Archiwa tagu: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Myślałem, że sytuacja Polskiego Radia i Polskiej Telewizji czyli tzw. mediów publicznych jakoś się ustabilizowała. Czy rzeczywiście?

Jacek Kurski zastał Telewizję Polską w opłakanym stanie. W każdym razie, w gorszym niż ekipa, która w tym samym czasie przejęła stery w Polskim Radiu. Nie obyło się bez wstrząsów, włącznie z odwołaniem Prezesa, które jak się szybko okazało nie było odwołaniem, co bardzo dowcipnie, choć oczywiście w krzywym zwierciadle, zostało skomentowane w serialu satyrycznym Roberta GórskiegoUcho Prezesa”. Potem jeszcze były hece z Krajowym Festiwalem Piosenki Polskiej w Opolu. Później jednak już nie tylko najwyższa oglądalność TVP w Sylwestra, ale również kilka strategicznych decyzji, jak pełne determinacji zaangażowanie się w sport oraz seriale telewizyjne takie jak „Korona Królów” sprawiły, że tzw. oglądalność Telewizji Polskiej zaczęła się poprawiać. Można powiedzieć, że TVP pod wodzą Jacka Kurskiego zaczęła sobie radzić.

Dużo gorzej wygląda sytuacja w Polskim Radiu, które, stale, od ponad dwóch lat, traci kolejnych słuchaczy. Jest to z pewnością równia pochyła. Niektórzy, jak na przykład Tomasz Wybranowski – radiowiec z Irlandii, czy Max Kolonko – dziennikarz ze Stanów Zjednoczonych, obawiają się, że strat tych można już nie odrobić. Jedną z przyczyn trudnej sytuacji są mające wpływy finansowe z abonamentu. Deficytu nie są w stanie zrekompensować przychody, głównie z emisji reklam. Porównywanie sukcesów Telewizji Polskiej z Polskim Radiem jest jednak trochę bałamutne. TVP udało się pozyskać w ubiegłym roku 800 milionów pożyczki. PR nie otrzymało takiego wsparcia finansowego.

Jednocześnie trzeba przyznać, że Prezes Jacek Kurski ciągle ma pod górę. Dopiero teraz Centralne Biuro Antykorupcyjne zakończyło kontrolę w TVP i stwierdziło, że w badanym zakresie nie wykryto nieprawidłowości. Wspomniałem już o hucpie związaną z Festiwalem w Opolu w ubiegłym roku. Okazuje się, że były zakusy, aby podobnie stało się teraz. Tym razem jednak atak przyszedł ze strony środowisk prawicowych.

Polskie Radio i Telewizja Polska to dobra ogólnonarodowe i nie tylko powinny takimi pozostać, ale również cieszyć słuchaczy i telewidzów. Dziś TVP i PR (oraz Polska Agencja Prasowa) stanowią część infrastruktury takiej samej jak drogi, łączność, wodociągi, kanalizacja. Należy też pamiętać o zasobach archiwalnych, które stanowią wielką skarbnicę polskiej kultury XX wieku. Wydaje się uzasadnione i konieczne aby media publiczne dalej prosperowały. Pytanie jak to zagwarantować?

Jarosław Sellin – Wiceminister Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiedział finansowanie mediów publicznych z budżetu. Generalnie świadczy to o kompromitacji Rady, której członkowie cierpliwie od ponad dwóch lat pobierają co miesiąc ministerialne wynagrodzenia, a nie potrafią zaproponować prostej ustawy, dotyczącej racjonalnego poboru abonamentu, choć, ponoć projekt był już od dawna gotowy. Moim zdaniem TVP i PR nie powinny być spółkami akcyjnymi tylko agencjami rządowymi. Te media nie powinny również czerpać profitów z reklam, bo tak rozumiem zapowiedź przejścia radia i telewizji na garnuszek Skarbu Państwa. Jednocześnie należy zauważyć, ze klęska w sprawie ustawy w sprawie abonamentu to również sukces dostawców usług telewizyjnych, którzy nie będą płacić za udostępnianie oferty mediów publicznych widzom i słuchaczom.

Cóż, wydarzenia w mediach publicznych to ciągły serial, przypominający „operę mydlaną”. Zastanawiam się jednak czy widzowie i słuchacze tego na prawdę oczekują?

Historia kolekcji książąt Czartoryskich jest długa i skomplikowana, a przy tym godna serialu na miarę hitu TVP „Korona Królów”. Początki największego polskiego zbioru dzieł sztuki sięgają roku 1798, kiedy Izabela Czartoryska zaczyna budowę Świątyni Sybilli w Puławach, która następnie stała się pierwszym polskim muzeum narodowym.

Nic zatem dziwnego, że po raz kolejny kolekcja Czartoryskich staje się dla mnie ważnym tematem. Być może tylko dzięki temu, że był to prywatny majątek, dzieła przetrwały rozbiory, dwie wojny światowe i czasy komunizmu. Warto w tym miejscu nadmienić, że kolekcja Czartoryskich nie zawsze też była w Polsce. Po Powstaniu Listopadowym car skonfiskował majątek magnackiego rodu. Dlatego kolekcja sztuki ze względów bezpieczeństwa została wywieziona do Paryża. Podczas I pierwszej wojny światowej zbiory trafiły z kolei do Drezna. Gdy w Europie zapanował pokój, zbiór wrócił do Polski. Zaraz po wybuchu II wojny światowej kolekcją zainteresowali się Niemcy. Na szczęście dzieła wróciły do Polski w 1946 r.

Trzy lata później kolekcja, podobnie jak większość szlacheckich dóbr, została przejęta przez komunistyczny rząd. Dla przyszłości kolekcji było to poważne zagrożenie. Gospodarstwa rolne, które należały do książąt i z których czerpano dochody utrzymywały puławskie muzeum, w którym znajdowała się kolekcja.

W zaistniałej sytuacji Polska Ludowa „wzięła” kolekcję „w zarząd i użytkowanie” i włączyła do zasobów Muzeum Narodowego w Krakowie, jako zbiory Czartoryskich. Sprawa kontrowersyjnego statusu kolekcji budziła jednak niepokoje muzealników. Jeszcze w 1986 r. prof. Zdzisław Żygulski zgłosił pomysł wypłacenia rodzinie Czartoryskich odszkodowania za przekazanie na rzecz państwa unikatowej kolekcji. Transakcja może by się nawet udała, gdyby nie propozycja rozliczenia w węglu! Co jakiś czasu pojawiały się kolejne koncepcje uregulowania statusu zbioru, wszystko nadaremnie. Dopiero 29 grudnia 2016 r., po blisko rocznych, poufnych negocjacjach, wyjątkowa kolekcja Czartoryskich za sprawą Piotra Glińskiego, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, przeszła na własność Skarbu Państwa. Tak miała skończyć się wielka epopeja największego zbioru dzieł sztuki, z których wiele dokumentuje historię Polski. Miała, ale nie skończyła.

Polska odkupiła zbiór za symboliczne 100 mln euro. Symboliczne, bo według szacunków to zaledwie 3 proc. wartości zakupionych dzieł. Kwota jednak pobudza wyobraźnię. Środki trafiły do fundacji Książąt Czartoryskich, czyli właściciela kolekcji. Najpierw opinia publiczna była epatowana ilością pieniędzy, a kiedy wszystko w tej sprawie wyjaśniono, wybuchła nowa, sztuczna afera związana z faktem, że większość środków ze sprzedaży trafiła do fundacji Le Jour Viedra w Liechtensteinie. Adwersarze byli zdumieni, że tyle pieniędzy znalazło się poza Polską! Liderami podsycania niezdrowej atmosfery są niestety: Tamara Czartoryska, kontrowersyjna celebrytka, a prywatnie córka prezesa fundacji – księcia Adama Czartoryskiego, która rozpowiada na salonach wymyślone przez siebie historie oraz politycy Platformy Obywatelskiej i partii Razem, zainteresowani skandalem, który pozwala im zaistnieć medialnie.

Dla mnie sprawa jest bardzo prosta. Jeśli w całym procesie zaszły jakieś nieprawidłowości, to aby je wyjaśnić, należy się zwrócić do organów takich jak CBA czy CBŚ, a przede wszystkim iść do sądu. Z kolei wylewanie frustracji, że resort kultury nie zadziałał wcześniej i nie uregulował statusu kolekcji Czartoryskich, co oznacza, że miał korzystać z czegoś, co nie jest jego własnością, wykorzystując bezprawnie swoją pozycję i kruczki prawne, jest żenujące. To jednak typowe dla komunistycznego myślenia: mieć coś, co jest cudzą własności i czerpać z tego korzyści na własny użytek i rachunek! Warto w tym miejscu przypomnieć, że rodzina Czartoryskich, tak jak wiele innych zasłużonych dla polskiej historii rodów, zaznały w czasie PRL ogrom krzywd, za które wolna już Rzeczpospolita Polska nie raczy odpowiadać. I słusznie, ale może je naprawić! Chodzi oczywiście o zwrot majątków zagrabionych przez komunistów.

Wszczynanie awantur tylko dlatego, że środki pozyskane ze sprzedaży kolekcji zostały zdeponowane w zagranicznym banku, to już zupełny obłęd. W ten sposób powraca pierwotny sposób komunistycznego myślenia: tak jak kolekcja, która należała do Czartoryskich była poza jej władaniem, to samo powinno stać się z pieniędzmi za jej sprzedaż! Ręce opadają.

Słynna kolekcja Czartoryskich została kupiona przez państwo Polskie. To działanie, z natury rzeczy, które można uznać za doniosłe i chwalebne spotkało się też z krytyką.

Tak zwana kolekcja Czartoryskich to obecnie zbiór ok. 86.000 eksponatów muzealnych, w tym 593 obrazy, m.in. „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci i „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta, portrety Jagiellonów pędzla Lukasa Cranacha Młodszego oraz dzieła Andrei Mantegni, Michele Tosiniego czy Michele da Verony. Są także grafiki Rembrandta, Martina Schongauera, rysunki Augusta Renoira. Zbiór to także ok. 250.000 obiektów bibliotecznych: książek, rękopisów, starodruków i druków ulotnych m.in.: oryginał unii horodelskiej z 1413 r., czyli umowy zawartej między Polską i Litwą, akt hołdu pruskiego z 1525 r., rękopisy „Roczników” Jana Długosza, archiwum Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz archiwum Wielkiej Emigracji 1830 r., a także listy i teksty najważniejszych polskich poetów: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego, Juliana Ursyna Niemcewicza.

Właścicielem unikalnego zbioru była Fundacja XX Czartoryskich. To ona zgodziła się sprzedać państwu Polskiemu, dzięki inicjatywie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego,  całą kolekcję wraz z budynkami w Krakowie za umowne 100.000.000 euro. Wydatek wielki i z pewnością przekraczający wyobraźnię przeciętnego podatnika. Warto jednak zauważyć, że tylko sama „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci, jest  ubezpieczony na kwotę 1.400.000.000 zł, więc gdyby nawet przedmiotem transakcji był tylko ten jeden obraz należy uznać przedsięwzięcie za bardzo korzystne dla Polski, a przecież cała kolekcja jest wyceniana na ponad 40.000.000.000 euro. Muzealnicy, historycy sztuki od lat postulowali przejęcie na własność polskiego państwa bezcennej dla naszej historii kolekcji książąt Czartoryskich. Ta decyzja zabezpiecza w większym zakresie prawo własności narodu polskiego, bo czymś innym jest depozyt, a czymś innym bycie właścicielem.

Niemniej pojawiają się pytania, czy trzeba było płacić za coś, co księżna Izabela Czartoryska dawno temu i tak przekazała narodowi? Czy trzeba było wydawać pieniądze skoro cała kolekcja i tak była „internowana” w Polsce? To już jest taka polska praktyka myślowa: masz prawo posiadać ziemię, co nie oznacza, że możesz nią dysponować, posiadasz za to obowiązek płacenia podatków od nieruchomości. Masz prawo posiadać budynek, ale nie masz prawa decydować o tym kto w nim mieszka, masz natomiast obowiązek nie tylko płacić z tego tytułu podatki i musisz łożyć na jego funkcjonowanie. Możesz mieć ziemię, ale nie masz prawa na niej wycinać drzew, za to  masz obowiązek odpowiadania jeśli takie drzewo ułamie się i kogoś skrzywdzi. Krótko mówiąc prawo własności w Polsce jest mocno ograniczone, nieproporcjonalnie do obowiązków i odpowiedzialności z tym związanej.

Być może jest dyskusyjne czy lub w jakim stopniu kolekcja Czartoryskim powinna zostać zwrócona w 1991 roku spadkobiercom, którzy na tę okoliczność powołali specjalną Fundację do opieki nad zbiorem. Są to jednak obecnie dywagacje czysto akademickie, jako, że do tej pory państwo Polskie nie wypracowało żadnego jednoznacznego stanowiska w sprawie zwrotu tego co PRL sobie zawłaszczył, a Muzeum Czartoryskich było przecież finansowane właśnie ze specjalnie do tego przeznaczonego majątku ziemskiego należącego do 1945 roku do tej rodziny. Od 1991 roku korzystanie, dbanie o kolekcje było przedmiotem relacji pomiędzy Fundacją a muzealnikami reprezentującymi państwo Polskie. Dla mnie te związki nie są czytelne. Dlatego cieszę się, że za kwotę 100.000.000 euro ten wielki zbiór dóbr kultury znalazł się w rękach jednego właściciela, który teraz będzie brał pełną odpowiedzialność za tę kolekcję. Czy dobrze się stało, że kolekcja jest w rękach państwa? Jak najbardziej. W ten sposób Ministerstwo zabezpieczyło polski interes. Przejmując kolekcję, potwierdziło, że dzieła sztuki i zabytki na zawsze będą dostępne dla nas wszystkich i nie znajdą prywatnego nabywcy.

Być może niektórych ciekawi co Fundacja zrobi ze środkami pozyskanymi ze sprzedaży? Jednym z podstawowych kierunków działania jest ochrona zabytków oraz propagowanie historii i tradycji,  w tym związanej z rodziną Czartoryskich i rodzin spokrewnionych. Z zapowiedzi wynika, że w planach jest pomoc finansowa w edukacji młodzieży z dawnych kresów Rzeczypospolitej, a także fundowanie stypendiów młodzieży wybitnie uzdolnionej w bardzo różnych dziedzinach. Innym możliwym kierunkiem jest wspieranie projektów medycznych i innowacyjnych.

Karnawał artystyczny związany z konkursem „Piórko 2015” trwa. W czerwcu wyłoniono zwycięski tekst Katarzyny Szestak książki dla dzieci w wielu 4 -1O lat, z pośród ponad 4 tysiące propozycji. Teraz przyszedł czas na rozstrzygnięcie czyje prace plastyczne ozdobią publikację.

Obserwuję konkurs „Piórko 2O15” od początku czyli od marca kiedy został ogłoszony. Przyglądam mu się z zainteresowaniem, ze względu na rozmach i pomysłowe budowanie fabuły całego wydarzenia. Nagrody to 1OO.OOO złotych dla autora tekstu, a teraz tyle samo dla twórcy ilustracji. Jednak to nie będzie koniec, bo jeszcze zapowiedziano uroczystą premierę wydanej książki. Takie oto pomysły na promocję twórców i czytelnictwa wśród dzieci, ma pewien dyskont „Biedronka”, należący do Jeronimo Martins Polska. Co w tym czasie robi powołane do takich wydarzeń tzw. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego? Tego nie wie nikt. Prawdopodobnie dlatego, że działalność resortu jest utajniona. Rzecznik prasowy nie odpowiada nawet na listy. Prawdopodobnie Ministerstwo zeszło do podziemia. Niestety nie wiem przed kim się ukrywa, a może zapadło się ze wstydu pod ziemię?

Na konkurs napłynęło ponad 1.OOO propozycji prac. To imponująca aktywizacja osób przejawiających zdolności plastyczne. Ich oceną zajęło się jury w składzie: Bohdan Butenko – wybitny ilustrator książek, laureat wielu nagród polskich i zagranicznych, Kawaler Orderu Uśmiechu, Katarzyna Nowowiejska – absolwentka malarstwa, autorka ilustracji do książek, tworząca aplikacje mobilne i filmy animowane, Aleksandra Krzanowska – autorka ilustracji do podręczników i wydawnictw edukacyjnych oraz  Elżbieta Śmietanka-Combik – ilustratorka podręczników szkolnych i książek dla dzieci. Zadanie przed wybierającymi musiało być trudne, bo z pewnością co najmniej kilkanaście prac było na najwyższym poziomie, a trzeba było wybrać tylko jedną! To musiał być trudny wybór.

Laureatem została pani Natalia Jabłońska, pochodząca ze Stalowej Woli, 22-letnia studentka krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jej prace zyskały uznanie jurorów ze względu na wysoką jakość artystyczną i dbałość wykonania projektów, spójność z tekstem literackim, a także dopasowanie do możliwości poznawczych dzieci w wieku 4-1O lat. Teraz, czekam do listopada, kiedy ma się odbyć premiera książki.

Co mają sklepy spożywcze do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego? To, że po akcji „Piórko” zorganizowanej przez Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci „Biedronka”, Pani Małgorzata Omilanowska Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinna albo spalić się ze wstydu, albo skorzystać z ostatniej ewakuacji rządowej i zniknąć.

Biedronka wiosną ogłosiła konkurs literacki „Piórko 2015”, na książkę w wieku 4 – 10 lat. Ufundowano nagrodę 100.000 złotych. Efekt? Napłynęło ponad 4 tysiące propozycji. To zapewne przerosło nawet oczekiwania organizatorów. Jestem tym zafascynowany. Okazuje się, że w społeczeństwie, w którym statycznie każdy czyta półtorej książki rocznie, wliczając w to książki kucharskie, telefoniczne oraz życzeń i zażaleń, kilka tysięcy ludzi jest zainteresowanych pisaniem. Poziom musiał być wysoki, skoro po preselekcji zostało nadal aż 100 utworów.

Jury w składzie Agnieszka Karp-Szymańska, Renata Piątkowska, Jarosław Gugała oraz Rafał Witek wybierając najlepszą propozycję kierowało się następującymi kryteriami:

• warstwą językową (w tym jej poprawnością),
• jakością artystyczną,
• oryginalnością i
• dostosowaniem do możliwości poznawczych dziecka w wieku od 4 do 10 lat.

Spełnienie przez prace konkursowe wszystkich kryteriów pozwoliło zawęzić spektrum propozycji, tak, że w efekcie udało się wybrać zwycięską oraz na wszelki wypadek 5 rezerwowych.

Zwycięska praca Katarzyny Szestak (wielkie brawa i gratulacje!), zdaniem jury, „ma ciekawą konstrukcję, dobrze się ją czyta. Jest bardzo kreatywna w warstwie językowej, a jej forma jest świetnie dopasowana do opowiadanej historii. Tekst mówi o rzeczach ważnych zarówno w świecie dzieci, jak i dorosłych. Wzbogaca wyobraźnię czytelników, a także uczy abstrakcyjnego myślenia. Podkreśla wartość przyjaźni, co stanowi walor wychowawczy. W treści splatają się elementy baśniowe oraz poetyckie, a wartka akcja prowadzi do optymistycznego zakończenia. Uniwersalny charakter umożliwia wszelkie działania aktywizujące. Utwór może być punktem wyjścia do wartościowej rozmowy z dzieckiem.” Teraz rozpoczął się drugi etap konkursu na ilustracje do książki. Nowe 100.000 złotych nagrody z pewnością spowoduje wielka aktywizację osób, zajmujących się szeroko rozumianą plastyką.

Dlaczego uważam, że Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinna odejść? Albowiem Biedronka zdemaskowała bierność urzędników, którzy poza trwaniem niewiele potrafią. Jestem pod wielkim wrażeniem aktywności literackiej jaką potrafiła wywołać sieć sklepów spożywczych. Za kilkaset tysięcy złotych Biedronka zorganizowała imponującą akcję literacką, przemyślaną, długofalową i efektowną, a także pożyteczną i pragmatyczną. Uświadamiam też sobie, że coraz więcej przedsiębiorstw wyręcza dobrowolnie państwo z jego obowiązków, które powstrzymuje się od realizacji zadań, do których samo się zobligowało.

W obecnym kształcie MKiDN jest nikomu, poza zatrudnionymi tam, niepotrzebne. W 2013 roku podobno blisko 2 tysiące pracowników kosztowało podatników 90 milionów. Statystycznie zarabiają oni ponad 6 tysięcy złotych miesięcznie. To kosmiczne kwoty, biorąc pod uwagę efekty pracy, w porównaniu z na przykład przedsięwzięciem literackim Biedronki. Zadałem kilka dni temu pytanie rzecznikowi ile osób pracuje w Ministerstwie Kultury, jednak albo nie wie, albo zabrakło mu Kultury, żeby odpowiedzieć. Tak czy owak milczenie jest wymowny symbolem wyobcowania Ministerstwa ze świata, dla którego ma działać i za pieniądze którego niepotrzebnie istnieje.

Nagle Polska zamarła, podobnie jak w czasach starożytnego Egiptu, w związku z zaćmieniem słońca. Nikogo jednak nie wzrusza powszechne zaćmienie umysłu widoczne na każdym kroku, permanentnie. Jedną z przyczyn ogólnopolskiego otumanienia jest dramatycznie niski poziom czytelnictwa.

Statystyczny Polak czyta półtorej książki rocznie, a przecież część ludzi zawyża tę statystykę, albowiem muszą czytać książki zawodowo. Prawdopodobnie częsty kontakt z lekturami mają też osoby uczące się. Według najnowszych badań TNS Polska przeprowadzonych na zlecenie Biblioteki Narodowej, aż 58 proc. Polaków deklaruje, że nie czyta książek. To pokazuje skalę katastrofy. Na wszelki wypadek nie przeprowadza się badań na umiejętność czytania ze zrozumieniem.

Wśród wniosków z badania znalazła się rekomendacja, że nawyk czytania dobrze wykształcić jak najwcześniej u dzieci przez rodzinę i przyjaciół. Jest to ważne, albowiem system edukacji jest tak beznadziejny, że szkoła nie jest w stanie podołać temu zadaniu. Okazuje się poziom czytelnictwa po ukończeniu edukacji spada.

Tam gdzie swoich statutowych zadań nie potrafią zrealizować piękne i zakochane w sobie Ministerstwo Edukacji Narodowej i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego na ratunek przychodzi popularna sieć dyskontowa Biedronka należąca do Jeronimo Martins Polska. Dla nich inercja urzędników jest pożywką. Dlatego postanowili zorganizować konkurs na książkę dla dzieci. Nagroda dla zwycięzcy to 100.000 złotych. To bardzo dużo pieniędzy. Tyle wynosi nagroda literacka Nike. Co więcej taka sama nagroda jest przeznaczona dla artysty, który zadba o szatę graficzną. Honorowy patronat nad konkursem objął Rzecznik Praw Dziecka, Marek Michalak, zaś w jury zasiądzie m.in. reprezentant wydawnictwa Zielona Sowa, dziennikarz Jarosław Gugała, autorka książek dla dzieci Renata Piątkowska czy ilustrator Bohdan Butenko.

Nagrodzona książka ma być wydana w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy i być dostępna w ponad 2.600 sklepach Biedronki w całej Polsce. Celem akcji jest zatrzymanie spadku zainteresowania książkami wśród dzieci. Przy okazji konkursu Biedronka ma przeprowadzać akcje, promujące książki jako najlepszą drogę rozwoju dziecięcej wyobraźni i intelektu. Jednak to przedsięwzięcie to nie jest czysta filantropia. Literatura staje się nieodłączną ofertą dyskontów. Cały rynek książek w Polsce wycenia się na 2,6 mld złotych. Biedronka może w ciągu jednej akcji sprzedażowej osiągnąć przychody na poziomie 10 mln złotych. Tak było w 2014 roku, kiedy w ramach akcji „Tanie czytanie” do sklepów sieci Biedronka miały trafić 2 mln egzemplarzy książek po 4,99 zł

To, na co Ministerstwa potrzebują pieniądze wyszarpywać z kieszeni podatników i jest z definicji deficytowe, to prywatni przedsiębiorcy potrafią przekłuć na pieniądze. Oczywiście opisany przypadek nie jest panaceum na wszystkie dolegliwości, pokazuje jednak, że czasem dwie nogi to lepiej niż cztery. Aby zrozumieć aluzję poprzedniego zdania, trzeba czytać książki. Proszę jednak tego nie traktować ani jako sprawdzian, ani jako kolejne badanie.