Archiwum kategorii: Bez kategorii

Pink tax (po polsku różowy podatek) oznacza zróżnicowanie ceny towaru lub usługi ze względu płeć. W świecie walczącym ze wszelkiego rodzaju dyskryminacjami, szowinizmami i seks izmami i dążącym teoretycznie do wszelkiej unifikacji  wydaje się niemożliwy, a jednak!

Przykładem pink tax są ceny kobiecych i męskich artykułów typu golarki czy jeansy. W tych przypadkach przedmioty dla kobiet okazują się droższe. Przyznam się szczerze, że o ile rozumiem intrygę w przypadku golarek, które różnią się tylko kolorem, to w przypadku ubrań, obawiam się, że trudno porównać cenę.

„Wiele analiz rynkowych, w tym słynne badanie „From Cradle to Cane: The Cost of Being a Female Consumer. A Study of Gender Pricing in New York” pokazuje prostą i nieubłaganą prawdę – kobiety w porównaniu do mężczyzn płacą każdego roku nawet kilkanaście procent więcej za te same produkty i usługi.” – donosi portal marketingprzykawie.pl .

Okazuje się, ze przedmioty różowe są droższe od niebieskich. Jednak nikt nikomu nie każe kupować różowych zamiast niebieskich. Może są droższe i tańsze barwniki? Nie wiem. Osobiście buntuje się przeciwko segregacji klientów ze względu na płeć. Jednak bardzo często to właśnie kobiety wytwarzają tę barierę, poprzez określenie „tylko dla kobiet”. Mało kto zwraca uwagę, że jest to dyskryminujące dla pozostałych płci (według najnowszych badań jest ich ponad 50).

Dysproporcje cenowe według kryterium płci z pewnością są dyskryminujące. W końcu trzeba się zdecydować, albo istnieją te różne płci, albo nie. Pink tax jest jednym z przejawów niekonsekwencji, którą praktykują liczne przedsiębiorstwa, mimo pozornego hołdowania idei brand purpose.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Zgodnie z uchwałą Krajowej Rada Radiofonii i Telewizji media publiczne dostaną od państwa tak zwaną rekompensatę publiczną. Telewizji Polskiej przypadnie 1,12 mld zł, a Polskie Radio tylko 60 mln zł, a ośrodki regionalne PR – w sumie 72,7 mln zł.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zdecydowała o sposobie podziału rekompensaty w wysokości 1,26 mld złotych z tytułu utraconych w latach 2018-2019 wpływów z opłat abonamentowych (z tytułu zwolnienia z płacenia abonamentu wybranych grup społecznych). To wszystko jest przelewaniem „z kieszeni do kieszeni”. Wszystko dlatego, że od lat sprawa abonamentu radiowo-telewizyjnego stanowi aberację. Obecna koalicja rządząca zdaje sobie sprawę z absurdu finansowania mediów narodowych, jednak przez całą kadencję wysmażyła kilka projektów ustaw mających przywróć normalność, w tym temacie, które ze względu na niepraktyczność lub nie brak zgody Unii Europejskiej trafiły do kosza.

Polska ma najbardziej chory system finansowania mediów narodowych, polegający na finansowaniu ich z trzech źródeł abonamentu, reklam i wsparciu państwa. W zamian za to realizuje misję publiczną oraz nie przerywa programów reklamami tak jak robią to prywatni nadawcy. Czyli jest trochę nadawcą publicznym, trochę prywatnym, rywalizuje na rynku komercyjnym, a jednocześnie jest na nim upośledzona. Nikt nie wie co ile w tym jest warte. I tak trwa ten chocholi taniec.

Tymczasem media narodowe, podobnie jak nieistniejący narodowy operator telefoniczny i narodowy bank (nie spełniający podstawowych funkcji) stanowią obecnie rodzaj podstawy cywilizacyjnej tak jak energia, bezpieczeństwo, służba zdrowia, drogi, z czy szkoły, którą powinno zapewniać państwo. Ludzie pytają się na co idą te pieniądze, a więc w przypadku TVP na spektakularne sylwestry, zapewniające powszechną rozrywkę w ten szczególny dzień roku, mecze piłki nożnej, które cieszą się masowym zainteresowaniem, powstawianie kanału anglojęzycznego, edukację historyczną (TVP Historia) itd.

Ostatnio byłem, dzięki zaproszeniu Fundacji XBW Ignacego Krasickiego i Fundacji XX Czartoryskich na premierze filmu „Operacja Saybusch” w reżyserii Rafała Geremka. Dokument opowiada o Niemcach, którzy we wrześniu 1940 roku rozpoczęli planowe wysiedlenia rdzennej ludności polskiej ziemi żywieckiej, do której domów sprowadzali swoich obywateli, zamieszkałych zagarniętych przez Związek Radziecki, na mocy traktatu Ribentrop-Mołotow. Jest to, prawie zupełnie zapomniany dowód na ścisłą współpracę faszystów z tak zwanymi komunistami, którego celem był IV rozbiór Polski. Rosjanie w latach 1940-1941 umożliwiali emigrację ludności pochodzenia niemieckiego z Wołynia, Besarabii Bukowiny i Galicji na tereny okupowane pod hasłem „Heim ins Reich” – „Powrót do Rzeszy”.

W ramach „Operacji Saybusch” pozbawiono domów i majątku 20.000 osób. Polskich górali, których przerzucano na tereny Generalnej Guberni pozostawiając bez żadnego wsparcia. Dodatkowo okupacyjne niemieckie władze wśród miejscowej ludności rozpuszczały plotki, że wygnańcy są kryminalistami. I bez tego zła sytuacja materialna na Mazowszu czy Lubelszczyźnie nie sprzyjały hojności i solidarnego wsparcia dla uchodźców. Ponadto aż 8.000 osób przesiedlono wewnętrznie na terenie Żywiecczyzny, z zadaniem pełnienia przez nich służby dla niemieckich „nadludzi”. Dzieci o cechach „aryjskich” zabierano rodzicom i wysyłano do Rzeszy, aby je odciąć od korzeni i zgermanizować.

Pozbawieni domów nad głową i jakiegokolwiek wsparcia wysiedleni mieszkańcy Żywiecczyzny podejmowali ryzyko powrotów do rodzinnych stron. Podróżowali pieszo, przechodzili wpław rzeki, mając nadzieję, że w swojej małej ojczyźnie uda się im ukryć i przeczekać wojenną zawieruchę. Niestety, jak ujawnia film Rafała Geremka, dla wielu z nich nadzieja ta okazała się płonną – powracających na swoje rodzinne ziemie górali Niemcy po schwytaniu wysyłali na śmierć do obozów koncentracyjnych.

Aktion Saybusch zakończyła się zimą 1940 roku. Przeciwko akcji protestował Generalny Gubernator Hans Frank, twierdzący, iż jego „królestwo” jest przeludnione i nie jest w stanie przyjąć tylu głodnych ludzi. Nie zatrzymało to prowadzenia wysiedleń, tyle, że od 1941 roku Polaków z Żywiecczyzny kierowano do pracy przymusowej w obrębie ziem wcielonych do Rzeszy. Taki los spotkał w sumie kilkadziesiąt tysięcy osób.

Miałem zaszczyt obejrzeć dokument „Operacja Saybusch” na zamkniętym pokazie. Szeroka widownia będzie mogła go zobaczyć dzięki TVP Historia, która zleciła produkcję tego obrazu, realizując nie tylko misję publiczną, bo tę można pojmować w wielkoraki sposób, ale przypominając kolejną czarną stronę historii Niemców i Rosjan podczas II wojny światowej. Publiczność powinna mieć powszechny dostęp do prawdy, a nie tylko do przepisów o gotowaniu, śpiewaniu i tańczeniu. Sądzę, że bez środków publicznych, nie jest to możliwe. I w stronę stabilnego zapewnienie środków dla mediów publicznych, a nie w kierunku pełnej prywatyzacji powinny podążać zmiany.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Idea gospodarki 4.0 jest już od dłuższego czasu przewija się przez wszystkie dyskusje. Teraz stał się też tematem debata: „Przemysł ciężki w Gospodarce 4.0”, zorganizowanej przez magazyn Polish Market.

Przyjąłem zaproszenie do udziału w tej dyskusji, zaproponowanej mi przez panią Krystynę Woźniak-Trzosek – Prezes wydawnictwa, albowiem rolę przemysłu ciężkiego, uważam za znaczącą w rozwoju gospodarki i budowaniu pomyślności ekonomicznej. Debatę prowadzili dziennikarze: Ewelina Janczylik-Foryś i Jerzy Mosoń. W dyskusji, oprócz mnie uczestniczyli Ireneusz Jazownik – Dyrektor Centralnego Ośrodka Przetwarzania Informacji KGHM Polska Miedź SA, Lidia Marcinkowska-Bartkowiak – Dyrektor Naczelny ds. komunikacji w KGHM Polska Miedź, Krzysztof Zaręba – Naczelnik Wydziału Polityki Przemysłowej Departamentu Innowacji w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii; który w swoim wystąpieniu przedstawił również zagadnienia ważne z punktu widzenia Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, Andrzej Wójcik – Wiceprezes Zarządu ds. Handlu i Rozwoju, Fabryka Kotłów SEFAKO, Jarosław Zagórowski – Doradca Zarządu Przedsiębiorstwa Kompletacji i Montażu Systemów Automatyki Carboautomatyka SA, Andrzej Kaźmierski – Enterprise Project Manager w Agencji Rozwoju Przemysłu.

Znaczący postęp gospodarczy rozpoczął się w XVIII wieku wynalezieniem maszyny parowej. Kolejne słupy milowe to  seryjna linia produkcyjna, automatyzacja, komputery i Internet. W istocie ten ostatni zupełnie zrewolucjonizował całe życie społeczno-ekonomiczne, chociaż prawie połowa ludzkości nadal nie ma dostępu do tego medium, a w Polsce 15 proc. U nas nadal wyzwaniem jest implementacja nowoczesnych rozwiązań informatycznych w przemyśle ciężkim. Biznes jest świadom konieczności wdrażania i optymalizacji korzystania z zaawansowanych maszyn i robotów, albowiem dziś stanowi to obecnie istotną płaszczyznę rywalizacji pomiędzy przedsiębiorstwami. Dodatkowym imperatywem jest brak pracowników i rosnące koszty pracy. To wymusza na przedsiębiorstwach szukania rozwiązań technologicznych pozwalających zastąpić coraz droższych pracowników, zwłaszcza, że ta tendencja w dającej przewidzieć się przyszłości będzie się nasilać.

Gospodarka 4.0, której definicji tak naprawdę nie ma, składa się z wielu komponentów, które ją charakteryzują. Będzie to z pewnością globalizacja, standaryzacja, zarządzanie procesami, produktywność, customizacja, innowacyjność, obniżanie kosztów produkcji, technologia 5G, druk 3D, big data, Internet rzeczy i sztuczna inteligencja. Oczywiście wiąże się też z ryzykami takimi jak uzależnienie od Internetu, prądu, łączności, cyberprzestępczość, alienacja społeczna, ubezwłasnowolnienie ludzi, odhumanizowania rzeczywistości i największego wyzwania jakim jest bycie partnerem sztucznej inteligencji, co, biorąc pod uwagę obserwowane populacyjne obniżenie „inteligencji naturalnej”, skłania do refleksji.

Gospodarce 4.0 w przemyśle powinna spowodować skokowy wzrost produktywności i jakości wytworzonych dóbr. Nie chodzi tutaj tylko o środki produkcji, lecz także o zmiany w kulturze organizacyjnej. Gospodarka 4.0 wymaga zmierzenia się z wyzwaniem, jakim jest działanie zespołowe. Aby kreować inteligentne łańcuchy wytwarzania, łączące producentów, dostawców, odbiorców i konsumentów, w których relacjach funkcjonuje, jak najmniej zakłócane sprzężenie zwrotne to konieczna jest poprawa komunikacji.

Dla przemysłu ciężkiego Gospodarka 4.0 jest poważnym wyzwaniem, ponieważ management małych i średnich przedsiębiorstw zdaje sobie sprawę z tego, że, aby przetrwać na rynku przedsiębiorstwo musi się stale modernizować. Duże organizacje, związane z przemysłem ciężkim mają zazwyczaj środki do przeprowadzenia zmian, ale ich sytuacja jest zazwyczaj na tyle komfortowa, że nie zawsze ich kadry odczuwają potrzebę inwestycji. To ryzykowna sytuacja, ponieważ przy tak szybko zmieniającym się świecie, z łatwością można przeoczyć ostatnią chwilę na modernizację.

Pozytywne wiadomości docierają z KGHM, który aktywnie działa na rzecz wdrażania gospodarki 4.0. Przede wszystkim roboty zastępują ludzi, w realizacji najbardziej niebezpiecznych zadań, oczywiście tak gdzie jest to możliwe. Trwają również prace nad realizacja gospodarki obiegu zamkniętego. Ponieważ już teraz brakuje mechatroników, automatyków i informatyków, KGHM sponsoruje w okolicznych szkołach atrakcyjne pracownie matematyczno-fizyczne, wierząc, że w ten sposób wśród młodych ludzi spopularyzuje zainteresowanie naukami ścisłymi, a w konsekwencji w przyszłości będzie mógł pozyskać utalentowanych pracowników, co oznacza, że jest to organizacja przygotowana na nadchodzące pokolenie alfa. Oby więcej takich przedsięwzięć, od nich zależy jakość przyszłości.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytut Biznesu

Był czas spokoju. Wydawało się, że granice Polski są bezpieczne. Niestety agresywne zachowania różnych państw: militarne, polityczne i propagandowe każą uważać, że sytuacja staje się dużo poważniejsza.

Wojna w Gruzji w 2008 r. i pozbawienie tego kraju części terytorium, oderwania wschodniej części Ukrainy oraz aneksja Krymu pokazują, że w najbliższym sąsiedztwie Polski sytuacja staje ryzykowna. Zagrożenia stają się coraz bardziej realne. Co prawda Polska należy do NATO, jednak z tego faktu nie należy wyciągać jednoznacznej przesłanki o bezpieczeństwie. W ubiegłym wieku już padło stwierdzenie ze strony naszych sojuszników, że „nie będą umierać za Gdańsk”.

Trzeba też pamiętać, że pomiędzy członkami NATO wzmagają się podziały, a nawet konflikty (sytuacja polityczna związana z zachowaniem Turcji, ingerencje w wybory, wojna dezinformacyjna, wspieranie partii radykalnych, projekty przemysłowe o charakterze politycznym, takie jak NordStream 2, etc.). To sprawia, że Pakt Północnoatlantycki nie jest obecnie tak pewnym gwarantem bezpieczeństwa jak kiedyś. Aby liczyć na wsparcie ze strony innych trzeba być silnym i atrakcyjnym partnerem, tak, żeby zagrożenie dla Polski było realnym zagrożeniem również dla interesów sojuszników.

Nie ma obecnie pewności, że atak na polskie terytorium lub strategiczne interesy spotka się z oczekiwaną reakcją naszych sojuszników. Czy powtórzyć się może sytuacja z roku 1939? Niestety, w przypadku konfliktu Polska jest zależna od dobrej woli sojuszników – nie dysponuje własnymi zdolnościami militarnymi, żeby odeprzeć atak. Nie jest też w stanie samodzielnie odstraszyć wroga (np. mocarstwa dysponującego bronią atomową) groźbą zadania jej wystarczająco dotkliwych strat by uczynić agresję nieopłacalną. Odstraszanie w polskich realiach musi więc opierać się na zagwarantowaniu sojuszniczej reakcji. Do tego potrzebne jest Polsce wiarygodne militarne narzędzie, które taką reakcję wymusi. Oczywiście ostatnio Ministerstwo Obrony Narodowej przyspieszyło zakupy – choćby w zakresie śmigłowców w Mielcu i zapewnienie o zakupie takowych też w Świdniku, ale to ciągle mało, to niestety odstraszać nie będzie.

Na obecnym etapie rozwoju technologii, uwarunkowań politycznych i możliwości finansowych Polska potrzebuje czegoś więcej – np. rakiet manewrujących przenoszonych przez okręty podwodne. Dysponowanie taką bronią jest możliwe w dwóch przypadkach:

  • odstraszanie przeciwnika poprzez groźbę uderzeń rakietowych, co może zapobiec rozwinięciu się konfliktu,
  • spowodowanie (właśnie dzięki posiadaniu własnej, polskiej zdolności do eskalowania konfliktu) zaangażowania się w rozwiązanie konfliktu sojuszników Polski, przede wszystkim poprzez uruchomienie artykułu 5 traktatu o NATO.

O tym uzbrojeniu mówi się u nas od lat, mało tego Ministerstwo Obrony Narodowej ma gotowe oferty w tym zakresie, ale jakoś tak od lat jest to rozwiązanie odkładane na później.

Odstraszanie (groźba uderzeń rakietowych) jest wiarygodne dla potencjalnego agresora, kiedy ma ono charakter stały. Sprzęt, na którym znajdują się rakiety musi być trudny do zniszczenia, a ewentualne kontrataki muszą być wystarczająco precyzyjne. Wszystkie te kryteria spełniają jedynie okręty podwodne z rakietami manewrującymi. Przed nimi nadal trudno się bronić. Ataki przeprowadzone, przy użycie tego typu broni, na kluczowe cele, przy użyciu rakiet manewrujących, będą miały znaczenie strategiczne, o wiele większe niż siła samych uderzeń. To sprawia, że okręty podwodne z rakietami manewrującymi to idealna broń dla słabszej strony potencjalnego konfliktu, umożliwiające na zmniejszenie dysproporcji w potencjale wobec strony silniejszej.

Stąd też dziwi mnie opieszałość w podjęciu decyzji o uzupełnienie polskiej armii o tego typu rodzaj uzbrojenia. Zwłaszcza, że może to być robione w oparciu o krajową infrastrukturę przemysłową, co oznacza, że środki przeznaczone na ten cel zostaną wydane w Polsce. Będzie mieć to zatem znaczenie zarówno dla potencjału obronnego, jak również rozwoju krajowej gospodarki.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytut Biznesu

Finalnym produktem produkcji są śmieci. Jak się zastanowić, to nic w tym dziwnego, gorzej kiedy uświadomimy sobie, że dotyczą świata produkującego dobra jednorazowe!

Jacyś decydenci zaczęli to sobie wreszcie uświadamiać. Czy na pewno? Najpierw Unia Europejska rozpoczęła jaką dziwaczną wojnę z plastikowymi słomkami do napojów. Wyglądało to intelektualny żart mający na celu otumanienie środowisk proekologicznych. Aż 3 kwietnia 2019 roku Parlament Europejski zatwierdził  zakaz sprzedaż wyrobów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych takich jak talerze, sztućce, słomki, patyczki do uszu rączki do balonów. Przepisy mają obowiązywać od 2021 roku. Jak na Unię to bardzo szybko. Wielu osobom to zaimponowało.

Powiem: świetnie! Tylko co z plastikowymi torebkami w sklepach, jednorazowymi plastikowymi opakowaniami żywności, butelkami plastikowymi itd.? Co, w końcu, z wszystkimi produktami gospodarstwa domowego i sprzętem elektronicznym, który często psuje się po roku i którego nie warto naprawiać, bo koszty są zbyt wysokie i go się wyrzuca?

Działania Unii w sprawie zakazu są słuszne, ale nadal przypominają używanie plastra opatrunkowego jako remedium na podrzynane gardło. Parlament Europejski powinien wprowadzić przepisy zakazujące dystrybucji żywności w opakowaniach jednorazowych. Pomijając aspekt ekologiczny, jest też powód zdrowotny, plastik przedostaje się do organizmu człowieka i pozostaje w nim na zawsze. Powinny też pojawić przepisy obligujące producentów do wprowadzania do sprzedaży tylko takich produktów (z pominięciem żywności), które będą się nadawać do eksploatacji co najmniej kilka lat. Wtedy mógłbym rozważyć czy Unia naprawdę zamierza realnie działać na rzecz środowiska czy tylko otumaniać publikę.

Już słyszę tych, którzy krzyczą, że to szaleństwo, że postradałem zmysły i nie rozumiem współczesnej gospodarki. Od razu odpowiadam, rozumiem współczesną gospodarkę i uważam ją właśnie za szaloną. Chęć zysku, obniżania kosztów, szukania najtańszych rozwiązań to obłęd w którym trwamy. Konieczna jest totalna zmiana podejścia do produkcji.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Zakończył się XXXVI  szczyt gospodarczy Welconomy Forum in Toruń. Im częściej uczestniczę w tym wydarzeniu tym bardziej je cenię i uważam, że jest to bardzo ważne przedsięwzięcia dla środowiska gospodarczego.

Welconomy Forum in Toruń to dwudniowy kongres poświęcony gospodarce, innowacyjności, nauce, integracji i współpracy. Tegoroczny odbył się pod hasłem przewodnim „Niepodległa – nowe wyzwania”. Uczestniczyło w nim ponad  2.000 biznesmenów, naukowców, samorządowców i polityków. Odbyło się kilkadziesiąt debat. Miały one miejsce równolegle, tak więc nie mogłem uczestniczyć we wszystkich.

Jedną z najważniejszych debat, odbywających się w ramach XXXVI Welconomy Forum in Toruń była ta poświęcona technologii 5G, która jest wdrażana przez globalny koncern Huawei, o chińskim rodowodzie. Mówi się o skoku cywilizacyjnym, który uruchamia wyobraźnie i dla wielu jest wielką nadzieją na rozwój. Inni widzą w nim poważne zagrożenia. Innym cywilizacyjnym wyzwaniem dla Polski jest rozwój komunikacji, do którego obecny rząd przykłada ogromne znaczenie, angażując się w rozbudowę dróg, budowę Centralnego Portu Lotniczego pod Łodzią i reaktywując lokalne połączenia autobusowe.

Debatowano również o prewencji zdrowotnej. I bardzo słusznie, albowiem zarówno technologia 5G czy połączenia komunikacyjne są realizowane dla ludzi i dobrze by było, żeby mogli z nich korzystać. Prof. Piotr Skarżyński wskazał, że nowe rodzaje łączności pozwalają nie tylko na prowadzenie badań przesiewowych, ale również praktyczne monitorowanie pacjentów na odległość, co w przypadku kurczącej się liczby lekarzy ma ogromne znaczenie. Prof. Piotr Kuna zwrócił uwagę również na fundamentalne czynniki wpływające na jakość życia. Zauważył, że ludzie mogą decydować o tym co jedzą, jak się odżywiają, jaką profilaktykę zdrowotną stosują, ale trudno jest im decydować o tym czym oddychają. Poprawa jakości powietrza to fundamentalne wyzwanie stojące przez polskimi decydentami. Według ekspertów to właśnie to czym oddychają Polacy odpowiada za wiele chorób, w tym przewlekłych, a więc i wydatków Narodowego Funduszu Zdrowia i przedwczesnych zgonów.

Jednym z czynników wpływających również na zdrowie Polaków jest alkohol, który jest trucizną. Okazuje się, że najwięcej C2H5OH spożywa się w piwie, które prawie uchodzi za trunek nieszkodliwy, co nie jest prawdą. Prawdopodobnie trudno będzie przekonać Polaków aby zostali zupełnymi abstynentami. Jednak konieczna jest edukacji pokazująca, że piwo wcale nie jest takie niewinne jak to wmówiono konsumentom. W Polsce przewagę mają, o czym mało kto wie, piwa o bodaj najwyższej zawartości alkoholu w Europie. Dlatego ważna jest edukacji i możliwość pełnej informacji o stosowaniu używek.

Dyskutowano też o przyszłości polskiego rolnictwa, pokazując, że dramatyczne skutki dla sektora może mieć coś, co wydawałoby się mało istotne, jak zmiana stawek VAT, czego przykładem może być planowana nowelizacja ustawy, która może doprowadzić do zapaści w sadownictwie i produkcji napojów. Ważna debatą była też dyskusja poświęcona wejściu Polski do strefy Euro. Duże zainteresowanie wzbudził też panel poświęcony perspektywom eksportu, związanego z takimi rynkami jak Irak, Indonezja, Angola czy Nigeria. Uczestniczyłem też w debacie poświęconej outsourcingowi, która przekonała, że wyłączenie z działalności przedsiębiorstwa pewnych obszarów jego funkcjonowania i powierzenia ich podmiotowi zewnętrznemu może poprawić efektywność i zmniejszyć koszty. Jednym słowem całe XXXVI Welconomy Forum in Toruń poświęcone było zyskom i stratom tym potencjalnymi i tym realnym. Należą się wielkie słowa uznania dla Pana dr Jacka Janiszewskiego – twórcy Forum, który stwarza możliwość uczestniczenia w powyższym centrum wymiany myśli i opinii.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Na blogu „Zyski i Straty” powinny pojawiać się moje teksty. Jednak wcale tak nie musi być i właśnie tak się nie dzieje. Dziś proszę o przeczytanie pewnej anonimowej przypowieści, którą znalazłem w sieci.

Zapytała go: „Po ile sprzedajesz jajka?
Stary sprzedawca odpowiedział: „Po 50 groszy za jajko, proszę pani.
Powiedziała do niego: „Wezmę 6 jajek za 2,50 – albo sobie pójdę.
Stary sprzedawca odpowiedział: „Weź je po cenie, jaką chcesz. Być może, to dobry początek, ponieważ nie byłem w stanie sprzedać nawet jednego jajka dzisiaj.”

Wzięła jajka i odeszła, czując, że wygrała. Wsiadła do swojego eleganckiego samochodu i poszła do eleganckiej restauracji ze swoją przyjaciółką. Tam, ona i jej przyjaciel, zamówili, co im się podobało. Zjedli trochę i zostawili dużo z tego, co zamówili. Potem poszła zapłacić. Rachunek wyniósł 140 zł. Dała 150 zł i poprosiła właściciela restauracji o zatrzymanie reszty.

Ten incydent mógł być całkiem normalny dla właściciela, ale bardzo bolesny dla biednego sprzedawcy jajek. Chodzi o to, że dlaczego zawsze pokazujemy, że mamy moc, kiedy kupujemy od potrzebujących?! I dlaczego jesteśmy hojni dla tych, którzy nawet nie potrzebują naszej hojności?

Kiedyś czytałem gdzieś: Mój ojciec kupował proste rzeczy od biednych ludzi po wysokich cenach, mimo, że ich nie potrzebował. Czasami nawet płacił za nie ekstra. Martwiłem się tym aktem i zapytałem go dlaczego on to robi?
Wtedy mój ojciec odpowiedział: „to jest miłosierdzie pełne GODności, moje dziecko”.

Wiem, że większość z Was nie zechce podzielić się tą wiadomością, lecz jeśli czujesz, że ludzie muszą to zobaczyć, to przekaż dalej tę wiadomość tak jak ja.

Juliusz Bolek „Zyski i straty”

Szczęśliwy pracownik sukcesem firmy. Współczesne wyzwania w zarządzaniu firmą to tytuł debaty przeprowadzonej podczas gali wręczenia nagród „Ambasadorzy HR, przez Instytut Biznesy. Uważam go za bardzo przewrotny, by czy praca ma dawać szczęście?

Wydaje mi się, że koncept aby praca dawała szczęście jest wspaniały. Przeważnie najbardziej szczęśliwy pracownik to taki, który nie pracuje. Tak jest jednak tylko pozornie. Praca sprawia, że ludzie zyskują sens życia i czują się społecznie użyteczni. Niezależnie od tego przed biurami kadr, zarządzania zasobami ludzkimi i zarządzania kapitałem ludzkim stoją nowe wyzwania jak sprawić, żeby praca szła do przodu, a pracownicy, który ją wykonują byli szczęśliwi. To oznacza nowe podejście do zatrudnionych, którzy powinni stać się partnerami w biznesie, rozumiejący, że uczestniczą w budowaniu strategii i wartości organizacji, co przekłada się również na ich osobiste korzyści.”.To może być też nowe pole dla aktywności marketingowej wyrażające się chociażby z sloganie „towary i usługi od szczęśliwych pracowników

W debacie na temat „szczęśliwych pracowników” uczestniczyli Rafał Hiszpański – Prezes DAS Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej, Ewa Małyszko – Prezes Zarządu PFR TFI, Barbara Misiewicz-Jagielak – Wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego iMichał Gierczak – CEO  Connectis. Dyskusję prowadziła Paula Rejmer – Dyrektor w Hays Poland. W trakcie debaty zastanawiano się co może zrobić HR i pracodawca, by pracownik komfortowo i efektywnie pracował, z poczuciem zabezpieczenia i dbania przez pracodawcę o jego bezpieczeństwo finansowe? Wskazywano, że bogata oferta benefitów i dodatków pozapłacowych w wielu branżach to już standard. Stąd też rodziło się pytanie: czy są jeszcze sfery, w których pracodawca może zaoferować pracownikowi wartość dodaną? Zagadnień do dyskusji było więcej: W jaki sposób i w co angażować pracowników, aby przekładało się to na pozytywne wyniki ich pracy? Czy inwestowanie w szkolenia, kursy są w stanie związać pracownika z firmą? Jakie jest dziś idealne miejsce pracy? Czego oczekują pracownicy? Odpowiedź na wszystkie pytania wypełniłaby grubą książkę.

Kiedy piszę o gali „Ambasadorzy HR 2019”, zorganizowanej przez Instytut Biznesu, wypada mi też dodać kto został nagrodzony tym zaszczytnym tytułem:

Connectis – spółka specjalizująca się w budowaniu dedykowanych zespołów techniki informatycznej i tworzeniu najlepszych miejsc pracy w tym sektorze. Connectis zatrudnia ponad 350 Developerów.

Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, reprezentujący 18 wiodących krajowych producentów leków, którzy zapewniają pracę farmaceutom, analitykom medycznym, lekarzom, chemikom, biologom.

Brown-Forman Polska – organizacja, która stawia na współpracę i zaufanie, a szczególnie zwracają uwagę na otwartą komunikację z pracownikami.

Partnerami głównymi wydarzenia Ambasadorzy HR 2019, organizowanego przez Instytut Biznesu, byli: PFR TFI oraz DAS Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej, a partnerami wspierającymi Collegium Humanum Szkoła Główna Menedżerska, Hays Poland, Złota 44, Agencja Informacyjna, Capital24.tv i Centrum Informacji.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Wielu marzy o tym, żeby zostać prezesem. Mimo, że to trudne, to zdecydowanie łatwiej jest nim zostać niż w nim trwać.

Zarządzanie jest sztuką trudną i skomplikowaną, choć wygląda na zadanie proste i łatwe. Mimo, że jest milion recept jak kierować przedsiębiorstwem, bardzo wielu prezesów ponosi klęski. Podobnie jak z milionami przepisów na odchudzanie, ilość osób z nadwagą stale rośnie. Nawet jeśli komuś przypadnie „fucha” zarządzania przedsiębiorstwem dobrze prosperującym, nie jest oczywiste, że uda się ten stan prosperity utrzymać. Zależy to od wielu zmiennych wewnętrznych i zewnętrznych. Przykładem mogą być Kodak, Daewoo czy Nokia. Ten ostatni koncert zaliczył już zresztą trzecie powstanie z popiołów.

Zajmuję się zarządzaniem jako praktyk, pełniąc funkcję prezesa w różnych przedsiębiorstwach usługowych, produkcyjnych, doradczych i choć doświadczenie pozwala mi na unikanie wielu błędów, to każde nowe objęcie stanowiska to zupełnie inne wyzwanie. Problemy z zarządzaniem omawiam też z innymi prezesami skupionymi wokół Instytutu Biznesu. Oni również uważają, że zarządzanie jest sztuką, w której nic nie jest pewne. Jeden z nich uznał, nawet, że bycie prezesem to niekończąca się wędrówka po polu minowym.

Zajmuje się też zarządzaniem jako badacz. Jestem wykładowcą  Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych (Master of Business Administration, MBA), Wyższej Szkole Promocji, Instytucie Audytu i Ewaluacji i Społecznej Akademii Nauk. Ponad to od 12 lat mam możliwość badania aktywności zarządów, działających w sześciomiesięcznych kadencjach, według takich samych zasad, z precyzyjnymi wskazówkami, dotyczącymi zasad postępowania. Okazuje się, że ta sama recepta na zarządzanie może przynosić zupełnie inne rezultaty. Więcej, okazuje się, ze nawet jeśli pojawią się te same osoby w składzie kierownictwa, to raz odnoszą sukcesy, a raz nie. Oznacza to, ze o powodzeniu nie decydują tylko osobiste kompetencje, ale również zespół w jakim przychodzi kierowanie.

Instytut Biznesu z szacunkiem odnosi się do osób zajmujących się zarządzaniem. Stąd też pomysł, aby promować najlepszych. W przypadku Instytutu Biznesu są to nagrody „Top President”. Zostały one przyznane w oparciu o sondaż przeprowadzony wśród kadry menedżerskiej na przełomie listopada i grudnia 2018 roku, w którym ankietowani wskazywali, ich zdaniem, najciekawszych, najlepszych, obiecujących i inspirujących menedżerów. W efekcie tytuł „Top President 2018 otrzymali: Beata Pawłowska – Regional Director Central Europe Oriflame; dr nauk prawnych Edyta Bielak–Jomaa – Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych; dr Mateusz Grzesiak; Krzysztof Przybył – Prezes Zarządu Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” oraz Łukasz Blichewicz – Prezes grupy Assay. Wszystkim nagrodzony serdecznie gratuluję.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Huawei – chińska korporacja o zasięgu światowym budzi mnóstwo emocji. Z jednej strony stała się liderem technologicznym. Z drugiej strony pojawiają się oskarżenia o szpiegostwo zagrożenia dla cyberbezpieczeństwa. Sytuacja zrobiła się gorąca.

Huawei Technologies Co., Ltd.(chin. 华为技术公司) została założona zaledwie 30 lat temu w Chinach. Od roku 2012 jest największym na świecie producentem urządzeń telekomunikacyjnych i drugim co do wielkości po Samsungu, a przed Apple, światowym producentem smartfonów. Teraz zajmuje się pioniersko budową sieci 5G, która ma zrewolucjonizować komunikację elektroniczną.

Już w 2012 roku Stany Zjednoczone i Australia uznały współpracę z Huawei za zagrożenie dla cyberbezpieczeństwa. W sierpniu 2018 roku Donald Trump zakazał administracji rządowej i kontrahentom pracującym na jej zlecenie korzystania z technologii Huawei i ZTE. Również Australia zabroniła jednemu z największych operatorów, pracującemu nad siecią 5G, korzystania z technologii Huawei. Podobny zakaz wprowadziła już praktycznie Japonia. W listopadzie 2018 roku Stany Zjednoczone wezwały swoich sojuszników do tego, by przekonywali lokalne telekomy o zagrożeniach związanych z używaniem smartfonów chińskiego koncernu.

Jednak Niemcy, Francja, Włochy, Portugalia i Szwajcaria wyraźnie oświadczyły, że nie zamierzają wykluczyć Huawei z rynku. Powyższe państwa polegają na własnych analizach i powstrzymują się od restrykcji zakazujących używanie sprzętu Huawei. Być może część krajów europejskich przedkłada rozwój technologiczny nad bezpieczeństwo lub ignoruje ryzyka z tym związane? W tego typu sprawach najważniejsze jest racjonalne rozważanie kwestii zagrożeń związanych z wdrażaniem sieci 5G. Swoje stanowisko w sprawie chińskiego koncernu w lutym 2019 roku zmieniły brytyjskie służby bezpieczeństwa uznając, że „nie ma powodów, by wykluczać Huawei z budowy sieci 5G”.

Pojawiają się zarzuty, że niekorzystna atmosfera tworzona wokół Huawei to echo wojny gospodarczej i rywalizacji technologicznej między Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Cóż wojna, a może raczej agresywna rywalizacja między światowymi mocarstwami jest oczywista. Czy nowoczesne technologie można wykorzystywać do celów szpiegowskich? Oczywiście można. Nawet więcej, one po to są tworzone. Zbieranie Informacji o użytkownikach (jeden z portali społecznościowych za dobrowolne ujawnianie wszystkich informacji przez użytkownika deklaruje wynagrodzenie 20 dol.) i danych biomedycznych takich jak linie papilarne czy zarys twarzy to już fakt. Zatem nie powinno być pytań o Huawei tylko o wszystkie podmioty działające na tym rynku: czy ich produkty i działalność nie zagrażają bezpieczeństwu polskich obywateli? Jeśli zaś powstają obawy w tym zakresie, oczekiwałbym decyzji, które zabezpieczą Polskę przed tego typu ryzykami ze strony wszystkich potencjalnych przedsiębiorstw krajowych i zagranicznych. Takie same reguły gry powinny dotyczyć wszystkich podmiotów na takich samych zasadach.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”