Świat wirtualny jest naprawdę wirtualny, a dokładniej fikcyjny. Ilustrowały to afery z oszukaną oglądalnością reklam w Internecie. Potwierdza to również śledztwo „The New York Times” pokazujące handel followersami czyli, jakby to pięknie nazwał Mikołaj Gogol, „Martwymi duszami”.

To, że  w portalach społecznościowych w Internecie produkuje się fikcyjne profile ludzi i nimi handluje to nic nowego.  Znacząca jest skala! „The New York Times” prześwietlili firmę Devumi. Według dziennikarzy przedsiębiorstwo posiada ponad 3.500.000  fikcyjnych profili, które wielokrotnie sprzedaje. W ten sposób wsparło ono influenców (internetowe profile liderów opinii) ponad 200.000.000 nieistniejących obserwujących. Cóż, próżność, to również potrzeba, którą trzeba zaspokajać. Nastały takie czasy, że ludzie, nawet szanujące się przedsiębiorstwa, chcą mieć rzesze obserwujących wirtualnie i nie ma znaczenia, że jest to fikcyjna widownia.

Według danych „NYT” przynajmniej 55.000 fikcyjnych kont używa zdjęć i danych prawdziwych użytkowników Twittera. Devumi z pewnością nie jest jedynym podmiotem zajmującym się tym procederem. Pokazuje to skalę problemu.

Dla porządku należy zaznaczyć, że założyciel Devumi zaprzecza temu, że jego przedsiębiorstwo sprzedaje fałszywe konta. Cóż, to może być bardzo ciekawe, albowiem różne profile, oferowane przez to przedsiębiorstwo, wykorzystują do identyfikacji i budowania wiarygodności zdjęcia tych samych osób. Jak się okazuje zmieniają się tylko nazwiska,  kompetencje i zainteresowania: raz promują quasi waluty, innym razem rozgłośnie radiową, albo strony pornograficzne;  posługując się za każdym razem innym językiem: arabskim, indonezyjskim, hiszpańskim itd.

W 2017 roku 3.000.000.000 użytkowników (specjalnie piszę „użytkowników”, albowiem nie wiadomo ile osób pojawia się jako różni użytkownicy) logowało się do serwisów społecznościowych, a liczba fanów i followersów stała się nową walutą, albowiem kto ma więcej obserwujących może oferować przedsiębiorstwom zamieszczenie określonych treści za stawki, które są uzależnione od wielkości widowni.

W XX wieku mówiono, że połowa budżetu reklamowego idzie w błoto, tylko nie wiadomo która połowa? Reklama w Internecie jest znacząco tańsza od reklam zamieszczanych w innych mediach. Jednak nie sposób policzyć jaka część budżetu przeznaczonego na reklamę w Internecie idzie w błoto.

Zidentyfikowano, że znacząca część followersów jest fikcyjna. Podobnie może być z influentami. Na Twitterze, podobno, niemal 15 proc. kont to boty podszywające się pod ludzi. W listopadzie  2017, globalny portal społecznościowy Facebook przyznał, że w serwisie może być dwukrotnie więcej fałszywych kont, niż przypuszczano. Tak naprawdę nikt nie potrafi już dziś policzyć „martwych dusz”, ponieważ w zasadzie nie sposób ich wszystkich zidentyfikować. (Oczywiście można by sobie z tym poradzić współpracując z urzędami skarbowymi, przynajmniej na bardziej cywilizowanych rynkach.)

Zorganizowane w przemyślany sposób fikcyjne profile  mogą znacząco wpływać na postawy konsumenckie, a co więcej również na zachowania społeczne i decyzje polityczne. Można by nawet powiedzieć, że ludzkością dziś rządzi fikcja. I byłaby to prawda, ale przecież ktoś tą fikcją zarządza….

 

 

Podobno…. Piszę „podobno”, ponieważ bardzo trudno mi uwierzyć, że lotnisko w Modlinie ma pójść w zapomnienie, a jego role ma przejąć lotnisko w Radomiu. Kuriozalne? Ale możliwe!

Lotnisko w Modlinie, jako port dla tanich linii lotniczych i sposób na odciążenie lotniska na warszawskim Okęciu, rodziło się w bólach. Sama decyzja o lokalizacji została zatwierdzona przez Komisję Europejską, albowiem wówczas było wiele pomysłów, gdzie ma powstać wsparcie dla duszącego się od nadmiaru pasażerów portu w stolicy.

Pomysł z Modlinem można uznać za trafiony. Port posiada dobrą komunikację z Warszawą. Sprawdza się zarówno w komunikacji samochodowej jak i kolejowej. Przemieszczanie jest szybkie i tanie. Na inwestycji zyskał też region, który był w stanie agonalnym.

Jeżeli teraz powstała koncepcja, aby Radom przejął zadania Modlina, to wydaje się szokująca. Nowa lokalizacja jest położona dwa razy dalej. Czas i koszt dojazdu z Warszawy co najmniej dwukrotnie wyższy. Wydaje się to też absurdalne dlatego, że lotnisko w Modlinie pochłonęło znaczące środki finansowe, w tym również ze źródeł europejskich. Jeśli teraz miałoby zostać zamknięte wsparcie ze strony Wspólnoty zapewne trzeba by zwrócić. Czy to wszystko ma być zaprzepaszczone?

Sens nonsensu wyjaśnił  wicemarszałek Senatu Adam Bielan. Uważa on, że lotnisko w Modlinie, na skutek bardzo korzystnej tylko dla jednego przewoźnika Ryanaira umowy sprawia, że jest jest to praktycznie prywatny port. Jest to możliwe ponieważ te linie lotnicze z jednej strony zapowiedziały w ciągu 5 lat podwojenie liczby pasażerów korzystających z portu w Modlinie, z drugiej strony już złożyły oficjalną skargę w Departamencie Konkurencji Komisji Europejskiej na naruszenie konkurencji przez Polskie Porty Lotnicze – udziałowca i konkurenta lotniska Warszawa Modlin – poprzez uniemożliwianie rozbudowy infrastruktury w Modlinie.

Sytuacja jest trudna i niejednoznaczna. W takich przypadkach ważna jest chwila refleksji i rozwagi, aby nie wylać dziecka z kąpielą, bo to kiepski biznes.

Trudno w to uwierzyć. Na nudnym i przewidywalnym polskim rynku telewizyjnym narodził się hit. Mowa o telenoweli „Korona królów”.

Żadna inna produkcja telewizyjna od lat nie wzbudziła takich emocji i kontrowersji. Te ostatnie, prawdopodobnie z powodu, że producentem i nadawcą jest Telewizji Polska, a ta o od czasu kiedy kieruje stacją Jacek Kurski zalewana jest hejtem, generowanym przez opozycje.

Potwierdza się jednak stare twierdzenie, że nie ważne co mówią, ważne by nie przekręcali nazwiska. Zmasowany hejt stał się dodatkową dźwignia promocyjną, albowiem wiele osób, które nie ogląda telewizji, nagle zapragnęło zobaczyć „Koronę królów” – telenowelę, która stanowi źródło tak wielu emocji.

Telewizji Polska to stacja, która ma w swoją działalność wbudowaną misyjność. Czytałem ustawowe zapisy na ten temat i przyznam się, że zakres misyjności jest tak szeroki i głęboki jak  wszystkie oceany razem wzięte. Niemniej jakby nie traktować misyjności, telewizja musi też mieć jakiś realny zasięg, nie tyle nawet w przestrzeni potencjalnego odbioru, ile w fizycznych telewidzach. Cóż bowiem po najlepszej stacji świata, z najlepszą misyjną ofertą, której nikt nie ogląda?

Telewizji Polskiej pod kierownictwem Jacka Kurskiego udało się zwiększyć widownię. Zaczęło się od koncertów sylwestrowych. Kiedyś największą widownię w ostatnich godzinach ostatniego dnia roku gromadził Polsat. Od dwóch lat stało się to domeną Telewizji Polskiej. Teraz, jak pokazują badania telemetryczne, podobnie może się stać za sprawą parahistorycznej telenoweli „Korona królów”, która przyciąga przez ekrany ponad czteromilionową publiczność.

Krytycznych uwag na temat „Korony królów” jest wiele. Cóż, na polityce i na historii zna się każdy, więc każdy również się wypowiada. Malkontenci zapominają, że telenowela to nie podręcznik badacza historii. Mnie w tym serialu również  wiele rzeczy razi. Być może dlatego, że nie jestem w tzw. targecie, do którego, ta produkcja jest adresowana. Z biznesowego punktu widzenia jednak uważam, że pomysł, a nawet odwaga wyprodukowania historycznej telenoweli opowiadającej o dziejach władców Polski, okazała się sukcesem. Serial pozyskał rekordową widownię i wzbudził wiele dyskusji. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby powstały lepsze produkcje, jeśli oczywiście ktoś takie potrafi wyprodukować. Poprzeczka już została ustawiona.

Co można pisać w wigilię Bożego Narodzenia? Cóż, tylko życzenia! A że jestem staromodny i nie lubię tych wszystkich esemesów, ememesów, messengerów itd. to piszę je wcześniej i drepczę na pocztę, aby je wysłać. Dotarłem na nią z korespondencją tydzień przed świętami i co się okazało?

Podszedłem do okienka i zapytałem o koszt przesyłek.

– To mają być priorytety czy ekonomiczne?

– A jaka jest różnica?

– W cenie.

– Tylko w cenie?

– Nie. Teraz są święta, więc priorytety, które normalnie idą dwa – trzy dni, to teraz idą dłużej, a listy ekonomiczne to jak Bóg da.

To była bardzo ciekawa odpowiedź, ze względu na brak jakiejkolwiek precyzji. Co prawda oferta zawierała cenę, natomiast żadnej informacji na temat jakości wykonania usługi, bo przecież dostarczanie korespondencji to jest usługa. No i jeszcze do tego doszedł ten wątek metafizyczny o bogu. Byłem tym zaskoczony. Nie wiedziałem, że w Poczcie Polskiej zaangażowany jest osobiście bóg! Urzędniczka Poczty Polskiej nie zdefiniowała, o którego boga jej chodzi. Nie chciałem się wdawać w dysputy teologiczne, więc oświadczyłem:

– Wie Pani? Jestem niewierzący, czyli nie wierzę w boga, co oznacza, że jak Pani mówi, że „listy dojdą jak Bóg da”, to dla mnie oznacza, że one nie dojdą.

– Nie podoba się Panu jak mówię prawdę? Dobrze odpowiem Panu poprawnie politycznie, priorytet dociera do adresata w ciągu dwóch – trzech dni, ekonomiczny do pięciu dni.

– Ale to nie jest prawda?

– Oczywiście, że nie. Sama wysyłam listy z Odolan i nigdy nie wiadomo, kiedy one dotrą.

Postanowiłem zaryzykować, zaoszczędzić i powierzyć korespondencję opatrzności bożej. Wysłałem życzenia pocztą ekonomiczną. Z reakcji odbiorców zorientowałem się, że listy dotarły w ciągu od dwóch do czterech dni. Kolejna partię życzeń wysłałem w środę, pragnąc jednak aby listy dotarły jednak przed świętami, zainwestowałem w listy priorytetowe, które do skrzynkach odbiorców dotarły w piątek.

Jaki z tego wniosek? Trudno z całą pewnością powiedzieć. Być może bardziej trzeba wierzyć poprawności politycznej niż prawdzie? Może warto wierzyć w opatrzność, która sprawia, że Poczta Polska działa lepiej niż to sobie wyobrażamy? Może urzędniczka była, wbrew deklaracją osobą małej wiary, zwłaszcza w instytucję w której pracuje? A może po prostu, wbrew pozorom, jest bardzo zaangażowana, zależy jej na dobrych wynikach Spółki i dlatego sugeruje, w sposób nieformalny, aby wydawać więcej pieniędzy na listy priorytetowe niż ekonomiczne?

Przyznam się szczerze, że darzę Pocztę Polską ogromnym sentymentem i zamierzam jej bronić jak niepodległości, której stulecie będziemy fetować przez cały przyszły rok. Dobrze by było, aby mój ulubiony i patriotyczny operator pocztowy bardziej wystandaryzował usługi, bo z cudami to jest tak, że raz się zdarzają, a raz nie, a podpieranie się bogiem w tak prozaicznych sprawach jak dostarczanie korespondencji nie uchodzi. W biznesie, nawet tym patriotycznym, to się opłaca.

Z okazji Świąt, korzystając z tej niezwykłej okazji, Poczcie Polskiej jak również wszystkim Czytelnikom mojej rubryki „Zyski i straty” składam życzenia radosnych świąt i wszelkiej pomyślności.

W Polsce jest coś takiego co się nazywa Ministerstwo Rolnictwa, ale jak większość nazw jest to mylące określenie. Lepiej żeby się nazywało bardziej dosadnie Ministerstwo Produkcji Żywności, ze szczególnym naciskiem na słowo produkcja. Nie ma w tym przypadku znaczenia, że sam urząd niczego nie produkuje, ale zajmuje się regulowaniem rynku, którego główna cechą jest chaos.

Jak skomplikowane, a nawet nie zrozumiałe są zagadnienia związane z produkcją żywności w ostatnim okresie mogli się przekonać wszyscy konsumenci jaj i masła. Ceny tych produktów spożywczych poszybowały w górę, ciągnąc za sobą oczywiście ceny wszystkich artykułów, w produkcji których wykorzystywane są te dwa składniki. Oczywiście istnieją uzasadnienia, które wyjaśniają drastyczną podwyżkę cen związaną z fundamentalną zasadą rynku czyli prawem podaży i popytu. To doświadczenie jednak pokazuje, że w zasadzie nie sposób przewidzieć, a tym samym zaplanować w racjonalny sposób produkcji żywności. Niemniej trzeba zajmować się również rzeczami niemożliwymi. Oczywiście problematyka produkcji żywności wiąże się z szeroko rozumianymi zagadnieniami wiejskimi. Dziś, w dobie wspólnego rynku Unii Europejskiej, sprawy wsi i żywności przekroczyły granice i stały się jednym z najbardziej gorących tematów globalnych.

Zagadnienie produkcji żywności to w globalnym wymiarze likwidacja głodu, ale również skażenia środowiska. W mniejszej skali to zapewnienie egzystencji ludziom na terenie Unii Europejskiej. W innym wymiarze bardzo ważny jest aspekt ekonomi i rentowności. Po drugiej stronie zaś stoi jeszcze sprawa bezpieczeństwa. To wszystko pokazuje, że na produkcję żywności oraz na wieś jako  zaplecze procesów gospodarczych trzeba patrzeć wielopłaszczyznowo.

W dniach 30 listopada i 1 grudnia 2017 roku, odbędzie się międzynarodowa konferencja naukowa: „Integracja europejska, jako determinanta polityki wiejskiej” zorganizowana w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Organizatorem konferencji jest Fundacja Programów Pomocy Dla Rolnictwa (FAPA) przy wsparciu Polskiego Stowarzyszenia Prawników Agrarystów oraz Wydziału Nauk Ekonomicznych SGGW. Wydarzeniu patronuje Krzysztof Jurgiel, Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a także dr Czesław Siekierski, przewodniczący komisji rolnictwa i rozwoju wsi w parlamencie europejskim.

Konferencja składa się z kilku części. Jedną z nich będzie sesja ekonomiczna, podczas której mają zostać poruszone tematy związane z kredytami i dotacjami dla rolnictwa, a także znaczeniem umów handlowych i współpracy m.in. ze Stanami Zjednoczonymi. Druga ciekawa sesja prawna ma być poświęcona podmiotom polityki wiejskiej w procesie integracji europejskiej, pomocy publicznej i rozporządzeń ustawy o wspieraniu rozwoju obszarów wiejskich. Inną równie ważna sesja będzie  skoncentrowana wokół tematów prawno-międzynarodowych. Wezmą w niej udział m.in. eksperci z Hiszpanii, Włoch, Francji i Niemiec, po to aby móc porównać systemy prawne poszczególnych krajów w ramach unijnego prawodawstwa. W czasie trwania konferencji zostaną poruszone również aspekty konkurencyjności, jako integralnego elementu pierwszego filaru WPR i zachęty do zwiększenia efektywności rynku. Jeszcze innym interesującym tematem będzie przybliżenie problematyki wsparcia klastrów i sieci w ramach polityki rozwoju obszarów wiejskich.

Wśród kilkudziesięciu prelegentów będą między innymi: dr Czesław Siekierski, Przewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego, dr Jerzy Plewa, Dyrektor Generalny Dyrekcji Generalnej Komisji Europejskiej ds. Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich, prof. SGGW dr hab. Jarosław Gołębiewski, Dziekan Wydziału Nauk Ekonomicznych SGGW oraz dr Przemysław Litwiniuk, Dyrektor Fundacji Programów Pomocy dla Rolnictwa FAPA. Czy konferencja odpowie na wszystkie wyzwania dotyczące wsi, rolnictwa i produkcji żywności? Z pewnością nie. Obawiam się, że nawet zakreślone tematy nie zostaną wyczerpane. Z pewnością jednak konferencja będzie mieć znaczenia dla dalszych prac w tej niezwykle skomplikowanej materii.

 

Łatwiej i taniej (!) zapobiegać niż leczyć. Temu służy diagnostyka. W służbie zdrowia badania przesiewowe są bardzo ważnym, choć ciągle niedocenianym obszarem działalności.

Być może, wpływ na zmianę tego stanu rzeczy będzie mieć debata „Po pierwsze zdrowie – badania przesiewowe podstawą realnej profilaktyki zdrowotnej” zorganizowana przez Marszałka Senatu Rzeczypospolitej Polskiej Stanisława Karczewskiego oraz Przewodniczącego Komitetu Nauk Klinicznych PAN prof. dr hab. n. med. Henryka Skarżyńskiego? Ma się ona odbyć we wtorek 21 listopada 2017 roku w polskim parlamencie.

Program rozpoczną tematy związane z popularyzacją wiedzy o znaczeniu diagnostyki. Będą to wystąpienia „Edukacyjna rola Polskiego Radia w profilaktyce chorób cywilizacyjnych” (dyr. Rafał Porzeziński, Polskie Radio pr I), „Działania prozdrowotne TVP na przykładzie ogólnopolskiego programu „Po pierwsze zdrowie” (dyr. Marcin Stefaniak, Telewizja Polska). W dyskusji weźmie również udział prof. Witolda Rużyłły Dziekan Wydziału Nauk Medycznych Polskiej Akademii Nauk.

W dalszej części debaty przewidziano wystąpienia na następujące tematy: „Badania przesiewowe w profilaktyce periodontologicznej” (prof. Renata Górska, prof. Tomasz Konopka), „Działania Polskiego Towarzystwa Okulistycznego na rzecz profilaktyki w okulistyce” (prof. Iwona Grabska-Liberek, lek. Anna Plichta, lek. Aleksandra Opala, lek. Ewelina Czapka, lek. Małgorzata Rembińska, lek. Renata Tomaszewska, lek. Wojciech Suda, optometrysta Izabella Baranowska, optyk Aneta Michałowska, optyk Izabela Węglicka, Agnieszka Hacz), „Badania przesiewowe w urologii” (prof. Piotr Radziszewski), „Współczesne możliwości profilaktyki neurologicznej” (prof. Maria Barcikowska, prof. Grzegorz Opala, Prof. Jarosław Sławek), „Profilaktyka raków skóry” (prof. Sławomir Majewski), „Profilaktyczne badania przesiewowe w chirurgii naczyniowej” (prof. Piotr Andziak, dr Witold Cieśla), „Badania przesiewowe słuchu” (prof. nadzw. Krzysztof Kochanek, prof. nadzw. Piotr. H. Skarżyński, mgr M. Ludwikowski, dr Renata Korneluk), „Ocena i zarządzanie ryzykiem sercowo–naczyniowym” (prof. Grzegorz Opolski), „Profilaktyka raka i otyłości jest możliwa” (prof. Mirosław Jarosz).

Jak się okazuje w wielu dziedzinach medycyny możliwe są badania przesiewowe. Co więcej, są one nawet realizowane, w niektórych dziedzinach medycyny, w ramach opieki zdrowotnej w Polsce. Lekarze doskonale zdają sobie sprawę z ich znaczenia. Mam nadzieję, że po debacie „Po pierwsze zdrowie – badania przesiewowe podstawą realnej profilaktyki zdrowotnej” wiedza ta stanie się powszechniejsza. Będzie to mieć wpływ zarówno na poprawę zdrowia Polaków jak również na zmniejszenie kosztów związanych z leczeniem.

 

 

Ciekawe badanie na ogólnopolskim panelu Ariadna przeprowadziła agencja badawcza Maison & Partners. Dotyczyło ono zaufania konsumentów do operatorów pocztowych. Okazało się, że ponad 1/3 Polaków (34,5%) ma większe zaufanie do Poczty Polskiej w kwestii doręczania przesyłek.

Specjalnie mnie wyniki tego badania nie dziwią, zwłaszcza po klęsce eksperymentu związanego z przekazaniem obsługi korespondencji sądowej prywatnemu operatorowi. Już po ogłoszeniu rozstrzygnięcia przetargu, w wyniku którego Poczta Polska utraciła bardzo dochodowego klienta, rozległy się głosy zaskoczenia i oburzenia, a Centralne Biuro Antykorupcyjne nawet wszczęło procedury wyjaśniające. Dla mnie te dwa lata, kiedy prywatne przedsiębiorstwo zajmowało się obsługą korespondencji sądowej były okresem horroru. Korespondencja nie dochodziła. O terminach rozpraw dowiadywałem się od pozwanych! Zaś kiedy już awizo docierało, to za każdym razem odbiór poczty następował w innym punkcie, którego terminy otwarcia pokrywały się z godzinami w których pracowałem, do tego czas oczekiwania na możliwość pobrania listów był dłuższy niż u państwowego operatora. Dlatego tęskniłem za czasami kiedy korespondencję dostarczała mi stara, poczciwa Poczta Polska. Jak sądzę w tej tęsknocie nie byłem odosobniony.

W badaniu Maison & Partners ciekawe są inne wyniki. Na pytanie, który podmiot powinien być odpowiedzialny za pośredniczenie pomiędzy obywatelem a państwem w obsłudze spraw urzędowych przez Internet, prawie połowa respondentów (49,5%) odpowiedziała, że powinna to być jednostka publiczna, a tylko 11,7% odpowiedziało, że powinna to być firma prywatna. Oznacza, że obywatele nie mają zaufania do prywatnych firm, być może właśnie po gorzkim doświadczeniu z korespondencją sądową. W tej sytuacji naturalnym operatorem podmiotem odpowiedzialny za pośredniczenie pomiędzy obywatelem a państwem w obsłudze spraw urzędowych przez Internet wydaje się być Poczta Polska. Nie jestem pewien czy przedsiębiorstwo jest gotowe do podjęcia takiego wyzwania i zagospodarowania nowego obszaru rynku?

Prawdopodobnie w sprawach ważnych, urzędowych, w których bezpieczeństwo, pewność usługi i  jej jakości są istotne klienci oczekują dodatkowej gwarancji, a taką może dostarczyć przedsiębiorstwo państwowe. Mam nadzieję, że Poczta Polska skorzysta z okazji, która sama się przytrafia. To olbrzymia szansa. Liczę na to, że zostanie ona właściwie wykorzysta. Będzie to zysk nie tylko dl Poczty Polskiej, ale również dla klientów, którzy, jak sądzę, oczekują takiego rozwiązania.

 

Głównie politycy często, a przy tym przeważnie bezmyślnie, mówią, że coś jest „piarem”. Sądzę, że większość wyborców nie rozumie tych wypowiedzi, ponieważ nie wie, że chodzi o PR, które to litery są skrótem od public relations co w przekładzie na język polski oznacza komunikację społeczną. Dotyczy ona nie tylko aktywności w obszarze polityki, ale w zasadzie wszystkich aktywności nie tylko gospodarczych, ale wszystkich innych, dla których wiedza szerszych grup może mieć znaczenie.

Według Wikipedii „public relations (PR) (z ang.relacje publiczne, kontakty z otoczeniem), imagistyka społeczna to kształtowanie stosunków publicznie działającego podmiotu z jego otoczeniem. Celem działań jest dbałość o dobry wizerunek, akceptację i życzliwość wobec działań danej osoby lub organizacji”. Jednak to samo źródło przyznaje, że definicji jest ponad 2.000.  Osobiście sądzę, że znacznie więcej. Jednak ich analiza z pewnością przekonałaby, że politycy nie rozumieją tego pojęcia. Szkoda, bo okazuje się, że to coraz bardziej poważny i znaczący rynek.

W polityce komunikacja społeczna jest ogromnie ważna. Jednak jeszcze bardziej istotna jest w relacjach pomiędzy przedsiębiorstwami i konsumentami. Wszystkie wielkie korporacje bardzo poważnie podchodzą do aktywności z zakresu komunikacji społecznej. Doceniają to też coraz mniejsze przedsiębiorstwa, nawet takie, które nie posiadają budżetów na reklamę! Świadome są tego również organizacje społeczne, fundacje a nawet związki wyznaniowe. Tę sferę zaczynają nawet poważnie traktować państwa, które zabiegają o dobrą reputację światowej opinii publicznej.  Dziś, bez dbania o dobrą komunikację z otoczeniem, trudno jest istnieć w przestrzeni publicznej, a jak działać i prosperować bez tego?

Według rankingu przygotowanego przez magazyn „Press” łączne przychody 22 wiodących agencji zajmujących się public relations wyniosły 206.600.000 zł w 2016 roku. Dane zebrano na podstawie ankiet przesłanych przez agencje, a zweryfikowano na podstawie sprawozdań finansowych złożonych przez zarządy firm do Krajowego Rejestru Sądowego lub dokumentów skarbowych. Pięć największych agencji – Partner of Promotion , MSLGroup, 24/7Communication, 38PR & Content Communication, AM Art-Media Agencja PR – odnotowało łącznie prawie 114.000.000 zł przychodów. To doskonale pokazuje, że  wiele przedsiębiorstw bardzo poważnie podchodzi do spraw komunikacji społecznej, bo przecież przedsiębiorcy wydają pieniądze tylko na rzeczy, które są powiązane z zyskiem.

Wyniki 22 agencji to jednak wierzchołek góry lodowej, albowiem usługi z zakresu public relations  realizują obecnie tysiące podmiotów gospodarczych. Do tego należałoby też doliczyć wydatki na działania podejmowane samodzielnie przez organizacje. Według Grzegorza Jarosza wiceprezesa agencji 38PR & ContentCommunication: „Jest coraz większy popyt na działania, które zapewnia klientom bardziej bezpośrednie, angażujące, stałe dotarcie do wybranej grupy odbiorców ze swoim komunikatem”. Ignacy Krasicki prezes AM Art-Media Agencja PR przekonuje, że „duże agencje dysponują narzędziami i możliwościami, by nie tylko realizować krótkie kampanie, lecz kompleksowo umacniać pozytywny wizerunek firm i chronić ich markę”.

Jakie znaczenie ma dobra komunikacja społeczna wyjaśnia najlepiej rozmowa chomika ze szczurkiem:

– Chomiku, jak to jest, że ciebie ludzie lubią, przytulają, karmią i trzymają w domach, a mnie nienawidzą i prześladują?

– Cóż, szczurku, masz fatalne public relations…..

 

Zapadła decyzja, że Telewizja Polska i Polskie Radio otrzyma w ramach nowelizacji tegorocznego budżetu 980.000.000 zł jako rekompensatę za wpływy z abonamentu radiowo-telewizyjnego nieuzyskane wskutek zwolnień niektórych grup społecznych z płacenia tej daniny. Ta informacja, często zdeformowana, spotkała się w wielu środowiskach z falą krytyki.

Zacząć trzeba od tego, że z woli ustawodawcy media publiczne w Polsce znajdują się w pozycji schizofrenika. Ich fundamentalnym obowiązkiem jest realizacja misji, która została określona w ustawie. Aby to realizować konieczne są znaczące środki finansowe. Ich źródłem jest tzw. abonament radiowo-telewizyjny. Pobiera się go, w postaci quasi podatku, za posiadanie urządzeń stacjonarnych (radia i telewizory) do odbioru programu radiowego lub telewizyjnego. Do tego dochodzą jeszcze wpływy z reklam oraz dotacje. To oznacza, że TVP i PR muszą rywalizować z nadawcami prywatnymi w rankingach oglądalności i słuchalności, aby zapewnić racjonalne przychody od reklamodawców. Sytuację bardziej komplikuje fakt, że media publiczne są zobowiązane do realizacji misji, której pozostali uczestnicy rynku nie muszą wykonywać. Dodatkowym utrudnieniem jest też to, że TVP nie może przerywać programów reklamami tak jak mogą to robić inni, co w znaczący sposób utrudnia konkurencję. Prawdę mówiąc trudno sobie wyobrazić bardziej skomplikowany i nietransparentny ład medialny.

Do tego jeszcze trzeba dodać pogarszająca się sytuację finansową TVP i PR wynikającą z malejących wpływów z tytułu abonamentu radiowo-telewizyjnego. Częściowo przyczynił się do tego swego czasu ówczesny premier Donald Tusk, który publicznie namawiał widzów i słuchaczy, aby nie zaniechali obowiązkowych opłat. To chyba była jedna z najbardziej kuriozalnych akcji lidera Platformy Obywatelskiej. Aktualne próby nowego, ustawowego rozwiązania powszechnej opłaty za media publiczne już dwukrotnie zakończyły się katastrofą i to jeszcze przez głosowaniami w sejmie. To wskazuje na brak jednoznacznej woli politycznej na rozwiązanie tego zagadnienia. W efekcie sytuacja Jacka Kurskiego Prezesa TVP, jako osoby zmuszonej do funkcjonowania w absurdalnie skonfigurowanym ładzie medialnym, jest bardzo skomplikowana.

Krytycy TVP i PR w wielu sprawach mogą mieć rację, zwłaszcza jeśli abstrahują od układu odniesienia lub oceniają sytuacje z konkretnych stanowisk politycznych lub ideologicznych. Niemniej aby tak czynić warto przyjrzeć się co się dzieje na komercyjnej części rynku? Stacja TVN od czasu powstania został już dwukrotnie sprzedany, a szczegóły transakcji zostały objęte tajemnicą handlową, dzięki czemu trudno ocenić dla kogo było to korzystne. Wątpliwe jest jednak, aby kotś pozbywał się rentownego biznesu. Kanał Metro, o który przez wiele lat zabiega Agora (wydawca m. in. „Gazety Wyborczej”), o czym świadczy chociażby tzw. afera Rywina, rozpoczęła nadawanie w grudni 2016 roku, ale zanim do tego doszły już znaczącą większość udziałów sprzedano Discovery Polska. Rok później inwestor przejął już pakiet kontrolny nad stacją…..

Wcale nie lepiej się wiedzie Telewizji WP, która dokonała poważnych cięć w ramówce, dotyczących flagowych programów. W ich miejsce zostały wprowadzone licencyjne formaty. Podobnie dzieje się w stacji Nowa TV (Grupa ZPR Media). Trzeba dodać, że obydwa kanały nie są zarządzane przez nowicjuszy tylko przez potentatów rynku medialnego o znaczący kapitałach i poważnym doświadczeniu. To wszystko wskazuje, że wszystkim stacjom telewizyjnym trudno jest walczyć o względy polskiego widza. Dzisiejsza publiczność jest rozpieszczona i stała się bardzo wymagająca. To oznacza, że na produkcję treści trzeba przeznaczać istotne budżety, a to z kolei sprawia, że przedsięwzięcia tracę ekonomiczna racjonalność. Wszystko wskazuje na to, że rynek medialny w Polsce jest w trakcie nowego kształtowania i wzmożonej walki o oglądalność. Wynika z tego, że telewizją jest jak z wojną. Obydwie wymagają tylko trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.

Maleje zaangażowanie pracowników w obowiązki służbowe. To początek negatywnych tendencji jakie ujawnia raport Aon Best Employers. Być może, można by go zlekceważyć gdyby nie skala badania. Zostało ono przeprowadzona na grupie blisko 72.000 tysięcy pracowników 119 polskich firm przez Aon Hewitt.

Tylko 48 proc. pracowników deklaruje aktywne podejście do pracy. Jeszcze rok wcześniej było to 51 proc. Polacy coraz bardziej odstają od średniej europejskiej, która wynosi 62 proc., zaś globalnie – 63 proc.  Przy czym w Europie rośnie wzrost zaangażowania w prace.

Przyczyn tego zjawiska jest z pewnością wiele. W Polsce obecnie mamy rynek pracownika, a nie pracodawcy. Co więcej zostały ustalone minimalne wynagrodzenia zarówno za pracę na etacie, jak również za godzinę pracy. Do tego wiele rodzin korzysta z dodatkowych funduszy wynikających z programu 500 +. Co nie zmienia faktu, że Polacy zarabiają 25 proc. tego co w państwa Europy zachodniej. Ponadto, tam zatrudnieni mają dużo większe przywileje pracownicze oraz znacznie lepszą opiekę socjalną. Aż 74 proc. pracowników w Polsce uważa, że ich wynagrodzenie nie jest zbyt małe do ich wkładu w wykonywaną pracę. Polacy porównują warunki pracy, w tak zwanej wspólnej Europie i tracą radość z pracy, a tym razem z tym maleje zaangażowanie.

Pracodawcy są coraz bardziej rozczarowani roszczeniowymi postawami zatrudnionych oraz kandydatów do pracy. Atrakcje w postaci dodatkowych świadczeń do wynagrodzenia takich jak karnety na basen, fitness czy prywatna opieka medyczna nie robią wrażenia na kandydatach, którzy uważają takie bonusy za standard. Poza tym zwyczajnie w świecie brakuje rąk do pracy. Otworzenie granic spowodowało, że z Polski ubyło ponad 2.000.000 potencjalnych pracowników, przeważnie o wyższych kompetencjach zawodowych, bo właśnie dla takich czekały miejsca pracy za granicą. Sytuację pracodawców, w jakimś sensie, ratuje ponad milionowa rzesza pracowników zza wschodniej granicy (Białorusini i Ukraińcy). Jednak to nie rozwiązuje problemu.

Czy jest jakieś panaceum na taką sytuację? Na pewno nie ma środka uniwersalnego. Z pewnością istotnym elementem uzdrawiającym sytuację jest ponoszenie wynagrodzeń. Te jednak są uzależnione od uwarunkowań rynkowych i możliwości wynikających z rentowności działalności. One mogą uniemożliwiać podnoszenia wynagrodzeń. Z innych, amerykańskich badań wynika, że pracownicy postrzegają za bardziej atrakcyjne miejsca prace te w których wynagrodzenie jest o 30 proc mniejsze, od możliwego do osiągnięcia w innych organizacjach na tych samych stanowiskach, pod warunkiem, że atmosfera i warunki pracy są miłe i sympatyczne, a nie stresujące. To może być ważna podpowiedź dla polskich przedsiębiorców. Dlatego pracodawcy i ich służby, odpowiedzialne za zarządzanie kapitałem ludzkim, powinny się zastanowić się nad możliwością wykorzystania motywatorów pozapłacowych, nawiązania lepszych relacji z pracownikami, włączenia w działania z zakresu odpowiedzialności za przedsiębiorstwo. Ponadto należy rozważyć możliwość wykorzystania narzędzi, które daje społeczna odpowiedzialność biznesu.