie ma jakikolwiek sens?

Pytanie skąd wziąć nowe statki? Cóż, najlepiej wybudować. Według premiera Mateusza Morawieckiego stocznie miały stać się jednym z kół zamachowych polskiej gospodarki i to już do roku 2020. Odbudowę polskiego przemysłu stoczniowego mogłyby zapewnić zamówienia związane z modernizacją Marynarki Wojennej. Chodzi o nowe jednostki, budowane we współpracy z zagranicznymi podmiotami. Koncepcja sprytna: stocznie dostałyby tak potrzebne zlecenia i środki na rozwój, a armia – nowe okręty, wybudowane w nowoczesnych technologiach.

Czas płynie nieubłaganie i coraz więcej osób uważa, że koncepcje premiera Mateusza Morawieckiego to bajki. Do roku 2020 zostały dwa lata i nic się nie dzieje, poza koncepcjami. Potwierdzają to coraz bardziej egzotyczne propozycje, aby zamiast wydawać pieniądze na okręty, budowane w polskich stoczniach wypożyczyć flotę z Niemiec lub od któregoś z krajów skandynawskich. Inny jeszcze bardziej zaskakujący pomysł to zakup np.  30-letnich fregat Adelaide od… Australii, która wycofuje te jednostki, bo inwestuje w nowe. Oznacza to jednak w latach 30 XXI wieku Polska znów będzie posługiwać się archaiczną flotą, z ubiegłego wieku. Będą to więc znów atrapy, ale nowsze i ładniejsze. To podobno koncepcja forsowana przez Ministerstwo Obrony Narodowej i Prezydenta, inspirowanego przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Nie bez powodu rozpoczęły się wycieczki do Australii. Ktoś pilnie potrzebuje sukcesu i to jest katalizator dziwacznych idei. Ciekawe co na to Premier Morawiecki?

Według ekspertów realizacja zamówień przez polskie stocznie (przede wszystkim dla Marynarki Wojennej) daje szansę na 85 tysięcy nowych miejsc pracy i wygenerowanie 95 mld zł w polskim PKB. Z kolei fiasko programu odbudowy przemysłu stoczniowego pochłonie ponad 13 mld zł z tytułu utraconych zysków, podatków oraz kosztów poniesionych już na restrukturyzację zatrudnienia. Z przedstawionych wyliczeń, z ekonomicznego punktu widzenia wynajem czy zakup staroci to delikatnie mówiąc marnotrawstwo. Świadom jest tego m. in.  Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej Marek Gróbarczyk, który, wbrew MON, Prezydentowi i BBN, nie zgadza się, „aby pozyskiwać stare jednostki australijskie i w ten sposób hamować proces budowy w polskich stoczniach nowych okrętów obronnych”. Uważa, że „okręty wojenne powinny być budowane w Polsce”. Niestety to nie będą jego decyzje. Mam nadzieję, że z powodu swoich oświadczeń Minister bohatersko nie polegnie i uda mu się odmienić katastrofalne decyzje wiszące w powietrzu.

Cóż ja do tego mogę dodać? Na taką okoliczność są dwa mądre powiedzenia „co nagle to po diable” i „biednego nie stać oszczędzanie”, a więc zakup złomu z antypodów czy też wynajmowanie sprzętu, aby za własne pieniądze go remontować, byle tyko coś mieć to ekstrawagancja, na którą z pewnością Polska sobie nie może pozwolić, bo niewolno pieniędzy podatników wrzucać w błoto.

Śmieci to bardzo dochodowy interes. Co można zrobić, żeby był jeszcze bardziej rentowny? Wystarczy wykorzystać głupie prawo i bezradnych urzędników. To główna przyczyna, z powodu której w Polsce takim powodzeniem cieszą się płonące składowiska odpadów.

Na rzecz jakich interesów trzeba działać, aby zezwalać na import śmieci do kraju? Trudno to sobie wyobrazić, no bo jaki gospodarz zgadzałby się na zaśmiecanie swojego terenu? Nawet Chiny nie przyjmują odpadów z innych państw. Polska, przez wiele lat, nie widziała w tym problemu, chociaż media, w tym chociażby „Super Express”, rozpisują się o tym od dawna.

Przykładem, ilustrującym patologię, może być historia składowiska przy ulicy Golędzinowskiej w Warszawie. Teren należy do PKP. Kiedy kolejarze zorientowali się, że wynajmujący wykorzystuje działkę niezgodnie z umową, rozwiązali ją w 2015 roku, ale dopiero teraz, w drodze egzekucji komorniczej, właściciel odzyskał władztwo nad terenem. Jak się okazuje niewiele to zmieniło, mimo, że PKP zawiadomiło m. in. policję, prokuraturę i Mazowieckiego Inspektora Ochrony Środowiska, który jest uprawniony do kontroli obiektów zamkniętych – taki jest status terenu, który od lat cuchnie, mnoży się tam robactwo i szczury, co więcej jest to tykająca bomba ekologiczna.

Nic się nie dzieje też w miejscach, gdzie PKP dokonało interwencji np. na ul. Golędzinowskiej. Mieszkańcy z okolicy są załamani inercją i bezradnością służb. Wszyscy działają w ramach prawa. PKP, jako wynajmujący, wypowiedział umowę części najemców, jednak nie jest w stanie zmusić dzierżawcy do uporządkowania terenu…. Mazowiecki Inspektor Ochrony Środowiska wymierzył przedsiębiorstwu 4 miliony zł kary, ale nie może jej wyegzekwować…. Miejskie Biuro Ochrony Środowiska prowadzi postępowanie egzekucyjne, którego celem jest nakłonienie przedsiębiorcy do usunięcia składowiska. Narzędziem przymuszającym jest grzywna w wysokości 5 tysięcy zł….. Nie ma chętnych do usunięcia odpadów, bo ta operacja może kosztować kilka milionów zł, a odzyskanie pieniędzy od byłego dzierżawcy wydaje się nierealne, więc będzie to ewidentna strata (dla państwowej firmy PKP).

Jeszcze większym problemem są tereny, którymi PKP, ani odpowiednie urzędy nie wydają się zainteresowane. Chociażby przy ulicach Staniewickiej czy Myśliborskiej w Warszawie odpady są ciągle zwożone, tuż pod oknami mieszkańców. Zapewne w całej Polsce jest jeszcze wiele takich miejsc, tylko jeszcze media o nich nie piszą.

Po serii pożarów składowisk, media sugerowały, że mogło dojść do podpaleń, ale w niektórych przypadkach to sama łatwopalna natura odpadów, procesy biologiczne i upały wystarczyły do zapłonu mieszanki śmieci. Jeżeli do takiego zapłonu doszłoby na terenach kolejowych PKP czekają następne straty – kolej nie interweniując w sprawie nieuczciwych najemców naraża się na wybuch pożarów na swoim terenie, w środku miasta. Straty finansowe i wizerunkowe mogą być olbrzymie. Do tego dochodzi prawdziwa katastrofa ekologiczna i zdrowotna, gdy dym palonych opon, folii, chemii dotrze do mieszkańców. Wizja przerażająca, a co gorsze realna.

Przedsiębiorstwa, które działają, z premedytacją niezgodnie z prawem, uzyskują zgody na zbieranie odpadów niebezpiecznych, ale nie na składowanie, które oznacza wysypisko. Jednak okres zbierania wynosi 3 lata! Ponieważ nie zamierzają postępować profesjonalnie z utylizacją śmieci, na organizowanych przetargach potrafią zaproponować konkurencyjne ceny. Przegrywają na tym uczciwi przedsiębiorcy, którzy nie są w stanie przedstawić równie atrakcyjnych ofert, cierpią na tym okoliczni mieszkańcy dzikich wysypisk, no i oczywiście środowisko.

Ministerstwo Środowiska przygotowało projekt ustawy likwidującą patologie. Jest w niej zapis, że śmieciowiska nie mogą być organizowane na terenach dzierżawionych. Zgodnie z nowymi przepisami, inspektorzy dostaną też uprawnienia kontrolne takie jak rejestrowanie obrazu przy użyciu technik satelitarnych i dronów. Procedowana obecnie, w parlamencie, nowelizacja nie odnosi się jednak do składowisk gruzu. Innym obszarem, który nie zostanie uregulowany przez parlament to właśnie tereny zamknięte, czyli m. in. wspomniane obszary kolejowe. W ten sposób zostawione są furtki dla nieuczciwych przedsiębiorców. Ciekawe po co?

 

 

Leasing – to słowo w wolnorynkowej Polsce zrobiło błyskawiczną karierę. Z pewnością jest to ciekawa forma wsparcia dla przedsiębiorców, zwłaszcza jako alternatywa dla kredytu bankowego.

Leasing jest jedną z umownych stosunków cywilnoprawnych. W tym przedsięwzięciu jedna ze stron umowy (finansujący, leasingodawca) przekazuje drugiej stronie (korzystającemu, leasingobiorcy) prawo do korzystania z określonej rzeczy na pewien uzgodniony w umowie leasingu okres, w zamian za ustalone ratalne opłaty (raty leasingowe). Korzyści płynące z leasingu dla leasingobiorcy: niewielkie zaangażowanie własnego kapitału, optymalizacja obciążeń podatkowych (tzw. „tarcza podatkowa”), możliwość rozliczenia podatku VAT. W Polsce funkcjonuje kilka form leasing: operacyjny, finansowy, zwrotny i konsumencki

Leasing jest bardziej popularny w Polsce niż w innych krajach Unii Europejskiej. Korzystają z niego w znaczącej części mali i średni przedsiębiorcy. Jest on elastyczniejszą formą finansowania niż kredyt. Ponadto leasing to niższe koszty i większe bezpieczeństwo.

Z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że w ciągu ostatniego półrocza leasingodawcy sfinansowali inwestycje polskich przedsiębiorców o łącznej wartości prawie 40 mld zł. W ciągu roku rynek powiększył się o blisko 20 proc. Cały aktywny portfel branży leasingowej wynosi 136,8 mld zł. Te dane doskonale pokazują, że ta forma umów biznesowych jest coraz bardziej popularna. Ciekawostką jest to, że część leasingodawców zaostrza kryteria lub wręcz ogranicza dostępność swoich usług, a inne jak na przykład Alior Leasing dynamicznie się rozwijają.

Najczęściej przedmiotem leasingu są pojazdy osobowe i dostawcze, na drugim miejscu pojawiają się pojazdy transportu ciężkiego, a na trzecim maszyny i inne urządzenia w tym sprzęt komputerowy. Z badań przeprowadzonych przez Centrum Badań Marketingowych Indicator wynika, że 80 proc. korzystających z leasingu jest z niej zadowolona. Może być jednak lepiej. Jan Garlicki – Dyrektor Generalny CBM Indicator, na podstawie analizy zgromadzonych danych, uważa, że „przedsiębiorcy oczekują dodatkowych usług serwisowych oraz zmniejszenia wymogów dotyczących zabezpieczeń przy zawarciu umowy”. Trudno powiedzieć, czy leasingodawcy są gotowi wyjść jeszcze bardziej naprzeciw oczekiwaniom klientów. Być może jednak wynika badań Indicatora powinny być przedmiotem refleksji, zwłaszcza dla podmiotów, które chcą zwiększyć swój udział na tym rynku.

Trwa sezon ogórkowy. Jednak ci co twierdzą, że rozmiar nie ma znaczenia oszukują, albo, wersja soft: nie wiedzą o czym się wypowiadają. Przyczyna wyrażania takich opinii może być upał. Źle, kiedy źródłem tego typu opinii staje się Ministerstwo Zdrowia.

Upał tego lata jest wielki i jak twierdzą fachowcy jeszcze potrwa. Dlatego temat tego tekstu może wydać się mało poważny. Tak jednak mogą uważać tylko ci, którzy twierdzą, że rozmiar nie ma znaczenia.

Jak się okazuje dla urzędników Ministerstwa Zdrowia rozmiar nie ma znaczenia, albo raczej  ma fundamentalne albowiem oczekują, że wszystkie papierosy mają być sprzedawane w opakowaniach takiej samej wielkości. Ofiarą tego marzenia padają wyroby tytoniowe typu slim, które, aby zmieści w nim wymagane prawem co najmniej 20 sztuk, będą musiały mieć większe opakowanie niż powinny. Pretekstem do stawiania takiego wymogu jest roszczenie do określonej wielkości powierzchni informującej o zgubnych skutkach palenia papierosów. Podstawą do działania jest, jak twierdzą pomysłodawcy, nowa dyrektywa unijna. Szkopuł w tym, że rozporządzenie europejskie, na które powołują się polscy autorzy przepisów nie zawiera wymogów, które mają zacząć obowiązywać w kraju.

Papierosy są złe. To jest bezdyskusyjne. Jednak trudno przyklasnąć inicjatywie Ministerstwa Zdrowia. Proponowane rozwiązania wprowadzą zamieszanie na rynku, a w ponadto zaszkodzi gospodarce. Wątpię też aby wpłynęło skutecznie zmniejszenie liczby wypalonych papierosów. Z pewnością jednak może w znaczący sposób dojść do wzrostu przemytu wyrobów tytoniowych i przestępczości. Czy rzeczywiście o to chodzi w projekcie Ministerstwu Zdrowia?

Zacząłem od tego, że rozmiar ma znaczenia. Jak to wygląda w przypadku przemysłu tytoniowego w kraju? Przede wszystkim Polska jest drugim największym producentem wyrobów tytoniowych w Unii Europejskiej. Wartość szacuje się na ponad 35 mld zł rocznie. Z tytułu podatków tym zakresie państwo osiąga ponad 25 mld zł przychodów. Z łańcuchem wartości dodanej wyrobów tytoniowych zawodowo jest związanych pół miliona pracowników. Przy samej produkcji surowca pracuje około 50 tysięcy ludzi. Handlem wyrobami tytoniowymi zajmuje się  500 tysięcy osób.

Ktoś może powiedzieć, że przemysł tytoniowy to zła dziedzina gospodarki. Jednak bezmyślne uderzanie w nią nie przyniesie oczekiwanych pozytywnych skutków, ale za to wywoła szereg negatywnych. Wyroby tytoniowe to polski przebój eksportowy. 75 procent produkcji trafia za granicę. Działania zmierzające do ograniczenia produkcji to nie tylko wzrost bezrobocia, ale również tworzenie szarej strefy. Obecnie budżet państwa na produkcji i przemycie nielegalnych papierosów traci około 6-7 mld zł. Kiedy koncepcje Ministerstwa Zdrowia wejdą w życie straty te mogą się podwoić. Najgorsze, że nie będzie żadnych zysków.

Polski przemysł zbrojeniowy postanowił wstąpić na ścieżkę innowacji. To bardzo poważne wyzwanie, zwłaszcza, że Polska w dziedzinie nowatorskich rozwiązań wlecze się na samym końcu państw Unii Europejskiej, a na liście światowej trudno ją znaleźć.

Innowacyjność to bardzo trudna dyscyplina, w której trwa zacięta rywalizacja. Najpierw trzeba mieć oryginalny pomysł związany z jakimś nowym rozwiązaniem. Potem trzeba wymyślić jak to zrealizować i sprawdzić czy rzeczywiście działa. To wymaga czasu oraz pieniędzy. Kiedy prototyp idei jest gotowy należy zweryfikować czy inni nie wymyślili czegoś podobnego, albo, co gorsza, lepszego. Dopiero wtedy jest czas na wdrożenie, które też wymaga czasu oraz środków finansowych i weryfikację przez zainteresowanie klientów.

Zapewne z takich powodów Polska Grupa Zbrojeniowa, marząc o nowoczesnym śmigłowcu bojowym, nie zaryzykowała samodzielnej działalności w tym zakresie i tak doszło do porozumienia z włoskim przedsiębiorstwem Leonardo Helicopters Division, do którego w Polsce należy PZL-Świdnik – polska fabryka helikopterów, z ponad 65-letnim doświadczeniem. Zakład wyprodukował już ponad 7.400 maszyn, dla klientów w ponad 40 krajach świata. Polska, dzięki PZL-Świdnik, jest jednym z nielicznych państw zdolnych do samodzielnego projektowania, produkowania, a także rozwijania i serwisowania helikopterów.

Podpisanie listu intencyjnego przez Polską Grupę Zbrojeniową i Leonardo Helicopters Division stanowi ciąg dalszy dialogu, który organizacje prowadzą od 2016 roku. Od tej daty zawarto już szereg umów o współpracy. Podpisany teraz list intencyjny dotyczy zasad współpracy w ramach programu AW249 – najnowszego helikoptera. Dokument przewiduje współdziałanie w zakresie projektowania, produkcji, montażu końcowego, sprzedaży oraz wsparcia posprzedażnego maszyny.

AW249 ma się charakteryzować się lepszymi osiągami, wysoką odpornością na środki walki elektronicznej, większym udźwigiem uzbrojenia oraz obniżoną sygnatura termiczną i radarową. Nowy helikopter, o maksymalnej masie startowej kat. 7-8 ton i ładowności powyżej 1.800 kg, będzie wyróżniał się szybkością i długotrwałością lotu, pozwalającą na przetrwanie w najtrudniejszych warunkach, podczas realizacji zadań z zakresu wsparcia powietrznego oraz zbrojnej eskorty. AW249 będzie dysponował najnowocześniejszymi systemami komunikacji i kierowania misją na polu walki; system realizacji misji będzie w stanie zarządzać i kierować bezzałogowymi statkami powietrznymi, a także zapewni szereg elementów poprawiających świadomość sytuacyjną, tym samym zmniejszając obciążenie pilota pracą i poprawiając bezpieczeństwo. Dodatkowo, dzięki zaawansowanym technologiom oraz zastosowaniu specjalnej filozofii projektowej, AW249 – w porównaniu z poprzednią generacją helikopterów – pod wieloma względami przyniesie oszczędności w kosztach eksploatacji.

Prognozuje się, że prototyp helikoptera będzie gotowy jeszcze w tym roku. Jeśli to prawda, to znaczy, że udział PGZ w innowacji będzie niestety raczej marginalny. Włosi zgodzili się na współpracę z Polskę (przy podsuwaniu umowy byli obecni ambasador Włoch w Polsce Alessandro De Pedys oraz przedstawiciele Ministerstwa Obrony Narodowej – co świadczy, że kooperacja posiada akceptację obydwu państw). Istnieje ryzyko, że dopuszczenie polskiej strony jest spowodowane brakiem środków Leonardo na zakończenie projektu. Nie wiadomo jednak czy polska strona zadeklarowała jakieś konkretne zaangażowanie finansowe. Innym powodem aktywności Leonardo Helicopters Division może być wsparcie dla PZL-Świdnik,  produkującego układ napędowy do AW149. Ten sam napęd ma być wykorzystany w nowej maszynie.

Niezależnie od zastrzeżeń realizacja listu intencyjnego to wyjątkowa okazja, dzięki której polski przemysł obronny będzie miał możliwość  uczestniczyć w programie rozwoju zupełnie nowego helikoptera, który może być elementem planu modernizacji polskich sił zbrojnych. Większość koncernów zbrojeniowych bardzo niechętnie zaprasza do współpracy zagraniczne podmioty. Z tego listu intencyjnego może być  zysk.

W kapitalistycznym świecie altruizm jest trudny do zrozumienia. Okazuje się jednak, przynajmniej pozornie, że w Polsce lęgnie się on w tzw. domach mediowych.

Kilka dni temu portal wirtualnemedia.pl podał wyniki przetargu Komisji Nadzoru Finansowego, na kampanię ostrzegającą przed kryptowalutami. Zwycięzcą okazał się dom mediowy Media Group, który zaoferował, że gotów jest pracować za 1 zł netto czyli zaledwie 0,000002 proc. prowizji. To z pewnością musi być altruizm, albowiem zakup znaczka pocztowego kosztuje więcej.

Wbrew pozorom, inni oferenci, w większości, byli nieznacznie drożsi, i tak Fabryka Komunikacji Społecznej – 0,03 proc.; Social Art – 0,01 proc.; Mastermind Media – 0,25 proc.; NuOrder – 0,05 proc.; Fabryka Marketingu – 0,6 proc.; Performance Media – 0,5 proc.; ClickAd Interactive – 1 proc.; Value Media – 9,81 proc. To pokazuje, że większość uczestników rynku godzi się uczestniczyć w jakiejś grze pozorów. Proponowane prowizje sugerują, że do pracy w domach mediowych prawdopodobnie muszą dopłacać właściciele, zapewne są to znani filantropii. A może to zwykły dumping? Nie sądzę.

Jeśli to nie KNF płaci domom mediowym za zakup i obsługę kampanii to z pewnością ktoś inny jest sponsorem tego „lunchu”, zgodnie z zasadą, że „nie ma darmoch lunchów”. W rzeczywistości mylące są nazwy sugerujące, że partnerami są „domy mediowe”, a rzeczywistości to bardziej agencje, reprezentujące interesy poszczególnych mediów, które, zapewne, za pozyskanych klientów, od oficjalnych cenników, pośrednikom udzielają znaczących rabatów i to właśnie te wartości stanowią prawdziwy przychód tzw. domów mediowych. Układ się kręci, albowiem klient jest zachwycony, że ktoś może dla niego pracować za złotówkę. (Kłania się barbarzyńskie kryterium najniższej ceny.) Żal tylko, że tak, wydawałoby się, poważna instytucja jak KNF uczestniczy w tego typu naiwnym przedstawieniu.

Klienci, którzy cenią sobie rzetelną obsługę, odpowiadającą ich prawdziwym potrzebom nie akceptują takich praktyk i wybierają brokerów mediowych, którym płacą prowizję lub ustalone wynagrodzenie od zakupionych przestrzeni reklamowych. Ktoś zapewne powie, że to niepotrzebne koszty, albowiem istnieje coś takiego jak „obiektywne wyliczenie kosztu dotarcia do grupy docelowej”. Ta bałamutna teoria od lat budzi w polskim środowisku mediowym największe spory. Wyliczenia  są ustalane na podstawie badań oglądalności, słuchalności i czytelnictwa. Wymyślane są coraz bardziej skuteczne narzędzia, ale nawet w Internecie, gdzie kryterium może być IP użytkownika, okazują się one zwodnicze, czego najlepszych przykładem mogą być skandale Google i facebooka. Wykrycie tych afer w Stanach Zjednoczonych to dowód, że istnieją narzędzia do zwalczania praktyk nieuczciwej konkurencji. Ciekawe co o tym sądzi  polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów?

Kto zleca badania, albo stoi za zleceniem, ten wygrywa największą część tzw. „tortu reklamowego”. Nic zatem dziwnego, że domy mediowe bronią określonego modelu badań, ponieważ, jako „przedstawicie” wybranych mediów, są zainteresowani utrzymaniem status quo. Potrzebują oni takich badań, które uzasadniają wybór mediów, od których otrzymują największe prowizje. Ten proceder uprawiany w Polsce od lat, w wielu krajach Unii Europejskiej uważany jest za nieetyczny, a w Stanach Zjednoczonych wręcz za przestępczy. Cóż, do Europy nadal daleko, a od Ameryki dzieli ocean i rzeczywisty i metaforyczny. Już najwyższy czas, przy pomocy odpowiednich przepisów, również w tym obszarze, przybliżyć Polskę nie tylko do UE i Stanów, ale również do rzeczywistości.

 

 

O założeniu fundacji myślę jeszcze od lat 90. XX wieku. Jednak lektura ustawy, regulującej zasady działania tej formy aktywności, budzi we mnie wiele wątpliwości. Została ona uchwalona jeszcze w czasach PRL, tak aby odpowiadać potrzebom komunistycznych układów. Nic dziwnego, że do tej pory nie podjąłem decyzji o powołaniu fundacji.

Ustawa o fundacjach pochodzi z 6 kwietnia 1984 r. Jest anachroniczna i zupełnie nie przystaje do współczesnych oczekiwań i potrzeb współczesnych fundatorów. W myśl prawa, fundacje w Polsce mają służyć interesom państwa, a nie społeczeństwa. To ustawowe założenie hamuje rozwój mecenatu w Polsce. Fundacje, w warunkach obecnych przepisów, sprawdzają się jedynie jako mniej lub bardziej sformalizowana forma kwestury lub sposób na chronienie majątku.

Rolę fundacji inaczej postrzeli twórcy Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej z 1997 roku, uznając je, w artykule 12, za instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Idei zawartej w ustawie zasadniczej nie przełożono na język praktyki przez ponad 20 lat!. W efekcie  brak konsekwencji w sprawach dotyczących nadzoru na fundacjami, zarządzania funduszami oraz sposobem kontrolowania wydatkowanych środków. Obecnie ani fundator, ani destynariusze, ani służby skarbowe nie dysponują żadną podstawa prawną na jakiej można by określić, jaka część środków włożonych do fundacji może być rozdysponowana na cele związane z jej statutowymi zadaniami, a jaka może być np. wykorzystana na koszty administracyjne czy na wynagrodzenia pracowników? Dlatego też zdarza się, że w niektórych fundacjach nawet 90 procent zgromadzonych funduszy jest konsumowanych przez organizację, a nie przeznaczanych na cele, dla których jest prowadzona działalność. Dotyczy to również bardzo dużych i znanych fundacji.

Ostatnio było głośno fundacjach za sprawą Fundacji Wolni Obywatele RP i Fundacji XX. Czartoryskich. W pierwszym przypadku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, nie zadowolone, z powodów politycznych, z działalnością organizacji, złożyło wniosek o zmianę władz. W drugim przypadku, z nie do końca zrozumiałych powodów, Sąd Okręgowy w Krakowie oddalił wniosek o likwidację. Obydwie sprawy dobitnie pokazały, w praktyce, ułomność prawa o fundacjach.

Mnie dziwi, że Państwo porządkując finanse, walcząc z optymalizacjami podatkowymi, wyłudzeniami VAT i szarą strefą, tak mało interesuje się tym, aby uporządkować prawo o fundacjach. Powinny istnieć instrumenty pozwalające stwierdzić czy fundacje rzeczywiście działają na rzecz statutowych celów, czy też są jedynie organizacjami wykorzystującymi formułę dla korzyści podatkowych albo akumulacji kapitału poza majątkiem osoby, która chociażby ma długi. Sytuacja fundacji w Polsce nie jest stabilna i zrozumiała, kształtuje ją praktyka, a ta stale się zmienia. To bardzo niekorzystne podstawy aby obywatele o prospołecznych postawach chętnie angażowali się finansowo jako darczyńcy. Najwyższy czas na nowoczesną, czytelną, zrozumiałą ustawę o fundacjach, a w zasadzie o cały pakiet prawa, regulującego działalność fundacji i dających gwarancję bezpieczeństwa dla gromadzonych przez nie środków.

Po zakończeniu roku szkolnego można spodziewać się paraliżu komunikacyjnego na drogach międzymiastowych. Przyczyną jest wzrost liczby pojazdów oraz chęć wakacyjnego wypoczynku, poza stałym miejscem zamieszkania – oto sukcesy programu 500+. Cóż, będzie zapewne gorzej, nie tylko z tego powodu.

W Polsce, aby ułatwić przemieszczanie samochodami wybudowano autostrady (na marginesie najdroższe w Europie). Są to obecnie najbardziej obciążone drogi, mimo że są płatne. Kierowcy ulegają iluzji, że autostradą można przejechać najszybciej. Biorąc pod uwagę, że za taką przyjemność dodatkowo trzeba sowicie zapłacić, rodzi jeszcze większe przekonanie, że będzie miło. I tak przeważnie jest, zwłaszcza zimą, kiedy ruch maleje. Niestety system dróg nie jest zaplanowany na obciążenie wynikające ze wzmożonego ruchu, związanego z wakacyjnymi podróżami. Autostrady zatykają się, jak żyły, z powodu wypadków oraz z powodu bramek, które nie są wstanie podołać zwiększonej liczby kierowców zmuszonych do uiszczania opłaty za przejazd. Powstałe w ten sposób zatory, tak jak przypadku układu krwionośnego, prowadzą do zawału.

Aby uniknąć korków, wywołanych bramkami na których pobierane są opłaty, za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, postanowiono sponsorować bogatych obywateli, podróżujących autostradami, w taki sposób, że sfinansowano ich wakacyjne przejazdy autostradami. Teraz zapewne będzie podobnie, z tą różnicą, że rządzącą Zjednoczona Prawica będzie chciała ulżyć nie tylko bogaczom, ale również beneficjentom 500+, których status materialny podniósł się na tyle, że mają własne auto i pieniądze na wakacje. Taka ekstrawagancja kosztowała budżet państwa każdego lata 50 mln złotych, to sporo. Jest to więcej niż całoroczny zysk średniej wielkości banku. Kto bogatemu zabroni?!

Cóż…. Sytuacja jest patowa. To prawda. Patowa jest od lat i nic nie wskazuje na to aby coś się miało zmienić. O, przepraszam! Wszystko wskazuje na to, że niebawem zmieni się na gorsze. Może tak się stać z powodu decyzji o przekazaniu obsługi Krajowego Systemu Poboru Opłat do Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. Do listopada systemem zarządza wyspecjalizowana firma Kapsch. Ktoś jednak wpadł na pomysł, że urzędnicy zrobią to lepiej. Jak to będzie wyglądało? Zostanie ogłoszony przetarg, w wyniku którego zostanie wyłoniona nowa organizacja, która przejmie obowiązki Kapscha. Na tym będzie polegała praca urzędników.

 W wyniku podjętych działań nie zostanie rozwiązany ani problem niedrożności bramek, ani nawet rozwój systemu opłat, ani nawet ujednolicenie sytemu poboru na wszystkich płatnych drogach. Jak to za komuny śpiewał Jan Pietrzak: „ile trzeba zmienić, żeby nic się nie zmieniło?”. Czy aby na pewno komuna została obalona?

Ostatnio wielu liderów odchodzi z powodów biologicznych. Jednak w cale nie tak łatwo o następców. Najlepiej kryzys przywództwa widać w polskich partiach politycznych. Dotyczy on jednak także innych sfer życia społecznego.

Leader czyli po polsku lider to osoba przewodząca, stojąca na czele danej grupy, akceptowana przez innych jak przywódca społeczności, która inni chcą naśladować. Wbrew pozorom mało kto zostaje liderem, mimo, że nawet są specjalne licea i szkoły wyższe kształcące w tym kierunku.

Liderem można zostać samoistnie, albo dzięki inspiracji. Tej drugiej opcji służy Konferencji Młodych Liderów, organizowana już po raz drugi. Jej pomysłodawcą i organizatorem jest Franciszek Sokołowski – uwaga (!) – uczeń liceum ogólnokształcącego! Całe wydarzenie zostało zorganizowana przez uczniów warszawskich liceów. Pierwsza Konferencja zorganizowana rok temu, na Olimpiadzie Projektów Społecznych „Zwolnieni z Teorii”, została uznana  za najlepsze wydarzenie publiczne 2017 r.

Druga edycja Konferencji Młodych Liderów zgromadziła ponad 400 licealistów z całej Polski. Przez dwa dni, młodzież miała okazję poznać i osobiście rozmawiać z uczestnikami życia publicznego czyli ludźmi świata polityki, biznesu, kultury i trzeciego sektora. W konferencji wzięli udział m. in. wicepremier – Jarosław Gowin, były premier i prezes Narodowego Banku Polskiego – Marek Belka, chargé d’affaires Ambasady USA w Polsce John C. Law, dyrektor Banku Światowego na Polskę i Państwa Bałtyckie – Carlos Piñerúa, były ambasador Polski przy ONZ i NATO – Bogusław Winid, Prezes Zarządu Emitel Polska – Andrzej Kozłowski, Prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego (PTZ) – Marcin Schrimer, reżyser – Juliusz Machulski czy aktor – Janusz Gajos.

Bardzo ciekawe było wystąpienie Andrzeja Kozłowskiego, który wyjaśniał różnicę pomiędzy liderami i przywódcami oraz znaczenie strategicznego planowania. Miltiades, Temistokles, Nelson Mandela, Napoleon, Wilson Churchill, Otto von Bismarck, Henry Ford – to ludzie, którzy wykazywali cechy przywódcze takie umiejętność, inteligencję,  posiadali wizję, którą pozyskali zwolenników, determinację a przede wszystkim charyzmę. Dla odmiany, dla Prezesa, lider to ktoś, kto działa z pasją, zaangażowaniem, jest konsekwentny w działaniu, troszczy się o ludzi, jest opanowany, kompetentny, posiada autorytet i umiejętność pracy w zespole. Andrzej Kozłowski przypomniał też myśl Henry’ego Forda, który twierdził, że jeżeli istnieje jeden sekret sukcesu zarządzania, jest nim umiejętność przyjmowania cudzego punktu widzenia i patrzenia z tej perspektywy z równą łatwością jak z własnej.

W wystąpieniach przewijała się myśl, że w rozumieniu rzeczywistości i kreowaniu przyszłości pomocna jest znajomość historii. Ten wątek najbliższy był Marcinowi Schrimerowi z racji pełnionej funkcji. Prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego oświadczył, że właśnie dlatego reprezentowane przez niego stowarzyszenie dba o kulturę, historię, pielęgnowanie tradycji, integrację środowiska potomków rodów ziemiańskich i propagowanie bliskich im wartości takich jak: odpowiedzialności za kraj, wolności, poczucia godności. Towarzystwo zabiega o to, aby pamiątki dotyczące kultury ziemiańskiej były otoczone właściwą troską. Prezes wskazał, że stare rody są nadal aktywne, przykładem może być postać księcia Jana Lubomirskiego – Lanckorońskiego, który dobrze radzi sobie w świecie biznesu i mógłby być rentierem. Jednak założył Fundację Książąt Lubomirskich, wspierającą rozwój polskiej sztuki, nauki, rozwijającą projekty medyczne i edukacyjne. Podobną aktywność przejawiają też m. in. Maciej Radziwiłł z Fundacji Trzy Trąby. Tak też działają inne organizacje działające dzięki zaangażowaniu polskiej arystokracji takie jak Fundacja XX Czartoryskich, Fundacja Krasickich z Leska czy Fundacja im. Feliksa hr. Sobańskiego.

Przebieg i organizacja Konferencji Młodych Liderów  była, naprawdę, imponująca. Wielu dorosłych organizatorów mogłoby się uczyć od licealistów jak robić to profesjonalnie, co dowodzi, że nie wiek i doświadczenie, ale zaangażowanie,  wyobraźnia i kompetencje są ważniejsze w sprawnej działalności. Młodym liderom, bo jestem pewien, że tacy ludzie właśnie zorganizowali Konferencję, przytoczę zdanie Janusza Korczaka: „dzieci górne miejcie zamiary, dumne miejcie marzenia i dążcie do sławy, coś z tego zawsze się stanie”.

Myślałem, że sytuacja Polskiego Radia i Polskiej Telewizji czyli tzw. mediów publicznych jakoś się ustabilizowała. Czy rzeczywiście?

Jacek Kurski zastał Telewizję Polską w opłakanym stanie. W każdym razie, w gorszym niż ekipa, która w tym samym czasie przejęła stery w Polskim Radiu. Nie obyło się bez wstrząsów, włącznie z odwołaniem Prezesa, które jak się szybko okazało nie było odwołaniem, co bardzo dowcipnie, choć oczywiście w krzywym zwierciadle, zostało skomentowane w serialu satyrycznym Roberta GórskiegoUcho Prezesa”. Potem jeszcze były hece z Krajowym Festiwalem Piosenki Polskiej w Opolu. Później jednak już nie tylko najwyższa oglądalność TVP w Sylwestra, ale również kilka strategicznych decyzji, jak pełne determinacji zaangażowanie się w sport oraz seriale telewizyjne takie jak „Korona Królów” sprawiły, że tzw. oglądalność Telewizji Polskiej zaczęła się poprawiać. Można powiedzieć, że TVP pod wodzą Jacka Kurskiego zaczęła sobie radzić.

Dużo gorzej wygląda sytuacja w Polskim Radiu, które, stale, od ponad dwóch lat, traci kolejnych słuchaczy. Jest to z pewnością równia pochyła. Niektórzy, jak na przykład Tomasz Wybranowski – radiowiec z Irlandii, czy Max Kolonko – dziennikarz ze Stanów Zjednoczonych, obawiają się, że strat tych można już nie odrobić. Jedną z przyczyn trudnej sytuacji są mające wpływy finansowe z abonamentu. Deficytu nie są w stanie zrekompensować przychody, głównie z emisji reklam. Porównywanie sukcesów Telewizji Polskiej z Polskim Radiem jest jednak trochę bałamutne. TVP udało się pozyskać w ubiegłym roku 800 milionów pożyczki. PR nie otrzymało takiego wsparcia finansowego.

Jednocześnie trzeba przyznać, że Prezes Jacek Kurski ciągle ma pod górę. Dopiero teraz Centralne Biuro Antykorupcyjne zakończyło kontrolę w TVP i stwierdziło, że w badanym zakresie nie wykryto nieprawidłowości. Wspomniałem już o hucpie związaną z Festiwalem w Opolu w ubiegłym roku. Okazuje się, że były zakusy, aby podobnie stało się teraz. Tym razem jednak atak przyszedł ze strony środowisk prawicowych.

Polskie Radio i Telewizja Polska to dobra ogólnonarodowe i nie tylko powinny takimi pozostać, ale również cieszyć słuchaczy i telewidzów. Dziś TVP i PR (oraz Polska Agencja Prasowa) stanowią część infrastruktury takiej samej jak drogi, łączność, wodociągi, kanalizacja. Należy też pamiętać o zasobach archiwalnych, które stanowią wielką skarbnicę polskiej kultury XX wieku. Wydaje się uzasadnione i konieczne aby media publiczne dalej prosperowały. Pytanie jak to zagwarantować?

Jarosław Sellin – Wiceminister Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiedział finansowanie mediów publicznych z budżetu. Generalnie świadczy to o kompromitacji Rady, której członkowie cierpliwie od ponad dwóch lat pobierają co miesiąc ministerialne wynagrodzenia, a nie potrafią zaproponować prostej ustawy, dotyczącej racjonalnego poboru abonamentu, choć, ponoć projekt był już od dawna gotowy. Moim zdaniem TVP i PR nie powinny być spółkami akcyjnymi tylko agencjami rządowymi. Te media nie powinny również czerpać profitów z reklam, bo tak rozumiem zapowiedź przejścia radia i telewizji na garnuszek Skarbu Państwa. Jednocześnie należy zauważyć, ze klęska w sprawie ustawy w sprawie abonamentu to również sukces dostawców usług telewizyjnych, którzy nie będą płacić za udostępnianie oferty mediów publicznych widzom i słuchaczom.

Cóż, wydarzenia w mediach publicznych to ciągły serial, przypominający „operę mydlaną”. Zastanawiam się jednak czy widzowie i słuchacze tego na prawdę oczekują?