Archiwa tagu: Antoni Macierewicz

W 2015 r. Instytut Biznesu był gospodarzem debaty w Wojskowej Akademii Technicznej pt. Przemysł zbrojeniowy – motor rozwoju gospodarczego. Myśl przewodnia i poglądy ówczesnej dyskusji wraz z upływem czasu okazały się prorocze.

Od czasu zakończenia działalności Polski Ludowej cały czas wmawiano nam, że przemysł stoczniowy utracił rację bytu. Z samego założenia taki pogląd był bałamutny, jednak kolejne rządy uznały go jako dogmat. W efekcie potężna polska gałąź produkcji praktycznie przestała istnieć, choć nadal daje zatrudnienie ponad 30 tys. pracowników. Oczywiście, w omawianym okresie były lepsze i gorsze lata dla przemysłu stoczniowego. Takie wahania koniunktury są naturalne. To, że nie był to okres wyłącznie regresu, pokazuje dobra kondycja i rozwój stoczni w krajach sąsiedzkich. Okazuje się, że tylko Polska zrezygnowała z tej gałęzi gospodarki. Wszystko wskazuje na to, że nastąpiła zmiana. Dogmat przez rząd Pani Premier Beaty Szydło został odrzucony. Stało się to za sprawą przemysłu zbrojeniowego i inicjatywy Ministerstwa Obrony Narodowej.

Antoni Macierewicz szef MON ogłosił, że podjęło działania mające na celu reaktywację Stoczni Szczecińskiej. Aby było to możliwe użyto ciekawej maszynerii finansowej. Formalnie Stocznia Szczecińska należała do spółki Szczeciński Park Przemysłowy. Została ona przejęta przez MARS Fundusz Inwestycyjny Zamknięty (MARS FIZ) – podmiot znajdujący się w strukturze Polskiej Grupy Zbrojeniowej, którego zadaniem jest konsolidacja spółek stoczniowych i nieruchomościowych. Pieniądze na to przedsięwzięcie pochodzą z Agencji Rozwoju Przemysłu, działającej w ramach Polskiego Funduszu Rozwoju. To właśnie ta instytucja dokapitalizowała PGZ, poprzez objęcie akcji o wartości 101,5 mln zł, co umożliwiło sfinansowanie całej operacji.

W ten sposób PGZ stworzyła największą na Bałtyku i jedną z największych w Europie grup stoczniowych. Obejmuje ona kilkanaście przedsiębiorstw, wśród których znajdują się (oprócz Stoczni Szczecińskiej) podmioty z sektora remontów i budowy statków, budowy konstrukcji stalowych offshore, w tym Stocznia Remontowa „Nauta” w Gdyni oraz Morska Stocznia Remontowa „Gryfia” działająca w Szczecinie i Świnoujściu.

Oczywiście rodzi się pytanie po co Ministerstwu Obrony Narodowej przemysł stoczniowy? Odpowiedź jest dosyć prosta: do budowy pływającego sprzętu wojskowego na potrzeby własne i innych zamawiających podmiotów. MON uważa, że odbudowanie przemysłu stoczniowego jest istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.

Niebawem ma zostać podjęta decyzja o wyborze producenta trzech okrętów podwodnych, które będzie użytkować polska Marynarka Wojenna (w ramach projektu „Orka”). Pięć jednostek, którymi obecnie dysponuje armia, nadaje się jedynie do muzeum. MARS FIZ ma za zadanie rewitalizacji działalności stoczniowej w województwie zachodniopomorskim. W planach jest pozyskanie aktywów i kompetencji niezbędnych do budowy polskich promów pasażerskich w odbudowywanej Stoczni Szczecińskiej. Integracja podmiotów zajmujący się produkcją podmiotów pływających pozwoli wykorzystać efekt synergii.

Warto w tym miejscu dodać, że PGZ zawarło porozumienie z francuską stocznią DCNS, które zakłada transfer francuskich technologii do polskich spółek stoczniowych znajdujących się pod kontrolą MON. Gdyby nie było w Polsce podmiotów, które mogą być beneficjentami tego dokumentu, całe przedsięwzięcie zostałoby pozbawione sensu. Należy zaznaczyć, że DCNS jest jedynym oferentem, który oprócz współpracy przy budowie okrętów podwodnych, oferuje pociski manewrujące o dalekim zasięgu (ponad 1000 km) i zmiennej trasie lotu. Francuzi zaproponowali budowę pierwszego okrętu dla Polski w stoczniach DCNS, a także równoczesne szkolenie zespołów polskich specjalistów. Druga i trzecia jednostka mogłaby zostać zbudowana w Polsce z możliwością wyposażania przez krajowych poddostawców. Specjaliści ze spółek należących do PGZ zostaliby również włączeni do testów i procedur odbiorczych gotowych okrętów.

Cała koncepcja wydaje się więc bardzo obiecująca. Pozostaje mieć nadzieję, że przedsięwzięcie nie będzie naśladować historii polskiej korwety „Gawron” budowanej 13 lat, która nie dość, że pochłonęła wielokrotnie więcej pieniędzy niż zakładano, to do dziś nie jest gotowa. W efekcie zmieniono koncepcję i ostatecznie powstał okręt patrolowy „Ślązak” mający realizować nieznane w świecie marynarki wojennej zadania. Ta historia powinna przyświecać MON jak memento.

Umarły helikoptery, niech żyją helikoptery! – Można by zakrzyknąć. W rzeczywistości sprawa jest dużo poważniejsza, albowiem w wyniku zakończenia negocjacji z Airbusem w sprawie helikopterów wielozadaniowych caracali dla polskiego wojska, okazało się, że armia, w sprawie uzbrojenia, cofnęła się o kilka lat. Pojawiło się pytanie czy zysk z przerwania kontrowersyjnego przetargu, może oznaczać stratę, nie tylko czasu, ale nieść zwiększenie konkretnych zagrożeń?

Stratą, pomijając interes polskiego wojska i gospodarki, było obrażenie się Francji. Pilnowanie przez Polskę narodowych interesów uznano w Paryżu za afront. Potem pojawiły się enuncjacje Prasowe, sugerujące związki Antoniego Macierewicza, Ministra Obrony Narodowej z amerykańskim lobbystą Alfonse’em D’Amato, który pracuje m.in. dla koncernu Lockheed Martin, producenta helikopterów Black Hawk w Mielcu. Później pojawiła się wypowiedź szefa resortu, że rozważany jest zakup właśnie tych maszyn, a następnie koncepcja budowy własnego sprzętu w koprodukcji z Ukrainą. Opinia publiczna, na każdą nową informację, coraz bardziej, ze zdumienia otwierała oczy i pewnie te oczy by lada moment wypadły z oczodołów, gdyby nie nagły zwrot akcji.

Zdaje się jednak, że wszystkie te „zajawki” były raczej puszczaniem próbnych balonów i obserwowaniem, kto w jaki sposób będzie reagował. Po tym festiwalu dziwnych wypowiedzi, Ministerstwo Obrony Narodowej przystąpiło do działania i ogłosiło powrót do negocjacji o zakupie helikopterów z uczestnikami zamkniętego przetargu. Zaproszenie do rozmów zostało wystosowane do producentów: PZL Mielec, PZL Świdnik i Airbus. Zamówienie ma zostać zrealizowane w trybie tak zwanej pilnej potrzeby operacyjnej zgłoszonej przez siły zbrojne. Oznacza to, że m.in. negocjacje nie będą obejmować zapewnienia Polsce offsetu. I bardzo dobrze, albowiem Polska w tej formule prowadzenia negocjacji nie ma dobrych doświadczeń.

Istotą aktualnej procedury jest pośpiech i zaspokojenie natychmiastowych braków w wojsku. Jak wiadomo, szybkość najlepsza jest przy łapaniu pcheł, a przy zakupie sprzętu bojowego o wartości kilkunastu miliardów już niekoniecznie. Prawdopodobnie jednak kilka lat działania komisji przetargowej pozwoliło zgromadzić Inspektoratowi Uzbrojenia bogata wiedzę na temat możliwości i walorów poszczególnych helikopterów. Teraz ważne jest aby dopasować możliwości producentów do realnych potrzeb polskiej armii. W ten sposób prawdopodobnie zostaje też obalony mit, że przetarg na helikoptery został unieważniony z powodu potrzeb finansowych na zaspokojenie programu rodzinnego 500+.

Kto ma szanse. Teoretycznie wszyscy. Moim zdaniem jednak najmniejsze Airbus, w związku z poddaniem kontroli Centralnego Biura Antykorupcyjnego procedury przetargowej. To z kolei, po dziwacznych enuncjacjach byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który nagle ujawnił, że posiada niezwykle rozległą wiedzę w tej materii. PZL Mielec wydaje się faworytem, jednak należy pamiętać, że w Polsce znajduje się tylko montownia amerykańskich helikopterów. Wyborowi tego oferenta mogą szkodzić też posądzenia o związki Ministra z z lobbystą Lockheed Martin. Czy to by oznaczało, że największe szanse ma PZL Świdnik, który jest faktycznym producentem w Polsce helikopterów?

Szczerze powiem, że nie wiem. I tym różnię się od wszystkich, którzy też nie wiedzą, ale mówią. Niezależnie od wszystkiego nie będę kibicował żadnemu z producentów, ale polskim żołnierzom, albowiem najbardziej interesuje mnie sprawność naszej armii i w tym upatruję prawdziwy zysk.