Archiwa tagu: Juliusz Bolek

„Szczepić się czy się nie szczepić?” –Oto jest pytanie. Na razie nie ma żadnej szczepionki na koronawirusa SARS-CoV-2, więc może pytanie jest bezzasadne, ale istnieje wiele szczepionek na inne bakcyle!

Zdaniem prof. dr hab. n. med. Ernesta Kuchara, który jest Przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Wakcynologii świadomość Polaków w zakresie szczepień ochronnych na tle Europy, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej jest niższa, ponieważ w Polsce cały czas mamy do czynienia z rentą po czasach komunizmu, kiedy to szczepienia były obowiązkowe. Polacy nie podejmowali samodzielnie decyzji o szczepieniach tylko byli do nich zmuszani. Wówczas wyszczepialność była bardzo wysoka, osiągała poziom 95 – 99 procent. Stąd szerzenie świadomości potrzeby szczepień nie było konieczne i zostało zaniedbane”.

Z jednej strony sens i istota szczepień jest w Polsce mało znana, z drugiej strony rośnie ruch antyszczepionkowy. Dla mnie opór przed obowiązkowymi czy przymusowymi szczepieniami jest o tyle zrozumiały, że odpowiedzialność za skutki tego typu profilaktyki spoczywają na pacjencie. To oczywista nie uczciwość państwa, które wymusza i ma roszczenia z tytułu szczepień, ale nie poczuwa się do obowiązków wynikających z ewentualnych negatywnych skutków wynikających ze stosowanego przymusu.

Niezależnie od tego, wiele przemawia za szczepieniami, choć z drugiej strony nie wszystko jest jasne, biorąc pod uwagę, że nic nie zastąpi higieny. Widać to chociażby na przykładzie aktualnej pandemii, w przypadku której nie ma szczepionki. Jedynym orężem w w walce jest higiena!

Oprócz mutującego wirusa grypy i koronawirusa SARS-CoV-2 są też bakterie. Na przykład  pneumokoki (streptococcus pneumoniae – dwoinki zapalenia płuc), które rocznie powodują około 14.500.000 zachorowań oraz 800.000 zgonów u dzieci poniżej 5. roku życia. Z tego też powodu panuje przekonanie, że dorośli nie mogą zakazić się tą bakterią, co niestety nie jest prawdą. Choroba pneumokokowa jest również przyczyną prowadzących do śmierci powikłań u pacjentów w każdym wieku, a w podwyższonej grupie ryzyka znajdują się seniorzy i osoby przewlekle chore.

Polski program szczepień nie nadąża za zmianami demograficznymi. Kończy się on w 19 roku życia. Na świecie pojawił się trend, aby profilaktyka szczepienna obejmowała również dorosłych. Wydaje się to rozsądne, ponieważ profilaktyka, co do zasady, zawsze jest tańsza od leczenia, a to oznacza zysk. Warto też pamiętać, że dotyczy on osób, które w ten sposób nie staną się pacjentami oraz koncernów farmaceutycznych, które czerpią z tego zyski i odciążania służby zdrowia, której zasoby można skierować na pomoc chorym na inne choroby.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

31 grudnia 2019 roku kończą żywot Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE), prowadzone przez Powszechne Towarzystwa Emerytalne (PTE). Była to jedna z czterech sztandarowych reform rządu koalicji Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności (AWS UW), którego premierem był Jerzy Buzek. Wielka reforma systemu emerytalnego, z perspektywy czasu, okazała się wielkim złodziejstwem…..

Otwarte fundusze emerytalne powstały w ramach reformy systemu emerytalnego w 1999 roku. Miały pozwalać pracującym na gromadzeniem pieniędzy na emeryturę w tzw. II filarze. Fundusze były zarządzane przez PTE. Aby prowadzić taką działalność konieczna była specjalna państwowa koncesja. Otrzymało ją kilkanaście podmiotów, w większości zagranicznych, które z czasem zaczęły się łączyć. Dla osób urodzonych po 1969 roku przystąpienie do OFE było przymusowe. Dotyczyło to kilku mionów pracujących Polaków. Dla PTE był to „cudny biznes”, albowiem towarzystwa pobierały od uczestników OFE opłaty za zarządzanie, które wynosiły w pewnych okresach nawet kilkanaście procent.

Polska reforma emerytalna była wzorowana na pomysłach takich państw jak Peru, Chile i Argentyna, które „w całym wszechświecie znane są z najlepszego zabezpieczania interesów przyszłych emerytów”. PTE reklamowały swoje OFE jako panaceum na wspaniałą emeryturę. I dla garstki managerów, która się przy tym kręciła z pewnością były źródłem zgromadzenia znaczącego kapitału.

Po kilkunastu latach zorientowano się, że środki zgromadzone w II filarze utrudniają powiększanie deficytu budżetu państwa. Wówczas okazało się, że są złe i rząd koalicji Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe (PO PSL), którego premierem był Donald Tusk zredukował składkę jaką można było odkładać w OFE. Potem jeszcze ją bardziej zmniejszył. Przy okazji okazało się, że osoby oszczędzające w II filarze nie są właścicielami własnych pieniędzy lokowanych w OFE. Bezpośrednimi skutkami działania rządu Donalda Tuska było dalsze zadłużanie Polski oraz uwiąd Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, która tuczyła się na składkach przyszłych emerytów.

Niewydarzoną reformę emerytalną dobił rząd Zjednoczonej Prawicy, którego premierem jest Mateusz Morawiecki. Tym co się upierają aby oszczędzać środki, poza Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, który „pożre” każde pieniądze, pozostawiono możliwość gromadzenia pieniędzy na Indywidualnych Kontach Emerytalnych. Zgromadzone tam środki będę jednak na tyle nikłe, że nie będą mieć znaczącego udziału w przyszłych świadczeniach emerytalnych.

Nikt jednak milionom Polaków nie zwróci pieniędzy jakie w świetle prawa pożarły powszechne towarzystwa emerytalne z tyłu prowadzenia OFE. Jest to afera na miarę wyłudzeń VAT, choć liczba winnych jest znacznie mniejsza. Taka piękna katastrofa….. Cóż, nikt się nawet nie kwapi do powołania jakiejś komisji śledczej do wyjaśnienia tej sprawy. Tak to jest kiedy dostaje się koncesję na kradzież…..

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Stosunek Polaków do społecznej odpowiedzialności biznesu (z ang. CSR) jest zróżnicowany. Są jego gorący zwolennicy, głównie ci, którzy zajmują się tą problematyką zawodowo, osoby, które odpowiadają w organizacjach za ten obszar aktywności. Jest tez grupa osób, z definicji kwestionująca ideę scr oraz zapewne większość, która ma albo stosunek obojętny, albo w ogóle nie wie o koncepcji społecznej odpowiedzialności biznesu.

Dla pewności przypomnę, że społeczna odpowiedzialność biznesu, (ang, skrót SCR od corporate social responsibility) to idea, mówiąca o tym, że organizacje w swoje aktywności powinny przestrzegać wszystkie przepisy prawa i norm oraz uwzględniać interesy społeczne i ochronę środowiska, a także relacje z różnymi grupami interesariuszy. Wydatki  z tym związane należy zaliczać jako inwestycję i źródło innowacji, a nie jako koszt.

Teoria społecznej odpowiedzialności biznesu jest piękna i bardzo rozbudowana. Słabiej realizacją tej idei w praktyce. Monitorowanie tego typu działalności zajmuje się serwis informacyjny RaportCSR.pl. Regularnie ogłasza on dostrzeżone przez siebie przejawy społecznej działalności biznesu. „Raport CSR” jest pierwszym tak poważnym projektem wydawniczym w Polsce, zajmującym się popularyzowaniem dobrych praktyk przedsiębiorstw i organizacji. Pierwsze wydanie ukazało się w 2009 r. Do tej pory wyróżniono ponad 70. organizacji.

Właśnie ogłoszono 43. Raport CSR. W tej edycji wyróżniono jedną z najstarszych inicjatyw propracowniczych w Polsce: Konkurs „Pracodawca Godny Zaufania” – organizowany przez Krajową Izbę Gospodarczą, Fundację Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” i Agencję Impressarium. Na jesieni odbył się IX już Konkurs. Laureatami zostali Emitel, PGE Polska Grupa Energetyczna, Benefit Systems, Żabka, Polska Agencja Żeglugi Powietrznej oraz Poczta Polska. Nagroda specjalna trafiła do PwC. Ponadto przyznano wyróżnienia dla przedstawicieli mediów. Dostali je: Anna Popek – dziennikarka i prezenterka telewizyjna oraz Michał Dobrołowicz – dziennikarz RMF FM –.

Raport CSR to nie tylko wyróżnienia. Na przykład w 43 wydaniu przeczytać o „Świątecznych twarzach przedsiębiorców”, czyli o działaniach z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu prowadzonych w okresie świąt bożonarodzeniowych. Tekst „Świętowanie zimowej imprezy w eko atmosferze” poświęcony jest jednej ze znanych sieci handlowych, która kierując się tzw. obyczajową poprawnością, zdecydowała się na nadawanie kontrowersyjnych nazw produktom, o charakterze świątecznym.

Lektura raportów CSR inspiruje do podejmowania nowych inicjatyw z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu, Zwraca uwagę na działania w obszarach ekologii, wolontariatu i akcji pomocowych prowadzonych przez największe polskie i europejskie organizacje. Zachęcam do lektury raportów CSR, albowiem często można poznać świat nieznany, chociaż bardzo ważny dla jakości naszego życia.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Premier Mateusz Morawiecki zapowiada od stycznia 2020 roku czyli za 3 miesiące podniesienie minimalnej płacy do 2.600 zł. Prezes Prawa Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński oświadczył, że od 2021 roku będzie ona wynosiła 3.000 zł. W 2023 roku przewidziano, że będą to już 4.000 zł. Dla pracowników to bardzo dobre wiadomości, bo wraz z podwyżką płac minimalnych rosnąć będzie też średnia płaca. Jakie wywoła to inne skutki?

Gdyby takie zapowiedzi podwyżek wynagrodzeń składała Platforma Obywatelska można by uznać, że z pewnością zrobią coś odwrotnego. Kiedy deklaracje padają od liderów Prawa i Sprawiedliwości wydaje się, że mimo iż deklarowane w przedwyborczej gorączce, mogę zostać spełnione. Należy zatem brać je poważnie pod rozwagę.

Rząd uważa, że zrobił również bardzo wiele dla przedsiębiorców, przykładem ma być chociażby „konstytucja dla biznesu”. Najwięcej zyskują mali i mikro przedsiębiorcy przedsiębiorcy. Teraz bardziej korzystne rozwiązania zapowiedziano dla małych i średnich. Większe przedsiębiorstwa będą musiały korzystać z efektu skali, o ile im się to uda. Niemniej nowe minimalne wynagrodzenia z pewnością są to rewolucyjnie zmiany na rynku pracy, których skutki odczujemy wszyscy.

Przez ostatnie dziesięciolecia Polska rywalizowała z pozostałymi krajami niskimi kosztami pracy. Teraz to już będzie przeszłość. Podnoszenie minimalnego wynagrodzenia oznacza generalnie wzrost wszystkich wynagrodzeń. Nie wszystkie sektory gospodarki będą się mogły na to przestawić, dlatego prawdopodobnie wiele przedsiębiorstw zakończy swoją działalność. Czy ich miejsce zajmą mali i mikroprzedsiębiorcy?

Warto też pamiętać, że wzrost wynagrodzeń przełoży się na wzrost cen towarów i usług. W wielu przypadka będzie to oznaczać, że realna wartość wynagrodzenia może nie ulec znaczącej zmianie. Może natomiast być to czynnikiem inflacjogennym. Zwracał już na to uwagę w sierpniu 2019 roku Instytut Biznesu w swoim stanowisku dotyczącym wzrostu inflacji. Czynnikiem łagodzącym może być zapowiedź przez rząd brak deficytu budżetowego w 2020 roku. Wzrost wynagrodzeń oznacza, że zwiększą się wpłaty na ubezpieczenie społeczne. To może okazać się zbawienne dla Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Wyższe wynagrodzenia mogą sprawić większe zainteresowanie pracą w Polsce. Imigranci zarobkowi, którzy dziś stabilizują krajowy rynek pracy mogą być bardziej zainteresowani pozostaniem na nim. Polacy zaś będą się bardziej zastanawiać, czy opuszczać ojczyznę w pogoni za lepszymi zarobkami

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu


Można powiedzieć „WRESZCIE!” Krajowa Izba Gospodarcza zajęła się tym co mnie irytuje od dawna, czyli nierównym traktowaniem podmiotów gospodarczych, w tym przypadku chodzi o producentów alkoholi.

Na Forum Ekonomicznym w Krynicy, Krajowa Izba Gospodarcza przedstawiła „Białą Księgę branży alkoholowej”. Dokument przygotowała kancelaria Fairfieldna. Wynika z niej to co obserwatorzy rynku wiedzą od dziesięcioleci, że producenci wyrobów spirytusowych są dyskryminowani m.in. w zakresie prawa podatkowego oraz możliwości działań reklamowych, promocyjnych i sponsoringowych. zlecenie Krajowej Izby Gospodarczej.

Geneza dyskryminacji producenci wyrobów spirytusowych producenci wyrobów spirytusowych sięga roku 1982 kiedy uchwalono ustawę o wychowaniu w trzeźwości. Regulacja prawna traktuje preferencyjnie piwo. Według autorów Białej Księgi może to naruszać  art. 32 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej czyli narusza systemową zasadę równego traktowania przez władze publiczne oraz nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.

W Polsce obowiązują zróżnicowane zasady obliczania akcyzy dla poszczególnych rodzajów napojów alkoholowych. Jak się okazuje jej wysokość, w przeliczeniu na jednostkę alkoholu zawartego w napoju spirytusowym, może być nawet czterokrotnie wyższa niż w przypadku identycznej jednostki alkoholu zawartego w piwie. Dzieję się tak, albowiem producenci wyrobów spirytusowych płacą podatek, który jest uzależniony od zawartości czystego alkoholu w ich produktach, natomiast akcyza na piwo jest wyliczana na podstawie zawartości ekstraktu w napoju, a nie ilości alkoholu.

Nic dziwnego, że Polacy spożywają głównie alkohol zawarty w piwie albowiem jest on wówczas po prostu tańszy. W 2017 r. statystyczny obywatel zaabsorbował 5,42 litra. Dla porównania konsumpcja etanolu w wyrobach spirytusowych wyniosła 3,3 litra. W tej sytuacji przyłączam się jedynego, uczciwego rozwiązania proponowanego przez Związek Pracodawców Polskiego Przemysłu Spirytusowego, zakładający, że należy uprościć system obliczania akcyzy poprzez równe traktowanie wszystkich producentów napojów alkoholowych w sferze podatkowej.

Warto też przypomnieć, że preferencyjny stosunek do piwa przejawia się również w tym, że tylko ten produkt zawierający alkohol wolno reklamować. Zakaz reklamy nie jest uzależniony od mocy napoju alkoholowego. W konsekwencji, prawo dopuszcza reklamę piwa zawierającego np. 9-10 proc. alkoholu, a zabrania reklamowania innych niskoprocentowych napojów takich jak wino czy cydr (zwierających np. 4,5 proc. alkoholu). To sprawia, że piwo, w oczach znacznej części konsumentów, podświadomie, nie jest postrzegane jako napój alkoholowy, a to jest już w zupełnej sprzeczności z ideą ustawy o wychowaniu w trzeźwości. Alkohol to alkohol – troszczący się o zdrowie Polaków powinni to wreszcie zauważyć.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu



Jeszcze kilkanaście lat temu ci,którzy stracili słuch zmuszeni byli porzucić nadzieję, że kiedykolwiek znów usłyszą. Ale nadzieja wróciła, i to za sprawą prof. Henryka Skarżyńskiego, twórcy Światowego Centrum Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu w Kajetanach pod Warszawą, w którym każdego dnia wielu pacjentów odzyskuje słuch.

To, czego dokonał prof. Henryk Skarżyński wraz ze swoim zespołem budzi podziw i szacunek. Polska otolaryngologia znajduje się dziś na wysokim, światowym poziomie. Lekarze w tysiącach już liczą swoich pacjentów, których udało się wyrwać ze świata ciszy. Wśród nich były też osoby rozkochane w muzyce. Dla nich utrata słuchu była życiową katastrofą.

Kiedy pięć lat temu uczestniczyłem w Międzynarodowym Festiwalu Dzieci, Młodzieży i Dorosłych z Zaburzeniami Słuchu „Ślimakowe Rytmy”, organizowanym właśnie przez prof. Henryka Skarżyńskiego, sądziłem, że będzie to jednorazowe wydarzenie. Okazało się jednak, że impreza szybko wpisała się w kalendarz kulturalny Warszawy. Właśnie zakończyła się piąta edycja Festiwalu!

Wydarzenie jest wyjątkowe. Występują w nim osoby, które słyszą dzięki skomplikowanym implantom ślimakowym. Podczas koncertów prezentują całe spektrum umiejętności wokalnych i instrumentalnych.Na obecną edycję festiwalu zjechali muzycy z 25 krajów m.in. z Australii, Argentyny, Stanów Zjednoczonych, Gruzji, Rumunii, Rosji, Kolumbii, Danii, Kazachstanu, Hiszpanii czy Filipin.W jury zasiedli m.in. prof. Ryszard Zimak, Vadim Brodski, prof. Jerzy Stuhr, dr Alicja Węgorzewska-Whiskerd i Irena Santor.

Zagranicznymi laureatami jubileuszowej edycji festiwalu „Ślimakowe Rytmy” zostali: grająca na flecie Salome Daghundaridze z Gruzji, grający na fortepianie: Anamaria Stefania Nastase z Rumunii, Abay Nurlanuly z Kazachstanu, Ilona Pashkevich z Rosji, grający na dombrze Nurbol Seydulla z Kazachstanu, grająca na flecie prostym Bettina Gelliner Turner ze Stanów Zjednoczonych, grająca na klarnecie Mireia Pozas Saiz z Hiszpanii, grający na puzonie Alek Mansouri ze Stanów Zjednoczonych i śpiewająca Lova Rose Rohrmann Heick z Danii.

Wśród finalistów znalazł się także Polak, 26-letni wokalista, Paweł Sepioło, który już jako dziecko posiadał ogromny talent muzyczny. Niestety, niespodziewanie stracił słuch. Natychmiastowe leczenie nie przyniosło żadnych rezultatów, a jedynym rozwiązaniem okazało się wszczepienie implantu słuchowego. Ta procedura medyczna pozwoliła mu kontynuować rozwijanie muzycznych zainteresowań, a jego udział w Festiwalu jest tego świetnym przykładem.

Festiwalowi towarzyszyła konferencja naukowa pt. Muzyka w Rozwoju Słuchowym, która dotyczyła takich tematów jak muzykoterapia i choreoterapii, nowości w leczeniu szumów usznych oraz odbioru muzyki za pośrednictwem implantów. Wzięli w niej udział muzycy, muzykoterapeuci, lekarze m.in. dr Simon Procter, prof. Ryszard Zimak, dr Bogumiła Dziel-Wawrowska, dr Danuta Raj-Koziak i dr Elżbieta Włodarczyk. Uczestnicy festiwalu brali też udział w interaktywnych warsztatach muzykoterapeutycznych i tańca integracyjnego oraz w zajęciach z emisji głosu.

Międzynarodowy Festiwal „Ślimakowe Rytmy” dowodzi, jak skuteczna może być terapia leczenia problemów ze słuchem właśnie dzięki ślimakowym implantom. To nie tylko kwestia przywracania sensu życia pacjentom, ale również ich przepustka do pełnoprawnego udziału w życiu społeczeństwa. Otolaryngologia ma więc również wymiar ekonomiczny.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Według cyników nie istnieją „wyższe wartości”, „wzniosłe cele” czy ideały (np. dobro powszechne, rodzina, Bóg). Są one tylko zaklęciami, które mają zaczarować stan faktyczny. Cynicy demaskują takie postawy. Jednym z nich jest Jerzy Wysocki.

Właśnie ukazała się książka Jerzego Wysockiego „Głos cynika. Terapia liberalna”. Zawiera ona wybór najlepszych felietonów tego dziennikarza, jakie zostały opublikowane w latach 2013-2019, na jego blogu, na stronie internetowej tygodnika „Wprost”. Książka ukazała się staraniem Wydawnictwa Nieoczywiste, wspieranym m. in. przez Fundację im. xbw Ignacego Krasickiego i Fundację XX Czartoryskich. Teksty są pisane ostrym, dowcipnym, mocno ironicznym językiem, często bezpardonowo, czasem prowokacyjnie. Mimo, że publikacja adresowana jest do wymagającego czytelnika dobrze się to czyta.

Felietony traktują o gospodarce i sprawach społecznych, a także politycznych, bo to one wywierają wpływ na otaczającą rzeczywistość i to jak w niej można funkcjonować. Rozrzut tematyczny jest duży. Bohaterami tekstów są m. in. Jarosław Gowin, Adam Małysz, Leszek Miller, Jerzy Janowicz, Leszek Balcerowicz, Paweł Kukiz, Marian Zembala, Kiszczak, Donald Tusk, Donald Trump, Mateusz Morawiecki, Jan Krzysztof Bielecki, Bolesław Bierut, Michał Boni, David Cameron, Andrzej Duda, Piotr Gliński, Piotr Ikonowicz, Patryk Jaki, Jan Paweł II, Jarosław Kaczyński, Robert Lewandowski, Robert Gwiazdowski, Neymar da Silva, Beata Szydło itd.

Książka „Głos cynika. Terapia liberalna” dowodzi ile spraw drażni i irytuje Jerzego Wysockiego. Nie jest to jednak jakaś „nerwica natręctw”. Jerzy Wysocki z powodzeniem tropi głupotę, obłudę, paradoksy i absurdy. Czytając jego książkę z przykrością stwierdzam, że jest ich zaskakująco dużo, a co gorsza, mają się świetnie. Mam takie życzenie, aby publikacja stała się obowiązkową lekturą dla polityków i aby sprawiła, aby choć trochę otrzeźwieli.

Generalnie cynicy są zdystansowani do otaczającej ich rzeczywistości. Tak też jest w przypadku twórczości Jerzego Wysockiego zawartej w książce „Głos cynika. Terapia liberalna”. Prawda jest jednak i taka, że autor swoje felietony pisze głównie pod wpływem emocji, a zatem z tym zdystansowaniem nie końca jest tak łatwo. W sumie dobrze to świadczy o Jerzym Wysockim, a książka jest naprawdę interesująca.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

O Warnijo, O Warnijo! Ty ziamnio śwento moja, krsió mech przodków zlano, kendy spojrzę, wszendzie cudno, (Pieśń ludowa)

W powszechnej świadomości funkcjonuje termin „Warmia i Mazury”. Nic dziwnego, tak nawet brzmi nazwa administracyjna województwa, obejmującego te dwie krainy. Jednak pomiędzy tymi obszarami istnieje spora różnica. O ile Mazury to przed wszystkim turystycznych walorach krajobrazowych, o tyle w przypadku Warmii można mówić za równo o krajobrazie przyrodniczym i kulturowym. Do dziś na tym obszarze istnieje około 2.500 zabytków sakralnych, świadczących o historycznej obecności Polaków na tych terenach od wieków. To o ponad tysiąc obiektów więcej niż na sąsiadujących i większych obszarowo Mazurach.

„Zabytkowe obiekty sakralne na Warmii, krainy o burzliwej historii, to przykłady świetności i dominacji Polski na przełomach wieków”. – Można się dowiedzieć z depeszy Agencji Informacyjnej. – „Część z nich stanowi dziś magnes dla rosnącego ruchu turystycznego. Najważniejszymi obiektami są Wzgórze Katedralne we Fromborku (gdzie znajduje się Dom Mikołaja Kopernika, w którym słynny astronom napisała przełomowe dzieło „O obrotach ciał niebieskich”), Sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego w Chwalęcinie, Bazylika Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych w Dobrym Mieście, Kościół św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty w Ornetcie, Kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny i św. Józefa w Krosnie, Zamek Biskupów Warmińskich w Lidzbarku Warmińskim, Kościół św. Anny i św. Szczepana w Barczewie, Kościół Apostołów św. Piotra i Pawła w Reszlu, Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Braniewie, Katedra św. Jakuba w Olsztynie, Sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego w Chwalęcinie czy Sanktuarium Matki Boskiej Królowej Polski w Stoczku Klasztornym. To tylko nieliczne przykłady z pośród tysięcy. Wszystkie one zasługują na ochronę i zainteresowanie wiernych oraz publiczności.

Na zaproszenie Jego Ekscelencji Arcybiskupa dr Józefa Górzyńskiego, dzięki uprzejmości Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego, miałem okazję zwiedzić wybrane zabytki sakralne Warmii. Na trasie znalazło się m. in. Wzgórze Katedralne we Fromborku. Miałem sposobność zwiedzić strych katedry, którego wiekowa, drewniana konstrukcja została wykona bez użycia gwoździ. To uświadomiło mi, jak łatwo jest, w przypadku braku odpowiedniego zabezpieczenia, zaprószyć ogień, który, podobnie jak w przypadku Katedry Notre Dame w Paryżu, może doprowadzić do katastrofy. W przypadku Bazyliki archikatedralnej Wniebowzięcia NMP i św. Andrzeja Apostoła, która jest przykładem kościoła gotyckiego z XIV wieku, historia raczej się nie powtórzy, ze względu na fakt prowadzonych, imponujących prac konserwatorskich, których wartość przekracza ponad 20 milionów zł, choć aby wszystko wykonać jak należy potrzeba wielokrotnie więcej pieniędzy.

Niestety, Archidiecezja Warmińska nie posiada wystarczających środków, nie tylko wymaganych na prace konserwacyjne we Fromborku, lecz również w innych ponad dwóch tysiącach obiektów. Bardzo martwię się stanem, a co z ta tym idzie również przyszłością, m. in. Sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego w Chwalęcinie. To wspaniała świątynia, która pilnie wymaga prac już nie tylko konserwacyjnych, ale także renowacyjnych, a nawet remontowych.

Brak pieniędzy to nie jedyny powód do bólu głowy osób opiekujących się zabytkami sakralnymi na Warmii. Problem stanowią również przepisy, chociażby spełnianie wymagań konserwatora i straży pożarnej, które są z sobą w konflikcie.

Według wiadomości Agencji Informacyjnej „na całkowitą wartość odtworzeniową obiektów potrzeba 11 miliardów zł. Tymczasem władze samorządowe dysponują kwotą miliona złotych. Część środków pozyskuje się z różnych fundusz celowych i Unii Europejskiej. Jednak te pieniądze są zupełnie nieadekwatne do potrzeb”. To bardzo przygnębiające informacje. W kontekście przytoczonych danych, zupełnie inaczej można oceniać przyznawane przez państwo 160 mln zł na Fundusz Kościelny. Brak pieniędzy to poważny, realny problem, bardzo trudny do rozwiązania, zwłaszcza kiedy zabytki muszą konkurować o środki z przedszkolami czy osobami z niepełnosprawnością. Niemniej to po stronie państwa leży zidentyfikowanie sytuacji i wypracowanie takich rozwiązań, które ocalą polską spuźciznę kulturalną. Mimo, że zabytki nie są przedsiębiorstwami, ale to również biznes, który należycie prowadzony może przynosić zyski nie tylko niematerialne, ale również bardziej konkretne.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Dla ukraińskich przedsiębiorców Polska jest przedsionkiem do Unii Europejskiej. Dla Polskich biznesmenów Ukraina to perspektywa poszerzenia działalności na trudnym, stanowiącym wyzwanie rynku. Właśnie takie przesłanki legły u fundamentu organizacji III Polsko Ukraińskiej Konferencji Biznesowej, która została zaplanowana w dnia 27-28 kwietnia 2017 roku we Lwowie.

Konferencja stanowi okazję do zdobycia nowej wiedzy dotyczącej zmieniającego się ładu gospodarczego w Polsce i na Ukrainie, a trzeba przyznać, że zmian jest dużo. Wydarzenie to także okazja nawiązania nowych, cennych kontaktów, wymiana doświadczeń oraz możliwość pozyskania partnerów do prowadzonych i planowanych przedsięwzięć.

Celem III Polsko Ukraińskiej Konferencji Biznesowej jest przekazanie przez praktykujących przedsiębiorców w jasny i przejrzysty sposób wiedzy o najważniejszych zmianach w przepisach oraz tych zaplanowanych w 2018, w Polsce i na Ukrainie. Na konferencji zostaną przedstawione nowe tendencje w obrocie towarowym i zmiany w tym obszarze pomiędzy Ukraina i Unią Europejską. Zaplanowano dyskusję o działalności i kondycji nowych ukraińskich przedsiębiorstw w Polsce oraz polskich na Ukrainie i jakie wyzwania stoją przed tymi organizacjami?

Wśród prelegentów na III Polsko-Ukraińskiej Konferencji Biznesowej są m. in. Tomasz Dąbrowski – Prezes firmy KDS, Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu, Bogdan Malachiwskyj – Prezes T-Projekt, Jan Załubski – Prezes Zet Transport, Krystyna Stecka z Profil Space, Piotr Alejski – Główny Dyrektor polskiej filii międzynarodowej firmy logistycznej SAT Albatros Sea Air Service, Szymon Pawełczyk z Perperikon. Organizatorzy spodziewają się około 200 uczestników. Dla zainteresowanych przedsiębiorstw jest przewidziana część wystawiennicza. Osoby zainteresowane uczestnictwem mogą się rejestrować na stronie: http://rodemna.com/konferencja_biznesowa_2017_pl.php

Solidarność, tak samo jak za dawnych lat, chce uwolnić pracowników wyzyskiwanych przez system. Robi to w imię solidarności. Obawiam się jednak, że zakaz handlu w niedziele jednych wyzwoli, drugich ograniczy.

Od miesięcy trwa dyskusja nad projektem NSZZ „Solidarność” dotyczącym ograniczenia handlu w niedziele. Ostatnio, wraz z rozpoczęciem prac nad nim w sejmie, można zaobserwować wzmożoną dyskusję wśród ekspertów i stron zainteresowanych sytuacją. Obrońcy projektu przekonują, że wolna niedziela dla pracowników handlu pomoże wzmocnić rodzinne więzy, da wytchnienie po trudach pracy w tygodniu, a zakupy można przecież zrobić w inne dni tygodnia. Przeciwnicy pomysłu, w postaci przedstawicieli handlu, ekonomistów czy właścicieli galerii handlowych, mówią o redukcji etatów, stratach dla budżetu państwa i pokazują wykresy i tabelki, które mają to potwierdzić.

Sam też wziąłem udział, razem Zenonem Daniłowskim – Przewodniczącym Rady Praskiej Giełdy Spożywczej, Wojciechem Śliwą – właścicielem sieci delikatesów Paleo, Franciszkiem Gaikiem – Wiceprezesem Polskiego Klubu Biznesu, Piotrem Mazurkiewiczem – dziennikarzem dziennika „Rzeczpospolita” i Edwardem Korbelem – ekspertem ds. badań SW Research, w panelu dyskusyjnym, poświęconemu zakazowi handlu w niedzielę i święta. Debata odbyła się podczas targów Orzeł Dystrybucji FMCG. Według badań przeprowadzonych przez SW Research „Zwolenników i przeciwników zamykania sklepów w niedzielę jest tyle samo: po ok. 40 proc. Za zakazem są wsie i miasteczka, przeciw – wielkie miasta.

Jeśli traktować badania poważnie, należałoby zakazać handlu na wsiach, a pozostawić go w miastach. Jednak bój idzie jednak głównie o miasta. Ciekawostką jest, że sprzedawcy wolą pracować w niedziele, niż w soboty, albowiem zdecydowana większość klientów decyduje się na zakupy w szósty, a nie w siódmy dzień tygodnia, co oznacza, że praca tego ostatniego dnia jest mniej męcząca.

Zwolennicy zakazu handlu w niedzielę, używają argumentu, że jeśli ludzie nie będą robić zakupów w jeden dzień tygodnia, to powstaną sprzyjające okoliczności do wspólnego spędzania czasu z rodziną. Cóż, niektórzy mają już taki nawyk, że wolny czas poświęcają na kupowanie, traktując to jego formę rozrywki. Wspólne spędzanie czasu na zakupach, podejmowanie decyzji w gronie najbliższych również może wzmacniać więzi, kto wie może nawet bardziej niż wspólne siedzenie przed TV ?

Jedni chcą wolności od pracy i handlu w niedziele. Inni uważają, że ograniczenia w możliwości robienia zakupów naruszają ich wolność. Ból zakazu handlu w niedziele dla zakupoholików mają łagodzić małe sklepy, których obsługa, jak rozumiem intencje inicjatorów ustawy, nie potrzebuje czasu wolnego i dlatego te placówki będą mogły być otwarte w siódmy dzień tygodnia. Padają też inne propozycje, zakaz handlu co drugą niedzielę, ograniczenie czasowe, czyli sklepy czynne tylko do lub od 15.00.

W Europie sklepy są zamknięte w siódmy dzień tygodnia tylko w najbogatszych krajach, czy Polska do nich należy? Jakoś nie sądzę. Lekcję, do której przymierza się nasz ustawodawca, odrobili już Węgrzy, którzy najpierw wprowadzi zakaz handlu, a potem go znieśli. Obawiam się, że trochę się będziemy musieli nabiegać w kółko, zanim zrozumiemy o co chodzi?