Archiwa tagu: 500 +

Sezon ogórkowy to doskonały moment, aby wykonać jakiś myk. Można też cały temat zbagatelizować ironizując, że opłata paliwowa to zaledwie 25 gr za litr. Czy wielu klientów kupuje 1 litr benzyny, albo ropy?

Nie jestem przekonany, że Polsce potrzeba jeszcze więcej dróg. Z pewnością innego zdania będą użytkownicy, którzy korzystają z jezdni o złej jakości, albo nawet bez profesjonalnej nawierzchni. Pytanie jest jeszcze ciekawsze, dla kogo są drogi? Czy służą turystom czy też celom komercyjnym? Odpowiedź na to pytanie wyjaśni, kto powinien łożyć na rozwój infrastruktury?

Opłata paliwowa jest ślepa. Nie rozróżnia turystów, od matek z dziećmi, karet pogotowia, straży pożarnej, wojska, kurierów, firm transportowych itd. 25 gr tylko pozornie jest mało. Przecież oznacza to również wzrost przychodu z VAT, podatku dochodowego i innych pośrednich. 25 gr powiększone Iles razy znajdzie się w KAŻDEJ cenie, która w jakimś stopniu jest oparta na transporcie. To de facto, będzie oznaczać przychody do budżetu, nie tak jak skromnie liczą pomysłodawcy, 4 – 5 miliardów złotych, lecz ZNACZNIE WIĘCEJ.

Kto straci na opłacie paliwowej? Przede wszystkim beneficjenci programu 500+, ponieważ uważają oni, że ich pozycja materialna się podniosła, ale nowe niby minimalne daniny, z pewnością zredukują ten efekt. Poszkodowanymi będą pozostali, których sytuacja finansowa pogorszy się. To oczywiste. Poszkodowany będzie również Budżet Państwa, albowiem im wyższe ceny paliw, tym większa pokusa do przemytu oraz innych przestępstw z tym związanych. Jednak procesy gospodarcze to szereg połączonych naczyń.

Dociera wiele sygnałów, że ceny paliw kopalnych spadną. Jeśli tak się stanie obniży się również cena oleju napędowego i benzyny. Będzie to skutkować spadkiem wpływów do Skarbu Państwa. Można zatem powiedzieć, że poselska inicjatywa, ma na celu zapobiec skutkom tego zjawiska.  Co jeszcze może wywołać opłata paliwowa? Skoro podniesienie  ceny paliw kopalnych, ma wpływ praktycznie na wzrost wszystkich innych cen, to jest to czynnik inflacjogenny. W tej chwili mimo, znaczących dodatkowych obciążeń, choćby wynikających z programu 500+ czy wydatków na obronność, pogłębia się deficyt budżetowy, to widmo deflacji ciągle jest obecne. Można zatem uznać, że celem opłaty paliwowej jest zabezpieczenie się przed tym zjawiskiem. Jednak procesy gospodarcze są bardzo delikatne i bardzo łatwo przesadzić, a wówczas inflacja ze zdrowego poziomu 2 – 3 proc. może poszybować w górę znacznie bardziej.

Pieniądze z opłaty paliwowej mają być przeznaczone na budowę i remonty dróg. Stara zasada ekonomiczna mówi o tym, że jeśli ktoś chce pobudzić gospodarkę inwestuje w drogi. Ten sam mechanizm kilka lat temu wykonał rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, a zatem, z tego punku widzenia, można koncepcję opłaty paliwowej uznać za pozytywną.

Problemy są jednak inne. Przede wszystkim, nikt z obywatelami nie rozmawia uczciwie. To zaś prowadzi do spadku zaufania i walki na fałszywe argumenty. Jest też poważniejszy kłopot. Obciążenie wynikające z  wprowadzenia opłaty paliwowej dotknie praktycznie wszystkich, a nie tylko tych, którzy są beneficjentami większej i lepszej jakości dróg. Można by to było przeprowadzić inaczej. W Polsce funkcjonuje system elektronicznego poboru opłat za korzystanie z dróg viatTOLL, obsługiwany przez Kapsch Telematic Services . Obejmuje on swoim zasięgiem niewiele arterii komunikacyjnych, (tzw. ściana wschodnia, po której hulają przewoźnicy rosyjscy ii ukraińscy jest praktycznie pozbawiona tego systemu) a i tak przynosi ponad miliard złotych do budżetu czystego zysku rocznie. Wystarczyłoby rozpowszechnić tę technologie pozyskiwania środków za korzystanie z dróg, a podatek paliwowy byłby albo nie potrzebny, albo mógłby być mniejszy.

W gospodarce nie chodzi o to, żeby była droga, ale tania, dopiero wówczas jest konkurencyjna. W przypadku Polski najważniejsze jest aby koszty działalności i życia były adekwatnie do warunków atrakcyjniejsze  niż państwach ościennych.

Umarły helikoptery, niech żyją helikoptery! – Można by zakrzyknąć. W rzeczywistości sprawa jest dużo poważniejsza, albowiem w wyniku zakończenia negocjacji z Airbusem w sprawie helikopterów wielozadaniowych caracali dla polskiego wojska, okazało się, że armia, w sprawie uzbrojenia, cofnęła się o kilka lat. Pojawiło się pytanie czy zysk z przerwania kontrowersyjnego przetargu, może oznaczać stratę, nie tylko czasu, ale nieść zwiększenie konkretnych zagrożeń?

Stratą, pomijając interes polskiego wojska i gospodarki, było obrażenie się Francji. Pilnowanie przez Polskę narodowych interesów uznano w Paryżu za afront. Potem pojawiły się enuncjacje Prasowe, sugerujące związki Antoniego Macierewicza, Ministra Obrony Narodowej z amerykańskim lobbystą Alfonse’em D’Amato, który pracuje m.in. dla koncernu Lockheed Martin, producenta helikopterów Black Hawk w Mielcu. Później pojawiła się wypowiedź szefa resortu, że rozważany jest zakup właśnie tych maszyn, a następnie koncepcja budowy własnego sprzętu w koprodukcji z Ukrainą. Opinia publiczna, na każdą nową informację, coraz bardziej, ze zdumienia otwierała oczy i pewnie te oczy by lada moment wypadły z oczodołów, gdyby nie nagły zwrot akcji.

Zdaje się jednak, że wszystkie te „zajawki” były raczej puszczaniem próbnych balonów i obserwowaniem, kto w jaki sposób będzie reagował. Po tym festiwalu dziwnych wypowiedzi, Ministerstwo Obrony Narodowej przystąpiło do działania i ogłosiło powrót do negocjacji o zakupie helikopterów z uczestnikami zamkniętego przetargu. Zaproszenie do rozmów zostało wystosowane do producentów: PZL Mielec, PZL Świdnik i Airbus. Zamówienie ma zostać zrealizowane w trybie tak zwanej pilnej potrzeby operacyjnej zgłoszonej przez siły zbrojne. Oznacza to, że m.in. negocjacje nie będą obejmować zapewnienia Polsce offsetu. I bardzo dobrze, albowiem Polska w tej formule prowadzenia negocjacji nie ma dobrych doświadczeń.

Istotą aktualnej procedury jest pośpiech i zaspokojenie natychmiastowych braków w wojsku. Jak wiadomo, szybkość najlepsza jest przy łapaniu pcheł, a przy zakupie sprzętu bojowego o wartości kilkunastu miliardów już niekoniecznie. Prawdopodobnie jednak kilka lat działania komisji przetargowej pozwoliło zgromadzić Inspektoratowi Uzbrojenia bogata wiedzę na temat możliwości i walorów poszczególnych helikopterów. Teraz ważne jest aby dopasować możliwości producentów do realnych potrzeb polskiej armii. W ten sposób prawdopodobnie zostaje też obalony mit, że przetarg na helikoptery został unieważniony z powodu potrzeb finansowych na zaspokojenie programu rodzinnego 500+.

Kto ma szanse. Teoretycznie wszyscy. Moim zdaniem jednak najmniejsze Airbus, w związku z poddaniem kontroli Centralnego Biura Antykorupcyjnego procedury przetargowej. To z kolei, po dziwacznych enuncjacjach byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który nagle ujawnił, że posiada niezwykle rozległą wiedzę w tej materii. PZL Mielec wydaje się faworytem, jednak należy pamiętać, że w Polsce znajduje się tylko montownia amerykańskich helikopterów. Wyborowi tego oferenta mogą szkodzić też posądzenia o związki Ministra z z lobbystą Lockheed Martin. Czy to by oznaczało, że największe szanse ma PZL Świdnik, który jest faktycznym producentem w Polsce helikopterów?

Szczerze powiem, że nie wiem. I tym różnię się od wszystkich, którzy też nie wiedzą, ale mówią. Niezależnie od wszystkiego nie będę kibicował żadnemu z producentów, ale polskim żołnierzom, albowiem najbardziej interesuje mnie sprawność naszej armii i w tym upatruję prawdziwy zysk.

Wielu krytykuje program 5OO +, który jest rządowym wsparciem dla rodzin posiadających dzieci. Wykazywane są wszystkie wady tego przedsięwzięcia. Nie przypominam sobie, aby, przez ostatnie lata, jakakolwiek inicjatywa spotkała się z tak gorliwą analizą adwersarzy. W mojej ocenie, ten program, wbrew oficjalnie głoszonym założeniom, ma zupełnie inne założenie, a z inną planowaną ustawą ponadto w w znaczący sposób zmieni polski rynek pracy.

Dlaczego program 5OO + jest tak ważny, nie dla dzietności, ale dla polskiego społeczeństwa? Otóż znacząca część Polaków żyje w skrajnym ubóstwie. Wynagrodzenia w Polsce są jednymi z najniższych w Unii Europejskiej, co nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia, poza tym, że przez 8 lat lat rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego królowało „kryterium najniższej ceny”, co wyniszczało gospodarkę w sposób bezwzględny. Przedsiębiorcy, którzy chcieli wygrywać przetargi lub składać konkurencyjne oferty szukali coraz tańszych rozwiązań. Nie mogli jednak oszczędzać na energii, czynszach, podatkach, surowcach, maszynach. Jedynym łatwym sposobem na zbijanie ceny były wynagrodzenia. Tak powstały tzw. „umowy śmieciowe”, płacenie wynagrodzenia poza ewidencją, erupcja działalności gospodarczych kasjerek, sprzątaczek itd., leasing pracowniczy i tym podobne cudeńka.

Patologia ograniczenia wydatków wynagradzania za pracę stale się pogłębiała, zwłaszcza, że w Polsce utrzymuje się duże bezrobocie. Od wielu lat funkcjonuje rynek pracodawcy, a nie pracownika. To przedsiębiorcy dyktują warunki zatrudnienia i płacy. Warto zauważyć, że mimo wyjazdu 3.OOO.OOO obywateli w wieku aktywności zawodowej, w znikomym stopniu odzwierciedliło się to na spadku bezrobocia, co wskazuje na kurczenie się polskiego rynku pracy. Skutkuje to też katastrofą dla systemu ubezpieczeń społecznych (malejące wpływy) oraz systemu podatkowego, którego znaczącymi wpływami są podatki od osób fizycznych.

Program 5OO + przy wszystkich swoich wadach, niesprawiedliwości i automatyczności w znaczący sposób zmienia rynek pracy. Wyobraźmy sobie kobietę mającą trójkę dzieci i pracującą za 1.2OO złotych miesięcznie netto. Teraz otrzymuje ona od państwa 1.OOO zł, a zatem wartość jej pracy przez miesiąc zaczyna wynosić zaledwie 2OO zł. Tyle dla niej wart jest miesiąc pracy, związanej z wyrzeczeniami i trudnymi do pogodzenia obowiązkami matki i pracownika. Wiele osób zacznie się zastanawiać czy w takie sytuacji warto pracować. Dla części z pewnością tak, bo mimo wszystko jest różnica czy na koniec miesiąca ma się 1.OOO czy 2.2OO zł. Jednak nie wszyscy będą patrzyć na to w ten sposób.

Od 2017 roku rząd zapowiedział też wprowadzenie minimalnej stawki za godzinę pracy wynoszącą 12 zł. Będzie to oznaczać koniec pracy za 5 zł za 6O minut. Te dwie zmiany w radykalny sposób zmienią polski rynek pracy. Przedsiębiorcy aby utrzymać pracowników będę musieli podnieść wynagrodzenia. Nie we wszystkich przypadkach polskich pracowników będą mogli zastąpić inni zza wschodniej granicy, gotowi pracować za mniejsze wynagrodzenie. To w znaczący sposób wpłynie na koszty wytwarzanych towarów i oferowanych usług. Przedsiębiorcy, którzy będą nadal chcieli konkurować najniższą ceną nie będą mogli dalej żerować na wynagrodzeniach pracowników. Będą musieli albo podnieść ceny, albo znaleźć inne rozwiązania podnoszące ich konkurencyjność. Trudno przewidzieć, co się stanie jeśli się to im nie uda? To będzie wielki test dla polskiej gospodarki. Już za rok, będzie można ocenić czy program 5OO + 12 okaże się zyskiem czy stratą?