Archiwa tagu: Donald Tusk

Zapadła decyzja, że Telewizja Polska i Polskie Radio otrzyma w ramach nowelizacji tegorocznego budżetu 980.000.000 zł jako rekompensatę za wpływy z abonamentu radiowo-telewizyjnego nieuzyskane wskutek zwolnień niektórych grup społecznych z płacenia tej daniny. Ta informacja, często zdeformowana, spotkała się w wielu środowiskach z falą krytyki.

Zacząć trzeba od tego, że z woli ustawodawcy media publiczne w Polsce znajdują się w pozycji schizofrenika. Ich fundamentalnym obowiązkiem jest realizacja misji, która została określona w ustawie. Aby to realizować konieczne są znaczące środki finansowe. Ich źródłem jest tzw. abonament radiowo-telewizyjny. Pobiera się go, w postaci quasi podatku, za posiadanie urządzeń stacjonarnych (radia i telewizory) do odbioru programu radiowego lub telewizyjnego. Do tego dochodzą jeszcze wpływy z reklam oraz dotacje. To oznacza, że TVP i PR muszą rywalizować z nadawcami prywatnymi w rankingach oglądalności i słuchalności, aby zapewnić racjonalne przychody od reklamodawców. Sytuację bardziej komplikuje fakt, że media publiczne są zobowiązane do realizacji misji, której pozostali uczestnicy rynku nie muszą wykonywać. Dodatkowym utrudnieniem jest też to, że TVP nie może przerywać programów reklamami tak jak mogą to robić inni, co w znaczący sposób utrudnia konkurencję. Prawdę mówiąc trudno sobie wyobrazić bardziej skomplikowany i nietransparentny ład medialny.

Do tego jeszcze trzeba dodać pogarszająca się sytuację finansową TVP i PR wynikającą z malejących wpływów z tytułu abonamentu radiowo-telewizyjnego. Częściowo przyczynił się do tego swego czasu ówczesny premier Donald Tusk, który publicznie namawiał widzów i słuchaczy, aby nie zaniechali obowiązkowych opłat. To chyba była jedna z najbardziej kuriozalnych akcji lidera Platformy Obywatelskiej. Aktualne próby nowego, ustawowego rozwiązania powszechnej opłaty za media publiczne już dwukrotnie zakończyły się katastrofą i to jeszcze przez głosowaniami w sejmie. To wskazuje na brak jednoznacznej woli politycznej na rozwiązanie tego zagadnienia. W efekcie sytuacja Jacka Kurskiego Prezesa TVP, jako osoby zmuszonej do funkcjonowania w absurdalnie skonfigurowanym ładzie medialnym, jest bardzo skomplikowana.

Krytycy TVP i PR w wielu sprawach mogą mieć rację, zwłaszcza jeśli abstrahują od układu odniesienia lub oceniają sytuacje z konkretnych stanowisk politycznych lub ideologicznych. Niemniej aby tak czynić warto przyjrzeć się co się dzieje na komercyjnej części rynku? Stacja TVN od czasu powstania został już dwukrotnie sprzedany, a szczegóły transakcji zostały objęte tajemnicą handlową, dzięki czemu trudno ocenić dla kogo było to korzystne. Wątpliwe jest jednak, aby kotś pozbywał się rentownego biznesu. Kanał Metro, o który przez wiele lat zabiega Agora (wydawca m. in. „Gazety Wyborczej”), o czym świadczy chociażby tzw. afera Rywina, rozpoczęła nadawanie w grudni 2016 roku, ale zanim do tego doszły już znaczącą większość udziałów sprzedano Discovery Polska. Rok później inwestor przejął już pakiet kontrolny nad stacją…..

Wcale nie lepiej się wiedzie Telewizji WP, która dokonała poważnych cięć w ramówce, dotyczących flagowych programów. W ich miejsce zostały wprowadzone licencyjne formaty. Podobnie dzieje się w stacji Nowa TV (Grupa ZPR Media). Trzeba dodać, że obydwa kanały nie są zarządzane przez nowicjuszy tylko przez potentatów rynku medialnego o znaczący kapitałach i poważnym doświadczeniu. To wszystko wskazuje, że wszystkim stacjom telewizyjnym trudno jest walczyć o względy polskiego widza. Dzisiejsza publiczność jest rozpieszczona i stała się bardzo wymagająca. To oznacza, że na produkcję treści trzeba przeznaczać istotne budżety, a to z kolei sprawia, że przedsięwzięcia tracę ekonomiczna racjonalność. Wszystko wskazuje na to, że rynek medialny w Polsce jest w trakcie nowego kształtowania i wzmożonej walki o oglądalność. Wynika z tego, że telewizją jest jak z wojną. Obydwie wymagają tylko trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.

Idee znienawidzonego Donalda Tuska przez  Prawo i Sprawiedliwość są dla tej partii wiecznie żywe, prawie jak myśli Lenina. Chodzi mi oczywiście o barbarzyński podatek, nazywany, ze złamaniem ustawy o języku polskim, VAT.  5 lat temu rząd Platformy Obywatelskiej podniósł go do 23 procent, oświadczając, że robi to na 3 lata. Minęło 5 lat. Zmienił się układ polityczny, a zabójczy podatek pozostał.

Dlaczego używam tak emocjonalnych słów jak „barbarzyński” czy „zabójczy”? Upoważniają mnie do tego efekty pracy Najwyższej Izby Kontroli. Ogłoszony właśnie raport NIK, będący wynikiem badania „Przeciwdziałanie wprowadzaniu do obrotu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne” (za okres 2014 r. – I półrocze 2015 r.), stwierdza, że dotychczasowe sposoby przeciwdziałania wyłudzaniu VAT-u na podstawie fikcyjnych faktur okazały się nieskuteczne. Obniżała się relacja dochodów podatkowych do PKB: przez trzy kolejne lata kształtowała się poniżej 15 proc.

W latach 2013-2015 na szeroką skalę występowało zjawisko wprowadzania do obiegu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne, stanowiące poważne zagrożenie dla dochodów budżetu państwa. Nastąpiło pogorszenie skuteczności organów podatkowych w poborze podatków. NIK stwierdził, że nastąpił gwałtowny wzrost zaległości w VAT, będący konsekwencją: z jednej strony wzrostu kwot w wykrytych fakturach fikcyjnych, a z drugiej  – niskiej skuteczności odzyskiwania wymierzonych podatków; zaległości te na przestrzeni 1,5 roku wzrosły prawie trzykrotnie z około 5 do ponad 14 mld złotych; Wyraźnie wzrastała, liczona przede wszystkim kwotowo, wielkość wykrytych przez organy kontroli skarbowej czynności fikcyjnych, co skutkowało również wzrostem kwot wymierzonego podatku. W 2013 r. organy kontroli skarbowej wykryły fikcyjne faktury na kwotę 19,7 mld zł, w 2014 r. na kwotę 33,7 mld zł, a w 2015 r. już na kwotę 81,9 mld zł!

Okazuje się, że działania organów skarbowych, w ocenie NIK, aczkolwiek rzetelne i trafne, w wykrywaniu oszustw były nieskuteczne i spóźnione. Kontrole i śledztwa nie ustalały faktycznych organizatorów oszustw podatkowych i nie potrafiły doprowadzić do wyegzekwowania wymierzonych podatków. Przekładając na język biznesu były bezproduktywne i naraziły podatników na dodatkowe straty związane z bezskuteczną pracą. Możliwości odzyskania wymierzonych należności z VAT z fikcyjnych faktur, według oceny NIK, są nadal niewielkie, sięgają jedynie ok. 1,3 proc. wymierzonych kwot.

Utrzymująca się znacznych rozmiarów luka podatkowa świadczy o niewystarczającej efektywności polskiego systemu podatkowego i potrzebie wprowadzenia nowych rozwiązań, mających na celu ograniczenie oszustw podatkowych. Zdaniem NIK potrzebne jest przeanalizowania możliwości wprowadzenia w Polsce takich rozwiązań jak:

  • obowiązek wystawiania faktur VAT za pośrednictwem serwera Ministerstwa Finansów (centralny rejestr faktur);
  • publiczny rejestr rachunków bankowych podatników;
  • ograniczenie możliwości rozliczeń kwartalnych w VAT;
  • powszechna standaryzacja ewidencji danych (dotyczących dokumentów, księgowań, płatności);
  • dodanie kolejnych przesłanek warunkujących wykreślenie podatnika z rejestru podatników VAT.

Nie dziwią mnie takie wnioski i propozycje rozwiązania proponowane przez NIK. Cóż bowiem może wymyślić służba kontrolna poza zwielokrotnieniem kontroli? Tymczasem wiadomo, że większość przestępstw podatkowych ma dwie swoje przyczyny zbyt wysoki fiskalizm i bardzo trudne prowadzenie działalności gospodarczej. Polska ma jeden z najwyższych podatków VAT, przy jednoczesnych najniższych zarobkach pracowników. Wyższe podatki mają tylko Chorwacja, Dania, Finlandia, Islandia, Rumunia, Szwecja i Węgry.  Tak się dziwnie składa, że państwa te nienależną do potęg gospodarczych. Wszyscy sąsiedzi Polski mają niższą stawkę VAT, co oznacza, że stanowią konkurencję podatkową. Nie wspomnę już o tym, że VAT w Niemczech, najbogatszym kraju UE wynosi 19 %,  Rosji 18 %.  Daleko Polsce  do  stawek  w  Szwajcarii  (8 %),  Liechtensteinu  (8 %)  i Luksemburga (15 %).

Jeśli będzie się opłacać wyłudzać, oszukiwać i kraść ludzie będę to robili, zwłaszcza kiedy zysk z tego typu działalności będzie wielokrotnie wyższy niż z innych typów aktywności gospodarczej. Dlatego też remedium dla polskich podatków jest tylko i wyłącznie obniżenie podatku VAT, tak aby nielegalne procedery uczynić nieatrakcyjnymi, lub aby przedsiębiorcy prowadzące przestępcze procedery wybrali sobie inne kraje. Oczywiście ktoś krzyknie, że polskiego budżetu nie stać na obniżenie podatków! Nie? Czy stać polskiego podatnika na miliardowe dopłaty dla oszustów i wydawanie bezsensownie pieniędzy na wielotysięczną rzeszę kontrolujących urzędników, z pracy której nie ma żadnego pożytku?

Jeśli zaś chodzi o przychody proponuję podobnie jak Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha reformę podatku dochodowego o przedsiębiorców (CIT), również nazwanego tak, z pogwałcenie ustawy o języku polskim, z którego przychody są żałośnie niskie, polegająca na zastąpieniu go 1 procentowym podatkiem obrotowym od wszystkich faktur, którego nieuchronność, ale też stanowiącego niewielkie obciążenie, zostanie powszechnie zaakceptowana oraz uniemożliwi wielomiliardową skalę nadużyć. Pozytywnym efektem będzie też redukcja armii bezproduktywnych urzędników.

 

 

 

Prawo jest nie dla wszystkich i nie takie same. Zasady są niejasne i niezrozumiałe. Tak można rozumieć ostatnie decyzje w sprawie wybiórczego zwalniania z opłat kierowców korzystających z pewnej autostrady….

Skąd takie żałosne refleksje? Za sprawą nieoczekiwanej hojności przekazania Krajowemu Funduszowi Drogowemu 50 mln zł na pokrycie strat spowodowanych zawieszeniem opłat za przejazdy autostradą A1 w weekendy wakacyjne. W ten sposób wykonano testament polityczny Premiera Donalda Tuska, który na ten sam cel w 2014 roku roztrwonił 20 mln zł. Chodzi o to aby kierowcy, poruszający się autostradą nad morze lub z morza od piątków od godz. 16.00 do niedziel do godz. 22.30, byli zwolnieni z opłat za przejazd na płatnych odcinkach drogi. Powód tej decyzji jest taki, że system pobierania myta jest niewydolny i tworzą się korki, wydłużające w absurdalny sposób czas podróży.

Koncepcja jest oczywiście słuszna, jak każdy populistyczny projekt. Jest również haniebnie niekonstytucyjna i niesprawiedliwa. Otóż z nieoczekiwanych powodów grupa zamożnych turystów (z pewnością osoby posiadające samochody oraz, które stać na wyjazdy weekendowe nad morze do takich należą) otrzyma od Państwa wsparcie finansowe. Nie otrzymają go ci, którzy wybiorą inny kierunek, albo zdecydują się na wyjazd poza wskazanym okresem, ani ci, których nie stać na takie eskapady lub nie mają pieniędzy na własne auto.

Ta hucpa odbywa się pod szyldem bezpieczeństwa i nazywana jest „warunkowa procedurą” i odnosi się tylko do bramek na autostradzie A1. Odstępowanie od pobierania myta za przejazd ma następować „w zależności od bieżącego natężenia ruchu, po to by zapewnić podróżującym bezpieczeństwo”. Będzie o tym decydować specjalny pełnomocnik rządu ds. bezpieczeństwa transportu. ….

Już podobna decyzja w 2014 roku budziła obrzydzenie. Jednak nie to jest najgorsze. Rodzi się proste pytanie, co rząd zrobił od lipca zeszłego roku, aby zapobiec korkom w szczytach komunikacyjnych? Były co prawda obietnice Pani Wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej, żeby wdrożyć na wszystkich autostradach system viaTOLL, ale po jej ucieczce oraz z Donaldem Tuskiem z Polski, nikt się tym dalej już nie zajmował. To rozwiązanie, które, gdyby było przyjęte, zlikwidowałoby korki automatycznie, albowiem, auta, które korzystałyby z elektronicznego systemu opłat, w ogóle nie potrzebowałyby bramek.

Podobno wdrożenie systemu viaTOLL miałoby kosztować 20 mln zł czyli zdecydowanie mniej niż aktualny sponsoring obecnego rządu. Do tego dodam, że szacuję się, iż na nieobjęciu e-mytem samochodów osobowych budżet państwa traci 900 mln zł rocznie. W związku z tym uważam za zasadne żeby 50 mln zł wydatkowych na fantazję sponsoringową powinny pokryć z własnej kieszeni osoby, które go zafundowały, a nie ze środków pobranych od podatników. Najwyższy czas, żeby urzędnicy i politycy zaczęli ponosić odpowiedzialność za skutki swojej niegospodarności.

To nie koniec! Ustawa umożliwiająca zmarnotrawienie 50 mln zł została przepchnięta przez parlament w ultra ekspresowym tempie. Cały proces legislacyjny trwał zaledwie 16 godzin! To rekord w polskim parlamentaryzmie. Zaraz potem dokument, jak rozumiem bez należnego namysłu, podpisał Prezydent Bronisław Komorowski. Jak się dowiaduję od Adriana Furgalskiego Wiceprezesa Zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR: „Zapowiedziane wprowadzenie e-myta na polskich drogach zostało przesunięte na 2018 r. Data ta może nie być przypadkowa, gdyż wtedy kończy się umowa z operatorem systemu viaTOLL – firmą Kapsch.” Jeśli to prawda to znaczy, że w niegospodarności nie ma przypadku…. Wszystko wskazuje, że przez magiczne decyzje administracji państwowej korki nie znikną do 2018 r. chyba, że…..

Jest kraj, który ma dwie fabryki helikopterów wojskowych. Wojna, choć o tym się oficjalnie nie mówi, podmywa jego granice. W tej sytuacji oczywiste wydaje się dozbrojenie armii w nowoczesny sprzęt, na wypadek ewentualnego konfliktu zbrojnego. Na ten cel przeznacza się kosmiczną kwotę kilkunastu miliardów. Skoro są dwie fabryki, trzeba zorganizować przetarg, aby podjąć roztropna decyzję. Jednak wszystko wskazuje na to, że to się nie udaje.

Konkurs na dostawę na dostawę helikopterów dla polskiego wojska wygrywa francuski koncern Airbus Helicopters, który w Polsce nie posiada żadnej fabryki. Warto dodać, że nie był to przetarg otwarty lecz zamknięty, do którego oprócz zwycięskiego producenta zaproszono dwa polskie podmioty. Wygląda to na świadome i planowe działanie. Zwłaszcza, że z przedstawiciele Ministerstwa Obrony Narodowej podają informacje, iż krajowi producenci helikopterów nie dysponują odpowiednią ofertą. Jeśli tak, to po co w ogóle byli wciągani do zabawy w przetarg? W ten sposób Ministerstwo Obrony Narodowej, a w konsekwencji i rząd, pokazuje czerwone kartki polskim producentom helikopterów wojskowych i wydaje rekomendację: kupujemy za granicą, bo to co jest kraju jest słabe. Obniża się w ten sposób rangę i potencjał narodowej gospodarki.

Polskie fabryki helikopterów są poważnymi przedsiębiorstwa, tworzącymi wiele miejsc pracy i stanowiącymi ważny element gospodarki. PZL-Świdnik zatrudnia 3,5 tys. ludzi w tym 630 inżynierów, a wartość jego eksportu wynosi 700 mln zł. Fabryka kooperuje z 900 polskimi dostawcami, generując dodatkowe 4 tys. miejsc pracy. Drugim producentem jest PZL-Mielec Sikorsky. Zakład zatrudnił ponad 1,5 tys. pracowników, dorobił się ponad 50 kooperantów, ośmiokrotnego wzrostu wartości eksportu i pięciokrotnego wzrostu sprzedaży. Okazuje się, że takie podmioty potrafią zadowolić zagranicznych kontrahentów, ale nie rządowe Ministerstwo Obrony Narodowej.

Warto też dodać, że w krajach europejskich o zakupach tej rangi i znaczeniu decydują zespoły i one nie są ograniczone do jednego ministerstwa. Nadzór nad nimi mają też parlamentarzyści. Traktaty Unii Europejskiej przewidują wyłączenie z otwartych przetargów decyzji, które dotyczą obrony narodowej i bezpieczeństwa.

Po ogłoszeniu wyników wybuchła prawdziwa awantura. Największym skandalem jest to, że zwycięzcę przetargu ogłosił Prezydent Bronisław Komorowski, tak jakby to on organizował przetarg, albo co najmniej w nim uczestniczył. Ponieważ tak nie było, w najlepszym wypadku wygląda to zatem na przekroczenie kompetencji. Kilka miesięcy wcześniej podpisał on dokument Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP, w którym napisano, że „Polski przemysłowy potencjał obronny – istotny element gospodarczej sfery bezpieczeństwa – powinien być w maksymalnym stopniu angażowany w proces modernizacji technicznej Sił Zbrojnych RP, a w szczególności w realizowane przez resort obrony narodowej priorytetowe programy modernizacyjne. (…) Administracja rządowa powinna tworzyć warunki prawne, zachęty inwestycyjne oraz mechanizmy instytucjonalno-koordynacyjne dla rozwoju przemysłowego potencjału obronnego, w tym dla zwiększenia jego innowacyjności”. Jak widać, treść tego dokumentu stoi w jaskrawej sprzeczności z ostatnimi wydarzeniami.

Negatywnie o wynikach przetargu wypowiedział się, były premier Leszek Miller, stwierdzając, że „sposób podjęcia, rozstrzygnięcia tych decyzji dowodzi, że nie uwzględniono interesów polskiej gospodarki”. Zapowiedział też, że Sojusz Lewicy demokratycznej zwróci się do „Najwyższej Izby Kontroli, by przeanalizowała wszystkie okoliczności prowadzonych przetargów i podejmowanych decyzji” oraz „do marszałka Sejmu o debatę sejmową w tej sprawie na najbliższym posiedzeniu Sejmu.” Dziwne, że opozycja nie zamierza w tej sprawie ani skierować zawiadomienia do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ani Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Sytuacja musi być rzeczywiście jednak bardzo poważna skoro nawet były premier Jerzy Buzek, reprezentujący interesy Platformy Obywatelskiej również krytycznie wypowiada się o tym wydarzeniu. „Nie wyobrażam sobie, żeby Francja, USA, czy jakikolwiek inny kraj, który produkuje na swoim terenie dwa niezłe śmigłowce, które kupuje cały świat, zdecydował się na zakup innych maszyn.” Zauważył on tez oczywistą oczywistość, że „Siła kraju zależy od jego gospodarki. Wobec tego dla MON powinna mieć znaczenie siła naszej gospodarki, by Polska była krajem znaczącym na arenie międzynarodowej.” Właśnie w ten sposób wygra się przecież dzisiaj wojny.

Pojawiają się różnego rodzaju dziwne hipotezy, a to że to wybór francuskiego koncertu to rachunek za wybór Donalda Tuska Przewodniczącego Unii Europejskiej, albo, że rekompensata za straty jakie Paryż poniósł wyniku sankcji nałożonych na Rosję itd. itp. Tego typu wypowiedzi nie pojawiałby się, gdyby przetarg i jego wyniki dało się ogarnąć rozumem. Tak nie jest i to gigantyczna strata.

ROLNICTWO

Za resorty siłowe, tradycyjnie, uważa się: Ministerstwo Obrony Narodowej i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. To anachroniczny pogląd, mimo, że w kontekście zagrożenia rosyjskiego, znów mający podstawy. Jednak współcześnie coraz większe znaczenie odgrywa potencjał ekonomiczny. W tej sytuacji, resortami siłowymi są ministerstwo gospodarki i ministerstwo rolnictwa.

Walka o Donieck to wywóz przez Rosjan specjalistycznego sprzętu produkcyjnego o ogromnej wartości. Wywieranie nacisków, kiedy dyplomacja zawodzi, poprzez restrykcje gospodarcze Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych wobec Rosji. Spadek cen ropy, obniżający potencjał imperium Putina i, z tej perspektywy, groteskowa agresja wobec polskich jabłek, choć żal i sadowników i samych owoców smętnie wiszących na drzewach. Cóż wychodzi na to, że właśnie polem walki, współcześnie, są obszary podlegające ministerstwom, odpowiadającym za sprawy gospodarki i rolnictwa. To nie przypadek.

Co do polskiej gospodarki pozostawia ona ciągle wiele do życzenia. Kiedy przyjrzymy się polskiemu Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi, nie z perspektywy incydentalnych zdarzeń, które, pod wpływem emocji, przychodzi różnie oceniać, ale z perspektywy, na przykład, ostatnich 10 lat można powiedzieć, że wydarzyło się wiele dobrego. Ten okres być może był łatwy, bo przypadał na czas kiedy środki pomocowe z Unii Europejskiej płynęły szerokim strumieniem. Skutek jest jednak taki, że infrastruktura w obszarach wiejska uległa zdecydowanej poprawie. Personalnie sukces może sobie przypisywać Marek Sawicki, który był Ministrem Rolnictwa i Rozwoju Wsi od 16 listopada 2007 do 26 lipca 2012 i znów jest od 17 marca tego roku. To już ponad 5 lat!

Marek Sawicki jest sprawnym zręcznym politykiem, który w miarę dobrze radzi sobie na tym stanowisku. Można to łatwo porównywać z innymi osobami pełniącymi tę funkcję w ostatnim okresie Józef Pilarkczyk (ok. 5 miesięcy), Krzysztof Jurgiel (ok. 6 miesięcy), Andrzej Lepper (łącznie ok. 14 miesięcy), Jarosław Kaczyński (p.o. łącznie ok. 2 miesiące), Wojciech Mojzesowicz (ok. 4 miesiące), Donald Tusk (p.o. 5 dni) czy Stanisław Kalemba (ok. 17 miesięcy). Jak się okazuje nie tak łatwo być Ministrem Rolnictwa. Nic dziwnego, że Marek Sawicki jest politykiem Polskiego Stronnictwa Ludowego, który cieszy się największym zaufaniem.

Według Organizacji Narodów Zjednoczonych do 2050 roku zapotrzebowanie na żywność wzrośnie o 70 procent. To pokazuje jak ważne zadania stoją przed polskim rolnictwem. Istotne jest przy tym nie tylko ilość, ale i jakość produkowanej żywności. Polska w tym zakresie jest w dobrym trendzie: infrastruktura obszarów wiejskich uległa poprawie, kryzys rosyjski aktywizował poszukiwania nowych rynków zbytu, dzięki czemu nawiązano współpracę z Chinami, Japonią, Wietnamem, Singapurem, Indonezją i Kanadą. To ważne sygnały choć i tak 78 % eksportu polskiej żywności trafia do krajów Unii Europejskiej. Dobre fundamenty już są czas na drugi ruch. Może w przyszłości ważne okażą się kraje wysoko uprzemysłowione, ale wysoko „urolniczone”?