Archiwa tagu: kryterium najniższej ceny

W kapitalistycznym świecie altruizm jest trudny do zrozumienia. Okazuje się jednak, przynajmniej pozornie, że w Polsce lęgnie się on w tzw. domach mediowych.

Kilka dni temu portal wirtualnemedia.pl podał wyniki przetargu Komisji Nadzoru Finansowego, na kampanię ostrzegającą przed kryptowalutami. Zwycięzcą okazał się dom mediowy Media Group, który zaoferował, że gotów jest pracować za 1 zł netto czyli zaledwie 0,000002 proc. prowizji. To z pewnością musi być altruizm, albowiem zakup znaczka pocztowego kosztuje więcej.

Wbrew pozorom, inni oferenci, w większości, byli nieznacznie drożsi, i tak Fabryka Komunikacji Społecznej – 0,03 proc.; Social Art – 0,01 proc.; Mastermind Media – 0,25 proc.; NuOrder – 0,05 proc.; Fabryka Marketingu – 0,6 proc.; Performance Media – 0,5 proc.; ClickAd Interactive – 1 proc.; Value Media – 9,81 proc. To pokazuje, że większość uczestników rynku godzi się uczestniczyć w jakiejś grze pozorów. Proponowane prowizje sugerują, że do pracy w domach mediowych prawdopodobnie muszą dopłacać właściciele, zapewne są to znani filantropii. A może to zwykły dumping? Nie sądzę.

Jeśli to nie KNF płaci domom mediowym za zakup i obsługę kampanii to z pewnością ktoś inny jest sponsorem tego „lunchu”, zgodnie z zasadą, że „nie ma darmoch lunchów”. W rzeczywistości mylące są nazwy sugerujące, że partnerami są „domy mediowe”, a rzeczywistości to bardziej agencje, reprezentujące interesy poszczególnych mediów, które, zapewne, za pozyskanych klientów, od oficjalnych cenników, pośrednikom udzielają znaczących rabatów i to właśnie te wartości stanowią prawdziwy przychód tzw. domów mediowych. Układ się kręci, albowiem klient jest zachwycony, że ktoś może dla niego pracować za złotówkę. (Kłania się barbarzyńskie kryterium najniższej ceny.) Żal tylko, że tak, wydawałoby się, poważna instytucja jak KNF uczestniczy w tego typu naiwnym przedstawieniu.

Klienci, którzy cenią sobie rzetelną obsługę, odpowiadającą ich prawdziwym potrzebom nie akceptują takich praktyk i wybierają brokerów mediowych, którym płacą prowizję lub ustalone wynagrodzenie od zakupionych przestrzeni reklamowych. Ktoś zapewne powie, że to niepotrzebne koszty, albowiem istnieje coś takiego jak „obiektywne wyliczenie kosztu dotarcia do grupy docelowej”. Ta bałamutna teoria od lat budzi w polskim środowisku mediowym największe spory. Wyliczenia  są ustalane na podstawie badań oglądalności, słuchalności i czytelnictwa. Wymyślane są coraz bardziej skuteczne narzędzia, ale nawet w Internecie, gdzie kryterium może być IP użytkownika, okazują się one zwodnicze, czego najlepszych przykładem mogą być skandale Google i facebooka. Wykrycie tych afer w Stanach Zjednoczonych to dowód, że istnieją narzędzia do zwalczania praktyk nieuczciwej konkurencji. Ciekawe co o tym sądzi  polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów?

Kto zleca badania, albo stoi za zleceniem, ten wygrywa największą część tzw. „tortu reklamowego”. Nic zatem dziwnego, że domy mediowe bronią określonego modelu badań, ponieważ, jako „przedstawicie” wybranych mediów, są zainteresowani utrzymaniem status quo. Potrzebują oni takich badań, które uzasadniają wybór mediów, od których otrzymują największe prowizje. Ten proceder uprawiany w Polsce od lat, w wielu krajach Unii Europejskiej uważany jest za nieetyczny, a w Stanach Zjednoczonych wręcz za przestępczy. Cóż, do Europy nadal daleko, a od Ameryki dzieli ocean i rzeczywisty i metaforyczny. Już najwyższy czas, przy pomocy odpowiednich przepisów, również w tym obszarze, przybliżyć Polskę nie tylko do UE i Stanów, ale również do rzeczywistości.

 

 

Wielu krytykuje program 5OO +, który jest rządowym wsparciem dla rodzin posiadających dzieci. Wykazywane są wszystkie wady tego przedsięwzięcia. Nie przypominam sobie, aby, przez ostatnie lata, jakakolwiek inicjatywa spotkała się z tak gorliwą analizą adwersarzy. W mojej ocenie, ten program, wbrew oficjalnie głoszonym założeniom, ma zupełnie inne założenie, a z inną planowaną ustawą ponadto w w znaczący sposób zmieni polski rynek pracy.

Dlaczego program 5OO + jest tak ważny, nie dla dzietności, ale dla polskiego społeczeństwa? Otóż znacząca część Polaków żyje w skrajnym ubóstwie. Wynagrodzenia w Polsce są jednymi z najniższych w Unii Europejskiej, co nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia, poza tym, że przez 8 lat lat rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego królowało „kryterium najniższej ceny”, co wyniszczało gospodarkę w sposób bezwzględny. Przedsiębiorcy, którzy chcieli wygrywać przetargi lub składać konkurencyjne oferty szukali coraz tańszych rozwiązań. Nie mogli jednak oszczędzać na energii, czynszach, podatkach, surowcach, maszynach. Jedynym łatwym sposobem na zbijanie ceny były wynagrodzenia. Tak powstały tzw. „umowy śmieciowe”, płacenie wynagrodzenia poza ewidencją, erupcja działalności gospodarczych kasjerek, sprzątaczek itd., leasing pracowniczy i tym podobne cudeńka.

Patologia ograniczenia wydatków wynagradzania za pracę stale się pogłębiała, zwłaszcza, że w Polsce utrzymuje się duże bezrobocie. Od wielu lat funkcjonuje rynek pracodawcy, a nie pracownika. To przedsiębiorcy dyktują warunki zatrudnienia i płacy. Warto zauważyć, że mimo wyjazdu 3.OOO.OOO obywateli w wieku aktywności zawodowej, w znikomym stopniu odzwierciedliło się to na spadku bezrobocia, co wskazuje na kurczenie się polskiego rynku pracy. Skutkuje to też katastrofą dla systemu ubezpieczeń społecznych (malejące wpływy) oraz systemu podatkowego, którego znaczącymi wpływami są podatki od osób fizycznych.

Program 5OO + przy wszystkich swoich wadach, niesprawiedliwości i automatyczności w znaczący sposób zmienia rynek pracy. Wyobraźmy sobie kobietę mającą trójkę dzieci i pracującą za 1.2OO złotych miesięcznie netto. Teraz otrzymuje ona od państwa 1.OOO zł, a zatem wartość jej pracy przez miesiąc zaczyna wynosić zaledwie 2OO zł. Tyle dla niej wart jest miesiąc pracy, związanej z wyrzeczeniami i trudnymi do pogodzenia obowiązkami matki i pracownika. Wiele osób zacznie się zastanawiać czy w takie sytuacji warto pracować. Dla części z pewnością tak, bo mimo wszystko jest różnica czy na koniec miesiąca ma się 1.OOO czy 2.2OO zł. Jednak nie wszyscy będą patrzyć na to w ten sposób.

Od 2017 roku rząd zapowiedział też wprowadzenie minimalnej stawki za godzinę pracy wynoszącą 12 zł. Będzie to oznaczać koniec pracy za 5 zł za 6O minut. Te dwie zmiany w radykalny sposób zmienią polski rynek pracy. Przedsiębiorcy aby utrzymać pracowników będę musieli podnieść wynagrodzenia. Nie we wszystkich przypadkach polskich pracowników będą mogli zastąpić inni zza wschodniej granicy, gotowi pracować za mniejsze wynagrodzenie. To w znaczący sposób wpłynie na koszty wytwarzanych towarów i oferowanych usług. Przedsiębiorcy, którzy będą nadal chcieli konkurować najniższą ceną nie będą mogli dalej żerować na wynagrodzeniach pracowników. Będą musieli albo podnieść ceny, albo znaleźć inne rozwiązania podnoszące ich konkurencyjność. Trudno przewidzieć, co się stanie jeśli się to im nie uda? To będzie wielki test dla polskiej gospodarki. Już za rok, będzie można ocenić czy program 5OO + 12 okaże się zyskiem czy stratą?

SLEPA DROGA

Są różne syndromy sztokholmski, grupowego myślenia, Stendhala, jerozolimski, paryski, starego kawalera, Otella, Munchausena, chorego budynku, Piotrusia Pana. Osobiście wyodrębniam też syndrom najniższej ceny. To bardzo poważna choroba.

Jeśli chodzi o najniższą cenę można powiedzieć, że jest to epidemia. Z jednej strony wszyscy, wszystko, chcą kupować za najniższą cenę (o ile nie mogą czegoś dostać za darmo). Z drugiej strony oferenci też prześcigają się w oferowaniu wszystkiego jak najtaniej, a przynajmniej tak sugerują w swoich reklamach. Zjawisko jest zrozumiałe i stare jak świat. Część konsumentów jest bardzo wrażliwa na cenę, a część po prostu nie stać na wydanie więcej pieniędzy i to jest uzasadnienie tego amoku.

Każdy kto kupuje jak najtaniej uważa, że zrobił dobry interes. To jednak przeważnie iluzja. Kiełbasa zrobiona w 30 procentach z mięsa, to już chyba nie kiełbasa, ubranie z poliestru to nie to samo co ubranie z bawełny. Niektóre produkty tylko wyglądają jak produkty. Co prawda mogą zaspokajać potrzeby tak jak prawdziwe produkty, a jednak nie do końca. Kiełbasą, w której nie ma mięsa, można się najeść. Jednak czy to zdrowe dla organizmu? Ubranie z plastiku można założyć tak samo jak z bawełny. Różnicę w cenie najłatwiej poczuć w upalny dzień, kiedy w tkaninie poliestrowej człowiek się poci, a odzież wykonana z naturalnego włókna jest przewiewna.

Czy lubimy kupować usługi kierując się najniższa ceną? Teoretycznie tak. W praktyce chyba nie. Kto chciałby się leczyć u lekarza, u którego wizyta kosztowałaby 5 zł? Kto skorzystałby z pomocy adwokata, który za poradę oczekiwałby 4 zł? Psychoza najniższej ceny dotyczy też przetargów. „Wybierzmy to co najtańsze. Nikt nie zarzuci nam korupcji.” – To pogląd populistyczny i asekurancki jednocześnie. Doświadczenie uczy, że kto mało płaci ten dwa razy płaci. W mojej rodzinie od pokoleń powtarza się powiedzenie: biednego nie stać na oszczędzanie. Zawsze najważniejsza jest jakość. Jeśli kupować coś złej jakości, coś tandetnego to lepiej się od tego powstrzymać.

Jednak są też skutki społeczne syndromu najniższej ceny. Wszyscy dążąc do jej zaoferowania starają się obniżyć koszty produkcji. Jest to możliwe głównie na kosztach osobowych. W tej sposób pracownicy zarabiają coraz mniej. I tu jest pułapka. Kto zarabia coraz mniej może kupować coraz mniej. Przedsiębiorstwo, które ma coraz mniejsze marże, a w konsekwencji zyski, nie ma środków na inwestycje i rozwój, w efekcie dąży do upadku. W ten sposób zaciska się pętla na ludzkich portfelach, gospodarce, a w końcu i życiu. Tu nie chodzi o kryterium najniższej ceny tylko kretynizm. Niby podobne, ale jaka różnica!

Juliusz Bolek