Archiwum kategorii: Bez kategorii

Pierwszy rozwód w Unii Europejskiej czyli opuszczenie Wspólnoty przez Wielką Brytanię budzi zrozumiałe emocje. Mimo, że ma to się stać już 29 marca 2019 roku, nadal nie wiadomo czy się stanie? Raczej tak, pozostaje jednak jeszcze jedno pytanie będzie to miękki czy twardy brexit?

Tak zwany twardy brexit czy rozstanie bez okresu przejściowego oraz umów gwarantujących łagodzenie skutków rozwodu wielu wydaje się niebezpieczne. W ocenie ekspertów ucierpi na tym brytyjska gospodarka. Będzie to też z pewnością bolesne dla europejskiego budżetu. Z pewnością z ulgą odetchną Niemcy, którym Londynu stała w gardle, choć będą też rozczarowani, że tracą wpływ na sąsiadów z drugiej strony kanału La Manche. Polska martwi się o los swoich obywateli przebywających na Wyspach, których sytuacja już teraz się komplikuje. Warszawa traci też cennego partnera w europejskich rozgrywkach.

Na takich sprawach obecnie koncentrują się dyskusje związane ze skutkami brexitu. Zupełnie inne ryzyka dostrzega Alessandro Profumo dyrektor naczelny włoskiej grupy Leonardo. W wywiadzie udzielonym Sylvii Pfeifer, z dziennika „Financial Times”, ostrzega on przed niebezpieczeństwem podziału broni między Wielką Brytanią i Unią Europejską. Uważa, że „dzisiejszy system obrony nadal jest bardzo fragmentaryczny i nie jest najlepszym sposobem na wydawanie pieniędzy podatników. Im więcej systemów obrony, tym większe koszty one generują. Jeśli Unia Europejska straci Wielką Brytanię jako partnera w tych programach, będzie to strata dla wszystkich.

Jak podaje Agencja Informacyjna „włoska Grupa Leonardo jest jedną z największych europejskich grup zbrojeniowych, obok BAE Systems, Thales i Airbus. Organizacja działa w dziedzinach kosmonautyki, obronności i bezpieczeństwa. Przedsiębiorstwo projektuje i rozwija oraz wytwarza produkty, usługi oraz zintegrowane rozwiązania dla rządów, sił zbrojnych i instytucji, obejmujące następujące obszary operacyjne: powietrzny i lądowy, stoczniowy i morski, przestrzeni i cyberprzestrzeni. Grupa osiąga rocznie ponad 12 miliardów Euro. Przedsiębiorstwo zatrudnia około 45.000 pracowników na całym świecie Leonardo, dawniej znana jak Finmeccanica. W Polsce do Grupy Leonardo należy Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego „PZL-Świdnik” zajmująca się produkcją samolotów i śmigłowców.”

Według Allesandro Profumo twardy brexit „nie będzie miał dużego wpływu na „rachunek zysków i strat grupy Leonardo”. Oznacza, to, że jego opinia o pogorszeniu się bezpieczeństwa europejskiego ma obiektywny charakter, wynikający z neutralnego stosunku do nadchodzących procesów. Wskazuje on również, że negatywne skutki już są widoczne. Przykładem może być program Galileo. W listopadzie 2018 roku Wielka Brytania ogłosiła, że zamierza wycofać się z wojskowych aspektów projektu wartego 10 mld euro, wyrażając obawy, że nie byłaby w stanie wpływać na jego rozwój po brexicie.

Cóż, Unia Europejska została pomyślana jako projekt gospodarczy, które celem było stworzenie potencjału gospodarczego zdolnego do konkurowania na globalnym rynku gdzie prym wiodą Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Indie itd. Gdzieś ta idea się zatraciła i powstała koncepcja stworzenia jednego organizmu politycznego, zarządzanego przez technokratów, nad którymi dominują Niemcy, czasem w kunktatorskich sojuszach z innymi państwami Unii Europejskiej.

To właśnie przemodelowanie idei Unii Europejskiej zaowocowało ideą brexitu, oraz coraz gwałtowniejszymi sporami pomiędzy innymi państwami, znajdującymi się we Wspólnocie. Moim zdaniem to nie Wielka Brytania występuje z Unii Europejskiej tylko dzieje się odwrotnie. Coraz większe konflikty wewnętrzne zakłócają procesy gospodarcze, dla których wymyślono całe przedsięwzięcie. Dlatego Brytyjczycy mówią „dość”. Cieszy to z pewnością globalnych graczy, a szkodzi europejskiej gospodarce. Teraz jak się okazuje, zaczyna zagrażać również europejskiemu bezpieczeństwu.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Rok temu trwała medialna burza, związana zakupem przez Skarb Państwa kolekcji Czartoryskich, jedynego takiego zbioru unikalnych i bezcennych dla kultury i historii Polskich obiektów. Wtedy trudno było mi zrozumieć tę awanturę. Teraz, kiedy kurz już opadł, jeszcze trudniej

Kolekcja Czartoryskich dla ograbionej Polski, przez najeźdźców, później zaborców, a w końcu przez Niemców, Rosjan i komunistów, to rzecz absolutnie unikatowa. W 2017 roku Piotrowi Glińskiemu Ministrowi Kultury i Dziedzictwa Narodowego udało się zawrzeć porozumienie z właścicielami zbioru zabytków i arcydzieł, na mocy którego Skarb Państwa wszedł w posiadanie tej spuścizny kulturowej. Stało się to za niewielką kwotę, w stosunku do wartości, nawet nie całej kolekcji, a zaledwie jednego obrazu „Damy z łasiczką” (zwanej też „Damą gronostajem”) Leonarda da Vinci.

Jak się teraz dowiaduję, z depeszy Agencji Informacyjnej, „z okazji 500. rocznicy śmierci Mistrza Leonarda da Vinci, włoska mennica zdecydowała się, aby „Dama z gronostajem” znalazła się w limitowanej edycji rewersu monety 2 euro.” To zdarzenie pokazuje jak wielką wartość, już nie dla polskiej kultury, ale dla dziedzictwa kulturowego świata stanowi ten obraz, jeden z niewielu obiektów, w posiadaniu którego jest Polska.

Uhonorowanie „Damy z łasiczką” przez Włochów to wielki prezent dla Polski – wzrost  rynkowej (jeśli coś takiego istnieje) wartości obrazu, z którego benefity czerpie państwo. Umieszczenie obrazu Leonarda da Vinci na monecie to wspaniała promocja dla Muzeum Narodowego w Krakowie, gdzie obecnie znajduje się obraz, oraz dla Muzeum Książąt Czartoryskich, po jego otwarciu jeszcze w tym roku, gdzie ma dzieło być przeniesione.

O umieszczaniu na monetach i znaczkach pocztowych wybitnych dzieł znajdujących się w Polskich zbiorach powinna pomyśleć również Mennica i Poczta Polska. Przykład działalności Włochów to wspaniała inspiracja jak promować kulturę, podnosić jej wartość i czerpać z tego zyski.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Skończył się okres świąteczno-noworoczno-świąteczny i nastał czas karnawału. Teraz co chwilę jest okazja do uczestnictwa w jakimś balu. Do tej tradycji odwołują się też Pracodawcy Rzeczpospolitej Polskiej.

Jednak, jak przystało na biznesmenów, korzystając okazji, przyznają również swoje nagrody Wektory. I czynią tak już z powodzeniem od 2002 roku. Są one przeznaczone dla wybitnych osobistości ze świata gospodarki, polityki, kultury i mediów.

Właśnie podczas Balu Przedsiębiorców w Pałacu Zamojskich w Warszawie przyznano nagrody „Wektory 2018”. Wyróżnieni zostali: Wanda Buk – Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, Jakub Goryszewski – Prezes Zarządu Centrum Badawczo-Rozwojowego UtmostTech, Krzysztof Kamiński – Prezes Zarządu Alnea, Cezary Kozanecki – Prezes Zarządu Synektik, Andrzej Kozłowski – Prezes Zarządu Emitel, Paweł Malinowski – twórca i właściciel Grupy Profbud, Krzysztof Pawiński – Prezes Zarządu Grupy Maspex, Adam Rozwadowski – założyciel Centrum Medycznego Enel-Med., Jan Zając – Prezes Zarządu Ziko Apteka. Nagrodę Superwektora 2018 otrzymał Zbigniew Jagiełło – Prezes PKO Bank Polski

Wszystkim wyróżnionym gratuluję. Wśród nagrodzonych przeważają przedsiębiorcy, którym udało się zebrać kapitał i go pomnożyć, tworząc poważne przedsiębiorstwa. Są też prezesi, który powierzono stery wielkich przedsiębiorstw, którymi mają zarządzać w celu ich dalszego rozwoju. I jest tylko jedna kobieta, która nie reprezentuje świata biznesu, lecz świat polityki. Jeśli pojawia się w takim towarzystwie to rozumiem, że jej wpływ na rozwój zapewne jest znacznie większy, niż innych przedstawicieli władzy, zwłaszcza ministrów. Jest w tym zagadka i nadzieja.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Ministerstwo Finansów planuje dyskryminację nektarów i napojów owocowych oraz faworyzację produktów takich jak ciasta, wafle, chipsy czy krakersy. Narzędziem do tego ma być manipulacja przy stawkach VAT.

Podatek VAT jest najbardziej złodziejskim i oszukańczym podatkiem jaki wymyślono. Uderza on w tak zwanego klienta ostatniego czyli konsumenta, który nie ma żadnej szansy na jego odliczenie. Ofiarami tego podatku są konsumenci czyli ludzie, dzieci, dorośli, seniorzy, matki, beneficjenci 500+. Cóż obecnie jest to teraz najpopularniejsza forma pozyskiwania środków dla budżetu.

W Polsce są różne stawki podatku VAT. Najpopularniejsze jest 23 proc. (wcześniej było 22 proc. – o 1 punkt proc. został on „przejściowo” podwyższony przez rząd Donalda Tuska, którego nie ma już ponad 4 lata, ale rząd PiS nic w tej sprawie nie zmienił). Pozostałe stawki to 8 proc., 5 proc. i 0 proc. Ta ostatnia wcale nie jest taka dobra jak można by sądzić. To jednak już temat na oddzielny tekst. Różne produkty i usługi w zależności od widzimisię urzędników są obłożone różną wysokością podatku VAT. Na przykład pączki w zależności od terminu przydatności do spożycia i sposobu produkcji, objęte są trzema różnymi stawkami. Właśnie aby ukrócić to szaleństwo resort finansów wytrwale pracuje nad udoskonaleniem systemu.

Założeniem Ministerstwa Finansów jest „uproszczenie siatki VAT” i obniżanie stawek. W praktyce, jak się jednak okazuje, formalne obniżanie będzie polegało na podwyższaniu. Niedawno było głośno koncepcji podwyższenia z 8 proc. na 23 proc. stawki VAT na leki weterynaryjne. I podobno, w związku z fala krytyki, idea upadła. Teraz obniżeniem podatku, polegającym na podwyższeniu mają być objęte nektary i napoje owocowe lub warzywne.

Uderzy to przede wszystkim w konsumentów. Jednak nie tylko, również w producentów napojów i sadowników. Stanie się tak ponieważ jest wielce prawdopodobne, że podwyższony VAT wpłynie na cenę, której konsumenci mogą nie zaakceptować, to w konsekwencji spowoduje spadek produkcji i zmniejszenie zapotrzebowania na surowce, także poprzez zmniejszenie zawartości naturalnego soku w objętych podwyżką produktach. Eksperci szacują, że zapotrzebowanie na owoce do produkcji napojów spadnie nawet o 75 proc., a wyrób soku z czarnej porzeczki czy aronii stanie się całkowicie nieopłacalny. W efekcie rynek się skurczy i wielu ludzi straci pracę.

Przyznam się szczerze, że nie rozumiem w jaki sposób powstają tego typu pomysły. Podnoszą one ciśnienie. To wcale nie jest zdrowe dla serca. Chore serca z kolei nie są zdrowe dla budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia. To niebezpieczna reakcja łańcuchowa. Jak widać, zanim się zacznie manipulować przy podatkach należy się bardzo dobrze zastanowić, ponieważ często można uruchomić lawinę fatalnych konsekwencji, których koszty przewyższą przychody z podwyższonego VAT. W takiej sytuacji pozorny zysk stanie się realną stratą.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Alkohol jest trucizną i z punktu widzenia toksykologii wypicie każdej jego ilości jest ryzykowne. Specjalnie z tego powodu nie sumitują się ani pijący, ani państwo, a producenci toczą zażarty bój o udział w rynku.

Główna batalia o gardła klientów toczy się pomiędzy producentami piwa i wytwórcami alkoholi wysokoprocentowych. Winiarze w tej walce praktycznie się nie liczą. Liderem w upajaniu alkoholem są browary.

W ostatnim numerze tygodnika „Polityka” można przeczyć artykuł „Małpie sztuczki” pióra Juliusza Ćwielucha, którego wymowa jest następująca – wzrost spożycia alkoholu w Polsce jest spowodowany wzrostem konsumpcji trunków wysokoprocentowych w postaci tzw. „małpek”. Bohaterami tekstu są anonimowi marketingowcy i sprzedawcy, którzy opowiadają jak do tego doszło. Tymczasem, jak czytam w raporcie  Instytutu Jagiellońskiego, w latach 1990-2016 to spożycie piwa zwiększyło się ponad trzykrotnie, z 30 litrów do 99,5 litra per capita. Co więcej, pod tą postacią przemyca się do organizmów ludzi coraz więcej alkoholu, albowiem producenci piwa podnieśli zawartości alkoholu z 4 % w latach osiemdziesiątych do prawie 6 % od połowy lat dziewięćdziesiątych. Jeśli chodzi o trunki wysokoprocentowe to w latach 2002-2007 obserwowany był prawie dwukrotny wzrost rejestrowanego spożycia wódek. Było to spowodowane zmniejszeniem podatku akcyzowego. Obecnie konsumpcja napojów spirytusowych jest na podobnym poziomie jak w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

W 2016 r. piwo było odpowiedzialne za spożycie 58,4 % stu procentowego alkoholu, trunki wysokoprocentowe za 34,2 %, a wino za 7,5%. Zbliżone wyniki znajdują się w opracowaniu RARHA, gdzie piwo odpowiada za 62,6 % spożycia etanolu. Według ekspertów jednym z czynników, który wpływa na wzrost spożycia piwa, jest jego cena. Producenci trunków wysokoprocentowych stanęli do nierównej walki z browarami oferując klientom najpierw napitki w butelkach o pojemności 100 ml, a później w opakowaniach 40 ml. Aby zbliżyć się cenowo do piwa zmniejszono również udział procentowy z 40 do 30 % alkoholu.

W Polsce generalnie obowiązuje zakaz reklamy napojów alkoholowych. Ustawodawca uczynił jednak wyjątek w odniesieniu do piwa, którego reklama dozwolona jest pod pewnymi warunkami. Wynika z tego, że z nieznanych powodów (jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze) piwo jest traktowane przez ustawodawcę w sposób preferencyjny. Spoty reklamowe piwa, jako jedynego spośród napojów alkoholowych, mogą być emitowane w telewizji. Reklama może pojawić się również na bilbordzie, jeśli 20 % jego powierzchni zajmie napis dotyczący szkodliwości alkoholu i zakazu sprzedaży nieletnim. Preferencje regulacyjne dla reklamy i promocji wyłącznie piwa spośród wszystkich gatunków alkoholi w Polsce nie są spotykane w pozostałych krajach europejskich. Haniebnym przykładem promocji piwa było dopuszczenie do jego sprzedaży w strefach kibica podczas Mistrzostw w Piłce Nożnej, a przecież sport i piwo to oksymoron. Tak liberalne traktowanie napojów z pianką sugeruje niezorientowanym, że są one mniej szkodliwe niż inne napitki zawierające alkohol, co jest poglądem fałszywym. Przejawia się to nawet w stwierdzeniach „piwo to nie alkohol”. To bardzo niebezpieczne rozumowanie.

Od marca 2018 r. obowiązuje nowelizacja ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Wprowadza ona m.in. możliwość ograniczenia przez  gminy nocnej sprzedaży alkoholu (między godziną 22:00 a 06:00), a także ogranicza liczbę zezwoleń na sprzedaż alkoholu w obrębie sołectw, dzielnic i osiedli. Jednocześnie jednak liberalizuje ona zakaz picia alkoholu w miejscach publicznych, zezwalając na uwolnienie od tego zakazu określonych stref. Natychmiast skorzystała z tego Rada Warszawy. Efekt jest taki, że latem bulwary wiślane w stolicy zamieniają się w pijackie pola, wymuszając na policji i straży miejskie wielokrotnie zwiększone zaangażowanie. Podobny skutek wywołuje liberalizacja przepisów zgodnie, z którymi za jazdę po alkoholu na rowerze nie grozi już więzienie ani utrata prawa jazdy.

Generalnie jeśli chodzi o spożycie alkoholu to panuje powszechna hipokryzja. Ludzie chcą pić, bo ulegają złudzeniu, że jest to świetna zabawa, uwalnia ich to od problemów i co równie ważne, stanowi element kulturowej tradycji. Państwo tworzy nieskuteczne przepisy dotyczące ograniczania promocji i spożywania alkoholu. Nakłada na tego typu wyroby akcyzę, która stanowi znaczącą pozycję w budżecie państwa. Cóż, ustawodawca zdaje się nie widzieć, że alkohol generuje też dla kraju poważne obciążenia, wynikające z leczenia osób uzależnionych (800 tysięcy osób), wspierania ich rodzin (3 miliony osób), leczenia chorób wywołanych alkoholem, utraty zdrowia i absencji w pracy.

W tym, aby Polacy byli pijani interes mają wszyscy: producenci, handlowcy, urzędnicy, Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (więcej ofiar większa uzasadnienie potrzeby istnienia), politycy (łatwiej się rządzi), a nawet służba zdrowia, która w ten sposób ma więcej pacjentów. Alkohol towarzyszy ludzkości od wieków. Maksymalna prohibicja, tak jak to miało miejsce w Stanach Zjednoczony, tworzy czarny rynek i wzrost przestępczości. Wynika z tego, że wyeliminowanie alkoholu z życia jest bardzo trudne. Ważne jednak by zyski nie przesłaniały trzeźwości umysłu.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Generalnie wszystkim się zdaje, że historię, mniej lub bardziej znają wszyscy. Poczet królów, poczet bitew i tak dalej. Jednak nie było by ani królów, a tym bardziej wojen gdyby nie przedsiębiorcy. To bardzo mało znana karta historii.

Właśnie ukazała się książka, która przypomina najważniejszych biznesmenów w historii Polski. Jest dzieło czterech osób. W ten sposób doszło do opublikowania książki „Poczet przedsiębiorców polskich. Od Piastów do 1939 roku”. Jest to w zasadzie pierwsza publikacja opowiadająca o dziejach gospodarczych Polski od czasu wydania „Encyklopedii historii gospodarczej Polski do 1945 roku„, jaka ukazała się w latach osiemdziesiątych XX wieku. Jednak tamto wydawnictwo ujmowało procesy ekonomiczne z marksistowsko-leninowskiego punktu widzenia.

„Poczet przedsiębiorców polskich. Od Piastów do 1939 roku” to unikalna publikacja będąca zbiorem ponad 60 sylwetek polskich działaczy gospodarczych. Wybrano przedstawicieli z następujących okresów historycznych: „Czasy Piastów i Jagiellonów”, „Czasy wolnej elekcji”, „Czasy stanisławowskie”, „Pierwsza połowa XIX wieku”, „Druga połowa XIX wieku” i „Dwudziestolecie międzywojenne”. Autorami są: Arkadiusz Bińczyk, Marcin Krajewski, Wojciech Kwilecki i Marcin Rosołowski. Poszczególne rozdziały poprzedzone są wstępem będącym rysem historycznym do okresu, w którym przyszło prosperować przedsiębiorcom. Książka „Poczet przedsiębiorców polskich” została wydana przez Warsaw Enterprise Institute, we współpracy z Fundacją im. XBW Ignacego Krasickiego. Sponsorami i partnerami książki byli: Bank Gospodarstwa Krajowego, Polski Fundusz Rozwoju oraz Fundacja XX. Czartoryskich.

 „Poczet przedsiębiorców polskich. Od Piastów do 1939 roku” to bardzo interesująca i wyjątkowa publikacja. Ukazuje ona jak ludzie walczyli o dobrobyt, nie tylko swój ale również regionów w jakich działali, z jakimi trudnościami przyszło im się mierzyć i co udało im się stworzyć. Lektura nie jest opisem samych sukcesów. Czasem przeciwności lub całe dzieje świata stawały naprzeciw pomyślności, tak jak też było z historią samej Polski. Niemniej jest to bardzo ciekawa lektura, a do tego inspirująca i skłaniająca do refleksji.

Konflikt rosyjsko-ukraiński na Morzu Azowskim to kolejny powód do niepokoju. Moskwa od lat prowadzi agresywną politykę. Teraz pole konfliktów zostało rozszerzone o morza. To bardzo niebezpieczna eskalacja. Mam coraz większe wątpliwości, czy potrafimy wyciągnąć z tej sytuacji wnioski?

Stan polskiej Marynarki Wojennej zachwyciłby każdego muzealnika (zwłaszcza w setną rocznicę jej powołania przez Józefa Piłsudskiego, którą właśnie obchodzimy). Dokładny wykaz okrętów wraz ze zdjęciami jest udostępniany na Wikipedii. Wystarczy tam zajrzeć, aby załamać ręce. Marszałek, gdyby żył, z pewnością by to zrobił.

Niedawno w „Zyskach i stratach” pisałem o opłakanym stanie niemieckiej armii. Z przykrością stwierdzam, że kondycja polskiej floty wojennej wygląda jeszcze gorzej. Marynarka Wojenna RP ma zdefiniowane kilkanaście zadań do wykonania. Obecnie możliwość wypełniania większości z nich jest co najmniej wątpliwa. Łącznie z tym najważniejszym – obrony polskiej strefy ekonomicznej na Bałtyku, szlaków żeglugowych,  portów i wybrzeża. Stan floty Marynarki Wojennej to wynik zaniedbań mierzonych w dziesięcioleciach. W 2017 roku wydawało się, że coś się zmieni – miał być wyłoniony zwycięzca przetargu na okręty podwodne. Sprawdziłem: ten przetarg został ogłoszony w 2013 roku. Za nami pięć lat przekładania papierów i pięć lat degradacji Marynarki Wojennej

Jeżeli Ministerstwo Obrony Narodowej nie zamierza wzmocnić floty, to mam poważne wątpliwości czy nasi decydenci czytają własne dokumenty. Ta inercja prowadzi do rezygnacji przez Polskę z bałtyckiego okna na świat. Gdy czytam o gazoporcie w Świnoujściu, o największym na Bałtyku duoporcie kontenerowym Gdynia-Gdańsk to nie mogę uwierzyć, że nikomu nie zależy na tym, by tę cenną infrastrukturę chronić – chronić poprzez odstraszanie potencjalnego przeciwnika. Nie ma bardziej skutecznej broni morskiej niż okręt podwodny wyposażony w rakiety manewrujące. Jest on praktycznie niewykrywalny, gwarantuje skryty odwet, który nie daje przeciwnikowi szans na obronę.

Zamiast racjonalnych decyzji pojawiają się dziwne „improwizacje”, jak np. sprowadzanie używanych fregat z Australii. Na szczęście ktoś miał chwilę refleksji i plan został powstrzymany. Wszystkie analizy, w tym symulacje Ministerstwa Obrony Narodowej wykazują, że w razie konfliktu jednostki nawodne, szczególnie tak duże jak fregata (ponad 100 metrów długości), nie mają szans przetrwania. Wojna morska XXI wieku będzie wyglądać inaczej niż ta znana z filmów. Przeciwnik wystrzeli bardzo dużo bardzo szybkich rakiet przeciwokrętowych i jednostki nawodne nie będą miały większych szans na przeżycie.

Biednego nie stać na prowizorki, dlatego powinien inwestować rozważnie i perspektywicznie. Ostatnio mówi się o zakupie nowych fregat. Według ekspertów kosztowałyby, bagatela, 12 miliardów złotych. Te niewątpliwie potężne okręty będą świadczyły o tym, że jesteśmy „silni, zwarci, gotowi”, bo fregaty – jak wykazali eksperci – w najlepszym wypadku będą musiały opuścić Bałtyk zanim wybuchnie wojna… Powtórka z wojny w 1939 roku? Sam MON wie, że największe szanse na przetrwanie i odpowiedź agresorowi będą miały nowoczesne okręty podwodne z rakietami manewrującymi. To nasza polisa bezpieczeństwa. Obecnie zostały nam już tylko dwa okręty podwodne, z czego jeden sprawny. Zwodowano go pół wieku temu…..

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Prawie 3/4 Polaków uważa, że ceny w niedziele objęte zakazem handlu są wyższe. Jednak, mimo tego ponad połowa Polaków (51%) wciąż robi w te dni zakupy, tak przynajmniej wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie ISBnews przez Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna.

Generalnie zakaz niedzielnego handlu spotyka się z większą aprobatą na wsi, natomiast w miastach budzi on negatywne emocje. Są one tym znaczniejsze im dotyczą bardziej zamieszkałej aglomeracji. To zupełnie oczywiste. Mieszkający w miastach więcej czasu muszą poświęcać na podróżowanie: z domu do pracy, z pracy do szkoły, przedszkola itd. Życie w mieście jest intensywniejsze, szybsze. Na wykonywanie sprawunków często brakuje czasu. Najłatwiej jest go wygospodarować w niedziele.

Życie da się policzyć w czasie. Mniej więcej można założyć ile przeciętny człowiek będzie żył, ile czasu spędzi w domu, śpiąc, jedząc, w pracy, ile poświęci czasu na przemieszczanie. Współcześni mieszczanie są zmuszeni do kalkulacji, co robić, aby komunikacja zajmowała jak najmniej czasu. Można się przemieszczać tanio komunikacją miejską, można zdrowo – rowerem, albo szybko taksówką, ale to jest drogo. Kiedy brakuje czasu cena przemieszczania traci na znaczeniu.

Podobnie jest z robieniem zakupów. Kiedy nie da się ich zrobić w ciągu tygodnia, pozostaje jeszcze możliwość ich wykonania w niedzielę. Być może stąd wrażenie, że kupowanie w niedzielę jest droższe. Może być nawet tak w rzeczywistości, bo do transakcji przeważnie do dochodzi w innych punktach handlowych niż w dni powszednie, a więc ceny mogą być wyższe, niż te do których przyzwyczajeni są kupujący. Poza tym osoby, które poświęcają swój czas w niedziele mogą oczekiwać większych zysków, tak jak np. taksówkarze.

Handel w miastach został zniszczony przez wielkie centra handlowe. Zniknęło mnóstwo sklepów, które było w pobliżu domów. Teraz aby kupować przeważnie trzeba jechać do określonego centrum, przeważnie na obrzeżach miast, to też pochłania czas, którego jest coraz mniej. Działa tutaj, stare jak świat, prawo podaży i popytu.

Cóż czas jest ważną walutą. Co więcej, mimo wydłużenia średniej wieku, czasu nie da się dodrukować, tak jak pieniędzy, oznacza, że ci co będą chcieli mieć więcej czasu, będą zmuszeni za jego oszczędzanie lub zyskanie płacić coraz więcej.

Zyski i straty – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów, Instytut Biznesu
 

Święto odzyskania niepodległości czy raczej suwerenności to ważna sprawa, tak ważna, że aż tajna, zwłaszcza, że dotyczy setnej rocznicy tego wydarzenia. Data znana od dziesięcioleci, tak jak ma to w zwyczaju, wszystkich zaskoczyła, mimo, że przygotowywano się do niej od ponad roku, a nawet został powołany specjalny komitet do celebrowania jej obchodów. Wydaje się to trochę dziwne, bo dotyczy w państwa, w którym przestrzegany jest obowiązek edukacyjny, który zakłada, że już sześciolatki umieją liczyć do stu.

Najbardziej wszystkich zaskoczyło, to że setna rocznica niepodległości wypada w niedzielę, która jest dniem wolnym od pracy, a przecież świętować w takim dniu nie wypada, bo to dzień święty i trzeba go święcić albo odpoczywać. Nic zatem dziwnego, że jak tylko się zorientowano, ze święto pokrywa się z niedzielą postanowiono natychmiast dać obywatelom rekompensatę w postaci kolejnego wolnego dnia, tak, żeby z powodu święta niepodległości nie byli stratni. Czy aby na pewno?

Generalnie, nikt nic nie ma przeciwko wolnemu dniu. Bardzo się cieszę i uważam za wspaniałe, że święto, którego okrągła rocznica przypada raz na sto lat będzie dodatkowo fetowane. Jednak jeśli spada on na aktywnych zawodowo, jak grom z jasnego nieba, to już nie każdy ma powód do radości. Wolny dzień oznacza, że zamknięte będą żłobki, przedszkola i szkoły. To teoretycznie bez znaczenia, bo przecież rodzice maja wolne. Jednak nie wszyscy, pracujący w trybie ciągłym nieoczekiwanie muszą znaleźć dodatkową opiekę dla swoich pociech.

Cóż, większość, nie potrzebuje empatii, bo przejmować się stwarzaniem problemów mniejszości. Trudno zobaczyć jest świat poza końcem swego nosa. Pryncypialność ma prymat nad rzeczywistością.

Nieoczekiwana łaska wywołuje zamieszanie i chaos. Na przykład nie wiadomo w jaki sposób będzie kursować komunikacja w nowopowstałym dniu wolnym od pracy? Może to nie istotne, jednak jak ktoś z wyprzedzeniem kupił bilet bezzwrotny, a teraz już takiego połączenia nie będzie, więc nie będzie mógł skorzystać z transportu bo niespodziewanie pojawiło się święto, to co? Albo połączenie będzie jak w dzień powszedni, ale podróż utraciła sens, ponieważ rozprawa sądowa, na którą miał się udać pasażer została odwołana z mocy prawa, to co on ma zrobić z takim biletem? Nieprzewidziane święto, powoduje też, że sprawy w sądzie spadając z wokandy, mogą ulec przedawnieniu, albowiem nowe terminy rozpraw zostaną wyznaczone w większości przypadków dopiero za pół roku.

Nieoczekiwane święto rodzi też wielki chaos logistyczny. Jego ustanowienie znienacka oznacza, że handel zostanie wyłączony na dwa dni. W przypadku żywności, o krótkim terminie do spożycia, oznacza to po po prostu straty. Policzono nawet, że niezaplanowane święto wywoła straty wynoszące dwa miliardy złotych. Jednym słowem gigantyczne straty. Dodatkowy dzień wolny oznacza też, że nie odbędzie się wiele zaplanowanych operacji w szpitalach, mam nadzieję, że pacjenci dożyją do kolejnego terminu.

Bardzo mi przykro, niestety dla mnie zamieszanie z dodatkowym dniem wolnym od pracy, z okazji stulecia odzyskania niepodległości, jest świętem symbolizującym chaos, pokazującym, że w kraju nic nie jest pewne, ani stabilne oraz, że niczego nie da się zaplanować. Cóż, podobno, to naturalne, ponieważ właśnie tacy jesteśmy spontaniczni i najlepiej wychodzi nam pospolite ruszenie.

Zyski i straty – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów, Instytut Biznesu