Archiwa tagu: Ministerstwo Obrony Narodowej

Instytut Jagielloński w swojej analizie pisze, że: „Polska utraciła zdolność do obrony wód Bałtyku przed rosyjskimi okrętami podwodnymi, którym nie mamy jak się przeciwstawić”. Metaforycznie rzecz ujmując, można powiedzieć, że polska Marynarka Wojenna ulega biodegradacji. Może jest to zjawisko zgodne z ekologicznym nurtem myślenia, z pewnością jednak stanowi dramatyczne zagrożenie w przypadku akcji militarnych na Bałtyku.

Mało kto się tym interesuje, bo teraz euforie wywołuje zakup samolotów F-35. Mało istotne, że pierwsze dwie maszyny znajdą się na stanie uzbrojenia polskiego wojska dopiero za 5 lat, a następne jeszcze później. Tak więc nie doczekają tego wiekopomnego wydarzenia dopiero wybierani w październiku parlamentarzyści. Jeszcze mniej istotne wydaje się, że co prawda samoloty będą w Polsce, jednak kody do maszyn pozostaną w Stanach Zjednoczonych, co oznacza, że każde użycie F-35 będzie wymagało autoryzacji Amerykanów.

Samoloty wojskowe mają taką właściwość, że potrzebują wsparcia na lądzie i wodzie. Jedyny potencjalnie nadający się do użytku okręt podwodny Marynarki Wojennej, ORP Orzeł, czeka na naprawę. Formalnie są jeszcze dwa sędziwe okręty typu Kobben, które w przyszłym roku zostaną wycofane, więc tak jakby ich już nie było.

Była idea zakupu nowych okrętów podwodnych z rakietami manewrującymi jednak została formalnie odłożona na czas kolejnego parlamentu, a zatem w zasadzie ad acta. Podobno w tej sytuacji myśli się o jakimś  tzw. rozwiązaniu pomostowym: wynajmie lub zakupie do momentu oddania do użytku nowej jednostki używanego okrętu podwodnego. To stara koncepcja. Próbowano już zakupić z Australii jednostki, które miały pójść na złom.

Rozwiązanie pomostowe to są mrzonki. W procesie decyzyjnym ma brać udział sześć instytucji: Ministerstwo Obrony Narodowej, Sztab Generalny Wojska Polskiego, Inspektorat Marynarki Wojennej, 3 Flotylla Okrętów, Inspektorat Uzbrojenia i Departament Polityki Zbrojeniowej MON. Procedura wyboru, sprawdzenia stanu technicznego, podpisania umowy, wykonania koniecznych prac remontowych, naprawczych, wyboru dostawcy technologii, wyszkolenia załogi zajmie kilka lat. Wielu ludzi będzie mieć zajęcie i pobierać za nie wynagrodzenie. Jednak czy jest sens tak wieloletniego angażowania na prowizorkę?

Cóż, polska Marynarka Wojenna dryfuje na manowce. To bardzo dziwne, bo wydawało się, że Zjednoczonej Prawicy, która dzierży władzę już 4 lata, sprawy obronności są bliskie i ważne.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Był czas spokoju. Wydawało się, że granice Polski są bezpieczne. Niestety agresywne zachowania różnych państw: militarne, polityczne i propagandowe każą uważać, że sytuacja staje się dużo poważniejsza.

Wojna w Gruzji w 2008 r. i pozbawienie tego kraju części terytorium, oderwania wschodniej części Ukrainy oraz aneksja Krymu pokazują, że w najbliższym sąsiedztwie Polski sytuacja staje ryzykowna. Zagrożenia stają się coraz bardziej realne. Co prawda Polska należy do NATO, jednak z tego faktu nie należy wyciągać jednoznacznej przesłanki o bezpieczeństwie. W ubiegłym wieku już padło stwierdzenie ze strony naszych sojuszników, że „nie będą umierać za Gdańsk”.

Trzeba też pamiętać, że pomiędzy członkami NATO wzmagają się podziały, a nawet konflikty (sytuacja polityczna związana z zachowaniem Turcji, ingerencje w wybory, wojna dezinformacyjna, wspieranie partii radykalnych, projekty przemysłowe o charakterze politycznym, takie jak NordStream 2, etc.). To sprawia, że Pakt Północnoatlantycki nie jest obecnie tak pewnym gwarantem bezpieczeństwa jak kiedyś. Aby liczyć na wsparcie ze strony innych trzeba być silnym i atrakcyjnym partnerem, tak, żeby zagrożenie dla Polski było realnym zagrożeniem również dla interesów sojuszników.

Nie ma obecnie pewności, że atak na polskie terytorium lub strategiczne interesy spotka się z oczekiwaną reakcją naszych sojuszników. Czy powtórzyć się może sytuacja z roku 1939? Niestety, w przypadku konfliktu Polska jest zależna od dobrej woli sojuszników – nie dysponuje własnymi zdolnościami militarnymi, żeby odeprzeć atak. Nie jest też w stanie samodzielnie odstraszyć wroga (np. mocarstwa dysponującego bronią atomową) groźbą zadania jej wystarczająco dotkliwych strat by uczynić agresję nieopłacalną. Odstraszanie w polskich realiach musi więc opierać się na zagwarantowaniu sojuszniczej reakcji. Do tego potrzebne jest Polsce wiarygodne militarne narzędzie, które taką reakcję wymusi. Oczywiście ostatnio Ministerstwo Obrony Narodowej przyspieszyło zakupy – choćby w zakresie śmigłowców w Mielcu i zapewnienie o zakupie takowych też w Świdniku, ale to ciągle mało, to niestety odstraszać nie będzie.

Na obecnym etapie rozwoju technologii, uwarunkowań politycznych i możliwości finansowych Polska potrzebuje czegoś więcej – np. rakiet manewrujących przenoszonych przez okręty podwodne. Dysponowanie taką bronią jest możliwe w dwóch przypadkach:

  • odstraszanie przeciwnika poprzez groźbę uderzeń rakietowych, co może zapobiec rozwinięciu się konfliktu,
  • spowodowanie (właśnie dzięki posiadaniu własnej, polskiej zdolności do eskalowania konfliktu) zaangażowania się w rozwiązanie konfliktu sojuszników Polski, przede wszystkim poprzez uruchomienie artykułu 5 traktatu o NATO.

O tym uzbrojeniu mówi się u nas od lat, mało tego Ministerstwo Obrony Narodowej ma gotowe oferty w tym zakresie, ale jakoś tak od lat jest to rozwiązanie odkładane na później.

Odstraszanie (groźba uderzeń rakietowych) jest wiarygodne dla potencjalnego agresora, kiedy ma ono charakter stały. Sprzęt, na którym znajdują się rakiety musi być trudny do zniszczenia, a ewentualne kontrataki muszą być wystarczająco precyzyjne. Wszystkie te kryteria spełniają jedynie okręty podwodne z rakietami manewrującymi. Przed nimi nadal trudno się bronić. Ataki przeprowadzone, przy użycie tego typu broni, na kluczowe cele, przy użyciu rakiet manewrujących, będą miały znaczenie strategiczne, o wiele większe niż siła samych uderzeń. To sprawia, że okręty podwodne z rakietami manewrującymi to idealna broń dla słabszej strony potencjalnego konfliktu, umożliwiające na zmniejszenie dysproporcji w potencjale wobec strony silniejszej.

Stąd też dziwi mnie opieszałość w podjęciu decyzji o uzupełnienie polskiej armii o tego typu rodzaj uzbrojenia. Zwłaszcza, że może to być robione w oparciu o krajową infrastrukturę przemysłową, co oznacza, że środki przeznaczone na ten cel zostaną wydane w Polsce. Będzie mieć to zatem znaczenie zarówno dla potencjału obronnego, jak również rozwoju krajowej gospodarki.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytut Biznesu

Media od dłuższego czasu donoszą o złej kondycji niemieckiej armii w kontekście jej wyposażenia. Agencja Informacyjna wręcz pyta: „Czy rzeczywiście Niemcy są gotowy chronić wschodnich partnerów Unii Europejskiej? Jeśli nawet „tak” czy mają takie możliwości? Tutaj coraz trudniej o twierdzącą odpowiedź.”

Cóż, nie czuje się kompetentny do wypowiada się w sprawach wojskowych, a zwłaszcza sojuszy. Niemniej polskie doświadczenia w tej mierze są raczej pesymistyczne. Jeśli zaś chodzi o Niemcy to nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w historii w konfliktach zbrojnych wspierali oni Polskę. Może jednak kiedyś to się zmieni? Mam nadzieję, że nie dojdzie do sytuacji kiedy Polska będzie weryfikowała taką sytuację.

Portal „Wirtualna Polska” donosi: „Gotowość bojowa niemieckiej armii pozostawia wiele do życzenia. Problemy dotyczą też nowego sprzętu wojskowego. Z dostarczonych w ubiegłym roku ponad 70 transporterów nawet połowa nie ma gotowości bojowej. Resort obrony Niemiec ma największe problemy z samolotami transportowymi A400M – z ośmiu sprawnych jest połowa.” Podobna sytuacja dotyczy śmigłowców bojowych typu „Tiger” z roku 2017, z których siedmiu dwa są sprawne i gotowe do użycia, z siedmiu śmigłowców transportowych NH90 tylko cztery. Z czterech nowych myśliwców Eurofighter użyty może być zaledwie jeden. Resort obrony Niemiec ma także problemy transporterem opancerzonym Puma. Informacje te sugerują, że uzbrojenie niemieckiej armii cierpi na jakąś epidemię, bo trudno sobie wyobrazić, żeby w tak wielu sprawach sytuacja wyglądała tak poważnie.

Dlaczego interesują się sprawą kondycja niemieckiej armii? Przede wszystkim ze zdziwienia, że dotyczy najpotężniejszego państwa w Unii Europejskiej. Drugi powód, to pojawiające się w mediach informacje, że polska armia planuje dokonywać zakupów u zachodnich sąsiadów. Stąd rodzi się pytanie „Jaki, albowiem, powinien być sprzęt wojskowy?” Po pierwsze nowoczesny i niezawodny – to warunki łączne. Po drugie: łatwo dostępny i zapewniający bezpieczeństwo serwisowe. Po trzecie: cena – o której trudno dyskutować, bo przeważnie są to informacje objęte tajemnicą handlową, a poza tym sprzęt wojskowy to nie towary w supermarkecie, gdzie stosunkowo łatwo porównywać podobne wyroby różnych producentów.

Przyjmując takie założenia, trzeba szukać przede wszystkim nowoczesnego i pewnego sprzętu wojskowego, najlepiej takiego, który jest produkowany możliwie blisko, co oznacza, że w Polsce. W przypadku wielu maszyn bojowych polski przemysł obronny nie dysponuje wystarczającą wiedzą. Jednak tę można pozyskać w wyniku kooperacji z światowymi gigantami. Przykładem takiego współdziałania może być chociażby, produkujący helikoptery PZL Świdnik należący do Leonardo Helicopters. Czy odkrywam jakąś prawdę? Moim zdaniem nie. Moje konkluzje wydaja mi się oczywiste. Zaskakuje mnie jednak to, że ciągle pojawiają się inicjatywy wskazujące, że sposób myślenia może być inny.

Zyski i straty – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów, Instytut Biznesu

„Jaki tu spokój, na, na, na, nic się nie dzieje, na, na, na” – śpiewał kilka lat temu zespół Stauros. Przeważnie taka sytuacji jest przed burzą. Oby tym razem było inaczej.

Od dłuższego czasu obserwuję proces modernizacji i dozbrajania polskiej armii.  Jestem nawet autorem analizy „Transformacja polskiej obronności”. Swego czasu Instytut Biznesu, który reprezentuje, był również organizatorem konferencji „Wojsko – koło zamachowe gospodarki”. Oznacza to, że przyglądam się sprawom uzbrojenia zarówno od strony wojskowej jak i ekonomicznej. To ważne, albowiem ani wojsko, ani ekonomia nie są samotnymi wyspami tylko stanowią ważne elementy, od których zależy pomyślna przyszłość.

Dużą nadzieję pokładem w walnym spotkania Rady Budowy Okrętów. Jego celem miała integracja tez niezależnych dokumentów „Strategicznej Koncepcji Bezpieczeństwa Morskiego RP” i „Strategicznego Przeglądu Obronnego” w jedną koncepcję użycia Marynarki Wojennej. Nadzieję pokładałem w tym, że przedstawiciele RBO uczestniczyli w pracach nad tymi dokumentami.

Niestety spotkanie nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Fundamentalną przyczyną było oczywiście to, że Rada Budowy Okrętów nie posiada kompetencji decyzyjnych. Ponadto na zebraniu nie było przedstawicieli Ministerstwa Obrony Narodowej oraz reprezentacji Inspektoratu Marynarki Wojennej i Inspektoratu Uzbrojenia. 

Niewiele to zmienia skoro takie profesjonalnemu gronu nie udało się wypracować jednego, wspólnego stanowiska. Przyczyną była różnica zdań pomiędzy uczestnikami. Z jednej strony pojawili się teoretycy, dla których istotne są dokumenty, analizy i teorie. Odmienne zdanie mieli pragmatycy czyli osoby związane z przemysłem obronnym. Mam wielki szacunek dla analiz i strategii, zwłaszcza jeśli ich skutkiem mają być wieloletnie, wielomiliardowe decyzje finansowe. Niestety stwierdzam, że te dokumenty są produkowane jedne po drugim, pochłaniając energię, uwagę i czas. Natomiast sprawa uzbrojenia Marynarki Wojennej stoi zupełnie w miejscu. Wygląda to tak jakby ktoś świadomie paraliżował, i to od lat, jakieś decyzje uzbrojeniowe.

Jak się okazuje przejęcie kontroli przez Ministerstwo Obrony Narodowej nad Stocznią Szczecińską i Stocznią Marynarki Wojennej nie wiele zmieniło. Może przyczyną jest wymiana praktycznie całego kierownictwa resortu? Czas jednak płynie nieubłaganie. Nic nie robienie jest też bardzo kosztowne, a przypadku modernizacji uzbrojenia również bardzo ryzykowne. Życie, a zwłaszcza sprawy obronności, to nie piosenka. Armia potrzebuje trafnych i szybkich decyzji, które pozwolą na wykorzystanie polskiego potencjału stoczniowego znajdującego się pod kontrolą rządu oraz dozbrojenia.

Szybkie wsparcie dla armii jest możliwe dzięki współpracy z francuską stocznia DCNS, wyspecjalizowaną w budowie okrętów podwodnych. W tej sprawie Polska Grupa Zbrojeniowa zawarła już porozumienie, które przewiduje transfer francuskich technologii do polskich spółek stoczniowych. Chyba warto kontynuować tę współpracę, która da nowy impuls polskich stoczniom, krajowe uzbrojenie dla Marynarki Wojennej oraz wzrost potencjału gospodarczego. Oczywiście można czekać dalej, pytanie brzmi tylko na co? Czy jest jakaś racjonalna alternatywa czy tylko marzenie o kolejnych raportach, analizach i dokumentach?

Jaki tu spokój, na, na, na, nic się nie dzieje, na, na, na…….

 

Fake newsy czyli fałszywe, świadomie tworzone kłamliwe informacje rozprzestrzeniają się szybciej niż dżuma, a skutkach mogą być bardziej niebezpieczne od epidemii. Kształtują opinię publiczną i wpływają nastroje społeczne. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że świadome zarządzanie dezinformacją jest częścią większego planu strategicznego.

Przykładem, do budowania powyższych refleksji, może być sprawa zakupu uzbrojenia dla polskiej armii. Otóż, w czasie wizyty Ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza w Paryżu 13 września br. portal Onet.pl zamieścił sensacyjny artykuł, oparty na informacjach anonimowych „źródeł zbliżonych do francuskiego odpowiednika MON”. W tekście pojawiła się wiadomość o rzekomym szantażu francuskich rozmówców Ministra w sprawie sprzedaży Polsce okrętów podwodnych razem z rakietami manewrującymi. Zdaniem twórcy informacji, Francuzi mieli, ponoć, odmawiać osobnej sprzedaży produkowanych przez siebie rakiet, w przypadku wyboru przez MON niemieckich okrętów podwodnych. To właśnie niemieckie okręty uważane są przez, nomen omen, należący do Niemców portal Onet.pl za faworytów w wyścigu o polskie zamówienie. Dodatkowo zasugerowano, że strona francuska miała uzależnić zgodę na sprzedaż okrętów od stosunków politycznych między oboma państwami.

Te fałszywe informacje, o francuskim szantażu i naciskach, zostały szybko podchwycone przez inne media. Żaden nowy publikator ich jednak nie zweryfikował, chociaż news natychmiast zdementował wiceminister obrony Michał Dworczyk, jeszcze podczas wizyty Ministra w Paryżu, mówiąc jasno, że nie ma żadnych problemów w relacjach z Francją, a wszystkie takie opowieści należy włożyć między bajki. Później tego samego dnia i w dniach kolejnych informacji Onetu nie potwierdził także sam główny uczestnik rozmów, Antoni Macierewicz, który powiedział podczas briefingu prasowego po zakończonym spotkaniu ze stroną francuską „To ciekawa oferta. Oferta, która na pewno ma przyszłość […] to, co tam zobaczyliśmy napawa optymizmem, co do potencjału francuskiego i skuteczności działania”.

W udzielonym „Naszemu Dziennikowi” wywiadzie Antoni Macierewicz dodał, że „silną stroną propozycji francuskiej jest to, że oferuje zarówno okręt podwodny, jak i rakiety manewrujące […] te rakiety są zintegrowane z okrętami wojennymi i ewentualny kontrakt obejmowałby zarówno budowę okrętów, jak i rakiet”. Zdaniem Ministra Obrony Narodowej „zarówno Szwedzi, jak i Niemcy oferują okręty, do których trzeba byłoby dokupować osobno rakiety i je integrować, co zawsze jest kosztowne i dyskusyjne”. Także w tych wypowiedziach nie słychać nic o rzekomym szantażu ani naciskach władz francuskich. Jak widać po wypowiedziach szefa MON Francuzi nie obrazili się na Polskę za zrezygnowanie z zakupu helikopterów Caracali. Za to bardzo się starają, aby przekonać resort obrony do zakupu okrętów i składają propozycje na tyle interesujące, że wymagają szybkich kolejnych rund rozmów.

To jeszcze nie koniec tej historii. Kilka dni temu RMF FM, a potem jeszcze kolejne media, powołując się na informacje z francuskiego portalu „Mer et Marine” znów informuje o rzekomych naciskach Francji, na Polskę, w sprawie zakupu okrętów, a źródłem tych informacji są „niektórzy obserwatorzy”. Tu cytat: „(…)Niektórzy obserwatorzy sugerują, że zakup okrętów podwodnych mógłby ocieplić polsko-francuskie relacje. Niedawne ataki prezydenta Emmanuela Macrona na polski rząd na unijnej scenie mogłyby zresztą – ich zdaniem – stanowić strategiczny środek nacisku, którego celem miało być zmuszenie do kupna Scorpenów 2000.” Dziwne w tym jest to, że w oryginalnym tekście francuskiego portalu takiej informacji nikt się nie doczyta. Kim zaś są „obserwatorzy”? Tego już nie wiadomo.

Czy to przypadek, że te fake newsy opublikowane zostały w momencie międzyrządowych rozmów w sprawie potencjalnego zakupu okrętów podwodnych od Francji? Może tak, a może to być też działanie inspirowane? Pojawiają się opinie, że to działanie stanowi próbę zdyskredytowania francuskiej oferty na rzecz niemieckiego dostawcy okrętów podwodnych, koncernu TKMS, wychwalanego na portalu Onet.pl. Być może nie jest przypadkiem, że działające w Polsce, ale należące do niemieckiego kapitału media posuwają się do manipulacji, aby wpływać na polską opinię publiczną, polityków i decydentów. Być może medium i jego właściciel nie ma tu nic do rzeczy. Trudno jednak dać wiarę, że przyczyną fałszywych informacji są nieidentyfikowani i nieweryfikowalni informatorzy, co do których można nabrać podejrzenia, że w ogóle nie istnieją.

Polski przemysł stoczniowy ma ogromy potencjał. Jednak od lat znajduje się w zapaści. Na ratunek przyszło Ministerstwo Obrony Narodowej, które poprzez zależne od siebie podmioty przejęło niedawno kontrolę nad Stocznią Szczecińską i Stocznią Marynarki Wojennej. Pozostaje pytanie co dalej?

Przejęcie kontroli przez państwo nad ważnymi obiektami przemysłowymi, nie oznacza automatycznie sukcesu. Aby było to możliwe w przejętych stoczniach konieczne jest uruchomienie produkcji. Mało tego, wytworzone statki muszą znaleźć nabywców. Dobrym klientem może być polska armia.

Jednak nawet polska armia musi kupić coś, co będzie przydatne wojsku. Ze względu na fakt, że o okręty marynarki wojennej, z uwagi na ich zabytkowy charakter, zabiega muzeum, pole do popisu jest duże. Pozostaje jeszcze pytanie czy polskie stocznie dysponują odpowiednią wiedzą i doświadczeniem, aby wytworzyć okręty wojenne, które okażą się przydatne na polu walki w XXI wieku?

Według mojej oceny doprowadzone do stanu agonii polskie stocznie nie dysponują obecnie nowoczesną myślą techniczną i wojenną pozwalającymi samodzielnie zaoferować uzbrojenie jakie może potrzebować Marynarka Wojenna. Nasz stocznie mogą jednak wejść w kooperację, w wyniku której będą uczestniczyć w wytwarzaniu sprzętu, którym może być zainteresowana polska armia.

Gdyby znalazł się kooperant gotowy podzielić się swoją myślą techniczną z polskimi stoczniami skupionymi pod egidą Polskiej Grupy Zbrojeniowej mogłaby na poważnie ruszyć produkcja. Mogłoby to być koło zamachowe potwierdzające potencjał polskiego przemysłu stoczniowego. W efekcie mogliby się pojawić też nowi zagraniczni klienci.

Jeden z potencjalnych kooperantów już jest, to francuska stocznia DCNS. Polska Grupa Zbrojeniowa zawarła już w tym roku z tym przedsiębiorstwem porozumienie, które przewiduje transfer francuskich technologii do polskich spółek stoczniowych. DCNS zaoferował jako jedyny, oprócz współpracy przy budowie okrętów podwodnych, pociski manewrujące o dalekim zasięgu (ponad 1000 km) i zmiennej trasie lotu. Francuzi zaproponowali budowę pierwszego okrętu dla Polski w stoczniach DCNS, a także równoczesne szkolenie zespołów polskich specjalistów. Druga i trzecia jednostka mogłaby zostać zbudowana w Polsce z możliwością wyposażania przez krajowych poddostawców. Specjaliści ze spółek należących do PGZ zostaliby również włączeni do testów i procedur odbiorczych gotowych okrętów.

Janusz Przyklang, Dyrektor Przedstawicielstwa DCNS w Polsce poinformował, że jego organizacja dokonała analizy wszystkich stoczni należących do PGZ oraz ponad 100 jej kooperantów. Według niego, wykazała ona, że większa część wyposażenia może być z powodzeniem produkowana w Polsce. Wyjątkiem są podzespoły wykonywane w stoczniach francuskich, takie jak np. wyrzutnie torpedowe czy kadłub mocny. Szkolenia oraz podniesienie kwalifikacji kooperantów ze strony polskiej, będzie służyć potem przez wiele lat aby 30-40 lat eksploatacji okrętów. Jest to także szansa, dla krajowych stoczni, że dzięki zdobytej wiedzy i doświadczeniu nie powtórzy się już historia polskiej korwety „Gawron” budowanej 13 lat.

W 2015 r. Instytut Biznesu był gospodarzem debaty w Wojskowej Akademii Technicznej pt. Przemysł zbrojeniowy – motor rozwoju gospodarczego. Myśl przewodnia i poglądy ówczesnej dyskusji wraz z upływem czasu okazały się prorocze.

Od czasu zakończenia działalności Polski Ludowej cały czas wmawiano nam, że przemysł stoczniowy utracił rację bytu. Z samego założenia taki pogląd był bałamutny, jednak kolejne rządy uznały go jako dogmat. W efekcie potężna polska gałąź produkcji praktycznie przestała istnieć, choć nadal daje zatrudnienie ponad 30 tys. pracowników. Oczywiście, w omawianym okresie były lepsze i gorsze lata dla przemysłu stoczniowego. Takie wahania koniunktury są naturalne. To, że nie był to okres wyłącznie regresu, pokazuje dobra kondycja i rozwój stoczni w krajach sąsiedzkich. Okazuje się, że tylko Polska zrezygnowała z tej gałęzi gospodarki. Wszystko wskazuje na to, że nastąpiła zmiana. Dogmat przez rząd Pani Premier Beaty Szydło został odrzucony. Stało się to za sprawą przemysłu zbrojeniowego i inicjatywy Ministerstwa Obrony Narodowej.

Antoni Macierewicz szef MON ogłosił, że podjęło działania mające na celu reaktywację Stoczni Szczecińskiej. Aby było to możliwe użyto ciekawej maszynerii finansowej. Formalnie Stocznia Szczecińska należała do spółki Szczeciński Park Przemysłowy. Została ona przejęta przez MARS Fundusz Inwestycyjny Zamknięty (MARS FIZ) – podmiot znajdujący się w strukturze Polskiej Grupy Zbrojeniowej, którego zadaniem jest konsolidacja spółek stoczniowych i nieruchomościowych. Pieniądze na to przedsięwzięcie pochodzą z Agencji Rozwoju Przemysłu, działającej w ramach Polskiego Funduszu Rozwoju. To właśnie ta instytucja dokapitalizowała PGZ, poprzez objęcie akcji o wartości 101,5 mln zł, co umożliwiło sfinansowanie całej operacji.

W ten sposób PGZ stworzyła największą na Bałtyku i jedną z największych w Europie grup stoczniowych. Obejmuje ona kilkanaście przedsiębiorstw, wśród których znajdują się (oprócz Stoczni Szczecińskiej) podmioty z sektora remontów i budowy statków, budowy konstrukcji stalowych offshore, w tym Stocznia Remontowa „Nauta” w Gdyni oraz Morska Stocznia Remontowa „Gryfia” działająca w Szczecinie i Świnoujściu.

Oczywiście rodzi się pytanie po co Ministerstwu Obrony Narodowej przemysł stoczniowy? Odpowiedź jest dosyć prosta: do budowy pływającego sprzętu wojskowego na potrzeby własne i innych zamawiających podmiotów. MON uważa, że odbudowanie przemysłu stoczniowego jest istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.

Niebawem ma zostać podjęta decyzja o wyborze producenta trzech okrętów podwodnych, które będzie użytkować polska Marynarka Wojenna (w ramach projektu „Orka”). Pięć jednostek, którymi obecnie dysponuje armia, nadaje się jedynie do muzeum. MARS FIZ ma za zadanie rewitalizacji działalności stoczniowej w województwie zachodniopomorskim. W planach jest pozyskanie aktywów i kompetencji niezbędnych do budowy polskich promów pasażerskich w odbudowywanej Stoczni Szczecińskiej. Integracja podmiotów zajmujący się produkcją podmiotów pływających pozwoli wykorzystać efekt synergii.

Warto w tym miejscu dodać, że PGZ zawarło porozumienie z francuską stocznią DCNS, które zakłada transfer francuskich technologii do polskich spółek stoczniowych znajdujących się pod kontrolą MON. Gdyby nie było w Polsce podmiotów, które mogą być beneficjentami tego dokumentu, całe przedsięwzięcie zostałoby pozbawione sensu. Należy zaznaczyć, że DCNS jest jedynym oferentem, który oprócz współpracy przy budowie okrętów podwodnych, oferuje pociski manewrujące o dalekim zasięgu (ponad 1000 km) i zmiennej trasie lotu. Francuzi zaproponowali budowę pierwszego okrętu dla Polski w stoczniach DCNS, a także równoczesne szkolenie zespołów polskich specjalistów. Druga i trzecia jednostka mogłaby zostać zbudowana w Polsce z możliwością wyposażania przez krajowych poddostawców. Specjaliści ze spółek należących do PGZ zostaliby również włączeni do testów i procedur odbiorczych gotowych okrętów.

Cała koncepcja wydaje się więc bardzo obiecująca. Pozostaje mieć nadzieję, że przedsięwzięcie nie będzie naśladować historii polskiej korwety „Gawron” budowanej 13 lat, która nie dość, że pochłonęła wielokrotnie więcej pieniędzy niż zakładano, to do dziś nie jest gotowa. W efekcie zmieniono koncepcję i ostatecznie powstał okręt patrolowy „Ślązak” mający realizować nieznane w świecie marynarki wojennej zadania. Ta historia powinna przyświecać MON jak memento.

Historia zakupu francuskich helikopterów Caracali dla polskiej armii dobiegła końca. Od początku, cały proces przetargowy budził nie tylko wielkie emocje, co nie dziwne, biorąc pod uwagę wartość kontraktu, ale również kontrowersje, związane z zagadkowymi zmianami dotyczącymi kryteriów. Ewidentnie ofiarą tego przedsięwzięcia jest były Prezydent Bronisław Komorowski, który firmował swoim nazwiskiem ten projekt i przez to utracił kilkaset tysięcy głosów poparcie w trakcie wyborów.

Kiedy się okazało, że polska armia nie zakupi Caracali, ponieważ Francja nie potrafiła sprostać oczekiwaniom Polski w zakresie offsetu (rodzaj transakcji zawieranej między państwami, w sytuacji gdy jeden z partnerów oczekuje kompensacji za wydatki poniesione na zakupy za granicą), w mediach rozległ się krzyk rozpaczy wydany przez opozycję. Jednak nawet wśród polityków opozycji znalazł się głos rozsądku. Jacek Saryusz-Wolski, eurodeputowany Platformy Obywatelskiej stwierdził, że „każde państwo ma prawo wybierać technicznie, ekonomicznie i politycznie najlepsze uzbrojenie. To są zbyt wielkie pieniądze i zbyt ważne sprawy”. Dodał przy tym, że w dojrzałych demokracjach podobne kwestie nie są poddawane pod debatę publiczną.

Sprawa debaty publicznej, w sprawie uzbrojenia, która, co do zasady, powinna być tajna, napawa dużym niepokojem. Pomijam przy tym aktywność rzeszy dyletantów i domorosłych ekspertów, jednak również bardzo aktywni zapewne byli w tej dyskusji agenci wpływu najrozmaitszych państw, nie tylko tych które produkują helikoptery, lecz również tych, które są zainteresowane, aby polska armia nie miała dobrego uzbrojenie.

Tym, którzy są rozczarowani, że polska armia nie dostanie „świetnych” Caracali przypomnę, że to stare helikoptery, które zostały opracowany w drugiej połowie lat 60. W połowie zeszłego roku sami szefowie Airbus Helicopters, producenta francuskich helikopterów poinformowali, że właśnie przystępują do budowy nowej maszyny, która ma zastąpić Caracala. W kontekście tego, chyba już można otrzeć łzy i cieszyć się, że nie inwestujemy miliardów w zabytki.

Instytut Biznesu, z którym jestem związany, od dwóch lat krytycznie wypowiadał się o procedurze przetargowej jak również o ofercie Airbus Helicopters. Jednak w tej chwili nikt nie czerpie z tego satysfakcji, albowiem straconego czasu nikt nie zwróci. Wszyscy są zmartwieni, że nowy przetarg odsunie zakup helikopterów o kilka lat. Tak wcale być nie musi, albowiem Ministerstwo Obrony Narodowej może dokonać zakupu z wolnej ręki. Pozostają pytania:

  • Czy Minister Antonii Maciarewicz podejmie decyzję o zakupie helikopterów z „wolnej ręki”?
  • Ile będą kosztowały nowe helikoptery?
  • Czy zakupione maszyny okażą się przydatne polskiej armii?
  • I najważniejsze kiedy znajdą się na wyposażeniu polskiej armii?

Jak to będę wiedział, wtedy powiem: czy to zysk czy strata?

W związku z wyborami na Prezydenta Rzeczpospolitej rodzą się dwa pytania. Pierwsze: kto wygrał? Drugie: kto przegrał? Odpowiedzi wcale nie są takie oczywiste.

Przede wszystkim, po pierwszej turze wyborów, kiedy okazało się, kto będzie uczestniczył w dalszym ciągu w wyścigu o fotel Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, była widoczny ogromny chaos i nerwowość, by nie rzec, panika w sztabie Bronisława Komorowskiego. To całkiem naturalne, albowiem wyniki były kompletnym zaskoczeniem, zwłaszcza dla tych, którzy ufają sondażom badania opinii publicznej – informacje z tych instytucji tak dalece rozminęły się z rzeczywistością, że poddaje to w wątpliwość ich istnienie.

Reakcje obozu urzędującego Prezydenta były dramatycznie nieporadne i wprawiające w zakłopotanie, jak na przykład pomysł referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych czy inicjatywa ustawodawcza w sprawie przechodzenia na emeryturę po 40 latach pracy. Ta ostatnia, po przegranej drugiej turze, natychmiast została wycofana, co, bez względu na cokolwiek, jest kompromitujące i dowodzące, że przez całą kadencję Bronisław Komorowski nie dorósł do stanowiska, które piastował.

Powyższe zachowania Bronisława Komorowskiego były też symbolicznym potwierdzeniem całej prezydentury. W 2010 roku twierdził on, że „podnoszenie podatków to najgorsze rozwiązanie”, a potem przez 5 lat jako Prezydent RP akceptował i podpisywał:

  • podwyższenie podatku VAT z 22 na 23 % oraz na wybrane towary z 7 na 8 % lub 3 na 5 %,
  • w ramach polityki prorodzinnej podwyższenie podatku na ubranka dla dzieci z 8 na 23 %,
  • w ramach zwiększenia dostępności książek obłożenie ich sprzedaży 5 % podatkiem VAT (!),
  • wprowadzenie nowego podatku śmieciowego,
  • podwyższenie składki rentowej ZUS o 33 %,
  • objęcie podatkiem jednodniowych lokat,
  • w ramach budowania społeczeństwa informatycznego likwidacji ulgi podatkowej na koszty łączności internetowej,
  • podwyższenie akcyzy na paliwa, papierosy oraz alkohol

itd. itp. bo fiskalnego zwiększania drenażu kieszeni podatnika było wiele więcej, przy jednoczesnym procesie zwiększania długu Polski. Taką działalność akceptował człowiek, wydatki na kancelarię którego są większe niż Królowej Brytyjskiej.

Andrzeja Dudę poparli, studenci, robotnicy, rolnicy, bezrobotni i emeryci – osoby, którym wiedzie się słabo, więc zapowiedź Bronisława Komorowskiego, który obiecał im, że nie planuje zmian, czytaj: sytuacja nie ulegnie poprawie – była dla nich mało atrakcyjne. Wynika z tego, że powtórnego pretendenta do fotela prezydenckiego nie poparli tylko urzędnicy państwowi i samorządowi, co oczywiste, albowiem to oni stanowią jedyne prawdziwe zaplecze partii władzy Platformy Obywatelskiej, a to właśnie to ugrupowanie wyniosło Bronisława Komorowskiego na najwyższy urząd w państwie. Największym atutem aktualnego Prezydenta było straszenie partią „Prawo i Sprawiedliwość”. Okazało się to mało skuteczne, bo po ośmiu bolesnych latach sprawowania władzy przez Platformę Obywatelską, mógłby równie dobrze grozić tą formacją. Zawsze przychodzi taki moment krytyczny, kiedy ludzie przestają się bać.

Zwycięstwo Andrzeja Dudy wbrew utrwalonym już opiniom, nie było spektakularne, albowiem zwyciężył przewagą zaledwie pół miliona głosów zapewne dlatego, że ponad 3 miliony niezadowolonych obywateli po prostu opuściło już Polskę. Może gdyby w okresie ciszy wyborczej Bronisław Komorowski tak ostentacyjnie nie celebrował Święta Zwycięstwa wynik byłby inny. Może zadecydowali też wyborcy z wielu innych powodów. Przyczyną mogło być uwikłanie się Prezydenta, w okresie kampanii wyborczej, w przetarg na helikoptery wielozadaniowe dla wojska. Zupełnie nieuzasadnione było wchodzenie jego w rolę herolda i ogłaszanie wyboru jakiego dokonało Ministerstwo Obrony Narodowej. Co więcej Bronisław Komorowski okazał się posłańcem złych wieści, albowiem urzędnicy tak pokierowali przetargiem, że praktycznie wykluczyli z niego krajowych producentów, a to oznacza, najkrócej rzecz ujmując, ograniczenie rozwoju polskiej gospodarki i w tej sprawie doszło nawet do masowych protestów. Na terenach, na których produkuje się w Polsce helikoptery wojskowe Prezydent uzyskał najniższe poparcie. Takich bolesnych zachowań Bronisława Komorowskiego dla różnych grup społecznych było zresztą dużo więcej.

Andrzej Duda mógł w przeciwieństwie do Bronisława Komorowskiego obiecywać wyborcom dużo więcej. Możliwe to było ze względu na carte blanche. Urzędujący Prezydent już w składaniu deklaracji bez pokrycia był mocno ograniczony. Zadziałała tu zasada, o której kiedyś Abraham Lincoln powiedział: „Można oszukiwać wielu ludzi jakiś czas oraz niektórych przez cały czas, ale nie da się oszukiwać cały czas wszystkich„.

Realne możliwości oddziaływania Prezydenta są niewielkie. W polskim systemie politycznym moc sprawcza znajduje się w rękach większości parlamentarnej i wyłonionego przez nią rządu. Prezydent jest tzw. Głową Państwa, zwierzchnikiem sił zbrojnych i pożyteczną instytucją w sytuacjach krytycznych. Największą jego bronią jest veto to uchwalonych ustaw. Ma też inicjatywę ustawodawczą, ale aby ona okazała się skuteczna potrzebne jest odpowiednie zaplecze polityczne w parlamencie.

Można powiedzieć, że w wyborach prezydenckich wygrała demokracja, albowiem nikt nie zakwestionował wyników wyborów, co miało miejsce Pół roku wcześniej przy wyborach samorządowych. Przegrała polska gospodarka, bo nią się nikt nie interesuje, a to od jej kondycji będzie zależeć, czy obietnice wyborcze da się zrealizować czy nie.

Jest kraj, który ma dwie fabryki helikopterów wojskowych. Wojna, choć o tym się oficjalnie nie mówi, podmywa jego granice. W tej sytuacji oczywiste wydaje się dozbrojenie armii w nowoczesny sprzęt, na wypadek ewentualnego konfliktu zbrojnego. Na ten cel przeznacza się kosmiczną kwotę kilkunastu miliardów. Skoro są dwie fabryki, trzeba zorganizować przetarg, aby podjąć roztropna decyzję. Jednak wszystko wskazuje na to, że to się nie udaje.

Konkurs na dostawę na dostawę helikopterów dla polskiego wojska wygrywa francuski koncern Airbus Helicopters, który w Polsce nie posiada żadnej fabryki. Warto dodać, że nie był to przetarg otwarty lecz zamknięty, do którego oprócz zwycięskiego producenta zaproszono dwa polskie podmioty. Wygląda to na świadome i planowe działanie. Zwłaszcza, że z przedstawiciele Ministerstwa Obrony Narodowej podają informacje, iż krajowi producenci helikopterów nie dysponują odpowiednią ofertą. Jeśli tak, to po co w ogóle byli wciągani do zabawy w przetarg? W ten sposób Ministerstwo Obrony Narodowej, a w konsekwencji i rząd, pokazuje czerwone kartki polskim producentom helikopterów wojskowych i wydaje rekomendację: kupujemy za granicą, bo to co jest kraju jest słabe. Obniża się w ten sposób rangę i potencjał narodowej gospodarki.

Polskie fabryki helikopterów są poważnymi przedsiębiorstwa, tworzącymi wiele miejsc pracy i stanowiącymi ważny element gospodarki. PZL-Świdnik zatrudnia 3,5 tys. ludzi w tym 630 inżynierów, a wartość jego eksportu wynosi 700 mln zł. Fabryka kooperuje z 900 polskimi dostawcami, generując dodatkowe 4 tys. miejsc pracy. Drugim producentem jest PZL-Mielec Sikorsky. Zakład zatrudnił ponad 1,5 tys. pracowników, dorobił się ponad 50 kooperantów, ośmiokrotnego wzrostu wartości eksportu i pięciokrotnego wzrostu sprzedaży. Okazuje się, że takie podmioty potrafią zadowolić zagranicznych kontrahentów, ale nie rządowe Ministerstwo Obrony Narodowej.

Warto też dodać, że w krajach europejskich o zakupach tej rangi i znaczeniu decydują zespoły i one nie są ograniczone do jednego ministerstwa. Nadzór nad nimi mają też parlamentarzyści. Traktaty Unii Europejskiej przewidują wyłączenie z otwartych przetargów decyzji, które dotyczą obrony narodowej i bezpieczeństwa.

Po ogłoszeniu wyników wybuchła prawdziwa awantura. Największym skandalem jest to, że zwycięzcę przetargu ogłosił Prezydent Bronisław Komorowski, tak jakby to on organizował przetarg, albo co najmniej w nim uczestniczył. Ponieważ tak nie było, w najlepszym wypadku wygląda to zatem na przekroczenie kompetencji. Kilka miesięcy wcześniej podpisał on dokument Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP, w którym napisano, że „Polski przemysłowy potencjał obronny – istotny element gospodarczej sfery bezpieczeństwa – powinien być w maksymalnym stopniu angażowany w proces modernizacji technicznej Sił Zbrojnych RP, a w szczególności w realizowane przez resort obrony narodowej priorytetowe programy modernizacyjne. (…) Administracja rządowa powinna tworzyć warunki prawne, zachęty inwestycyjne oraz mechanizmy instytucjonalno-koordynacyjne dla rozwoju przemysłowego potencjału obronnego, w tym dla zwiększenia jego innowacyjności”. Jak widać, treść tego dokumentu stoi w jaskrawej sprzeczności z ostatnimi wydarzeniami.

Negatywnie o wynikach przetargu wypowiedział się, były premier Leszek Miller, stwierdzając, że „sposób podjęcia, rozstrzygnięcia tych decyzji dowodzi, że nie uwzględniono interesów polskiej gospodarki”. Zapowiedział też, że Sojusz Lewicy demokratycznej zwróci się do „Najwyższej Izby Kontroli, by przeanalizowała wszystkie okoliczności prowadzonych przetargów i podejmowanych decyzji” oraz „do marszałka Sejmu o debatę sejmową w tej sprawie na najbliższym posiedzeniu Sejmu.” Dziwne, że opozycja nie zamierza w tej sprawie ani skierować zawiadomienia do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ani Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Sytuacja musi być rzeczywiście jednak bardzo poważna skoro nawet były premier Jerzy Buzek, reprezentujący interesy Platformy Obywatelskiej również krytycznie wypowiada się o tym wydarzeniu. „Nie wyobrażam sobie, żeby Francja, USA, czy jakikolwiek inny kraj, który produkuje na swoim terenie dwa niezłe śmigłowce, które kupuje cały świat, zdecydował się na zakup innych maszyn.” Zauważył on tez oczywistą oczywistość, że „Siła kraju zależy od jego gospodarki. Wobec tego dla MON powinna mieć znaczenie siła naszej gospodarki, by Polska była krajem znaczącym na arenie międzynarodowej.” Właśnie w ten sposób wygra się przecież dzisiaj wojny.

Pojawiają się różnego rodzaju dziwne hipotezy, a to że to wybór francuskiego koncertu to rachunek za wybór Donalda Tuska Przewodniczącego Unii Europejskiej, albo, że rekompensata za straty jakie Paryż poniósł wyniku sankcji nałożonych na Rosję itd. itp. Tego typu wypowiedzi nie pojawiałby się, gdyby przetarg i jego wyniki dało się ogarnąć rozumem. Tak nie jest i to gigantyczna strata.