Archiwa tagu: Ministerstwo Zdrowia

ca5b7405-4863-470e-a307-61656304f01c

Ledwo przeszła kontrowersyjna ustawa nazwana „apteką dla aptekarza”, a już zbierają się czarne chmury nad krajowymi producentami farmaceutycznymi, tak przynajmniej uważa Instytut Jagielloński. Historia pokazuje, że raczej się nie myli.

Ministerstwo Zdrowia pracuje nad nowelizacją ustawy refundacyjnej. Ma ona obejmować mechanizm zwrotu kosztów tzw. „payback”, który zmusza producentów leków do ponoszenia finansowych konsekwencji przekroczenia budżetu refundacyjnego. Jeśli nowelizacja ustawy wejdzie w obecnym kształcie może to nie tylko negatywnie wpłynąć na krajową branżę farmaceutyczną, ale także zagrozić bezpieczeństwu lekowemu w Polsce.

Według Instytutu Jagiellońskiego „zaproponowana konstrukcja paybacku przerzuca finansowanie wzrostu kosztów refundacji nowych drogich leków oryginalnych na krajowe firmy generyczne. Zgodnie z planowanymi zmianami, jeśli Narodowy Fundusz Zdrowia wyda na refundację więcej niż zakładał w planie finansowym, różnice pokrywają producenci leków sprzedawanych w aptekach, czyli najczęściej krajowi producenci leków generycznych. Takie rozwiązanie budzi sprzeciw z racji jego jawnej niesprawiedliwości, ponieważ głównymi sprawcami przekroczeń budżetowych są leki, których wytwórcy zwolnieni są z obowiązku pokrywania tych różnic.”

Oczywiście czy coś jest zgodne z prawem i sprawiedliwe, zależy od tego, kto kształtuje prawo i wymierza sprawiedliwość. Dziwi mnie uderzanie w krajowy przemysł farmaceutyczny i przypomina się sytuacja dotycząca Optimusa polskiego przedsiębiorstwa produkującego komputery, który, dlatego, że działał w Polsce zamiast być importerem był poddawany dodatkowym restrykcjom finansowym co doprowadziło przedsiębiorstwo do bankructwa. W efekcie właściciele firmy stracili majątek, zatrudnieni przez nich ludzie pracę, a Skarb Państwa przychody do budżetu. Czy teraz historia ma się powtórzyć z krajowym przemysłem farmaceutycznym?

Tym razem, poza właścicielami, pracownikami oraz Skarbem Państwa po stronie przegranych mogą też znaleźć się pacjenci. Zniszczenie krajowego przemysłu farmaceutycznego, albo choćby w znaczący sposób uszczuplenie zagraża bezpieczeństwu lekowemu Polski. Oczywiście w sytuacji kiedy wszystko jest dobrze, można zamiast produkować leki w kraju sprowadzać je z zagranicy. Kto bogatemu zabroni? Jednak osobiście wolałbym  aby Polska w jak największym zakresie, zamiast być importerem, była eksportem.

To nie wszystko. W sytuacji kryzysowej, a o wyobrażenie sobie takiej, w ostatnim czasie coraz łatwiej, dostawy leków z zagranicy mogą być zagrożone, a w najlepszym razie nieregularne. Taka sytuacja może być bardzo niebezpieczna dla zdrowia i życia pacjentów, którzy nie mogą czekać na leki. Dużo bardziej pewna jest sytuacja, kiedy farmaceutyki są wytwarzane w Polsce, wówczas prawdopodobieństwo problemów z podażą zdecydowanie maleje.

 

insulin

Na zdrowiu nie należy oszczędzać. To oczywisty frazes. Jednak to nie oznacza, że należy przepłacać, albo wydawać pieniądze bezmyślnie.

Do taki rozważań skłoniła mnie sytuacja dotyczącą rozwoju programu 75+ czyli rozszerzania listy bezpłatnych leków dla osób, które ukończyły 75 lat. Od nowego roku na liście mają się znaleźć krótkodziałające rekombinowane insuliny ludzkie produkowane w Polsce oraz krótkodziałające insuliny analogowe produkowane przez zagraniczne koncerny Eli Lilly, SanofiAventis oraz Novo Nordisk. Należy dodać, że obydwa rodzaje insulin mają takie samo działanie terapeutyczne. Różnica polega na tym, że te zagraniczne są kilkukrotnie droższe…..

Poruszam tę sprawę ponieważ istnieje uzasadniona obawa, że wprowadzenie na listę bezpłatnych leków zagranicznych analogów insulin krótkodziałających może zachwiać nie tylko polskimi producentami, ale również funkcjonowaniem całego programu 75+,  a w konsekwencji nawet jego ideą. Lekarz ma dowolność w wyborze insuliny jaką przepisze. Jednak jeśli wybierze lek zagraniczny bardziej obciąży budżet przedsięwzięcia. Im więcej takich decyzji tym mniej pieniędzy na inne leki.

Aktualnie system refundacyjny (niezależnie od wieku pacjenta) przewiduje, w miesięcznym cyklu terapii dla pacjenta wynosi:

  • dla krótkodziałających rekombinowanych insulin ludzkich wynosi 4 złote
  • dla analogów insulin krótkodziałających (zagranicznych) wynosi 32-42 złote

To zestawienie pokazuje jak ryzykowne jest dla budżetu refinansowanie w 1OO procentach zagranicznych analogów insulin. Szacuje się, że decyzja Ministerstwa Zdrowia może spowodować zwiększenie wydatków na bezpłatne leki nawet o 6O.OOO.OOO-1OO.OOO.OOO zł, w sytuacji kiedy na cały projekt 75+ zaplanowano około 56O.OOO.OOO zł.

Polska należy do niewielu krajów, które produkują rekombinowaną insulinę ludzką bardzo dobrej jakości. Konkurencja jest poważna, bo specjalizuje się w tym aż trzech krajowych producentów. Warto zaznaczy, że wśród polskich producentów znajduje się Polfa Tarchomin należąca do Skarbu Państwa. Wygląda to tak jakby Ministerstwo Zdrowia, opracowując listę leków refundowanych, strzelało w kolano Ministerstwu Skarbu.

Jeśli lekarze zaczną masowo wybierać zagraniczne leki na cukrzycę, los polskich przedsiębiorców, zajmujących się wytwarzaniem insuliny, zostanie zagrożony, a tym samym pojawi się utrata wielu miejsc pracy, no i co za tym idzie, zmniejszenie wpływów do budżetu państwa, z którego jest  finansowany program 75+. Jak z tego wynika, może powstać efekt złego domina.

Warto też dodać, że wyniku refinansowania insulin zagranicznych przez budżet Polski, pieniądze z państwowego konta zasilą kasy innych krajów. Poza tym jeśli krajowi producenci przestaną produkować te leki, Polska przestanie, w tej sferze, być samowystarczalna i będzie zdana na dyktat międzynarodowych koncernów farmaceutycznych. Byłoby to bardzo niekorzystne z punktu widzenia bezpieczeństwa zaopatrzenia pacjentów, interesu polskiej gospodarki i podatnika.

 

 

LEKI WYKAZ

8 lat rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego nauczyło mnie, że każda obietnica zostanie złamana, a każdy dobry pomysł, na etapie realizacji – zepsuty. Dlatego ze strachem zajrzałem na stronę internetową Ministerstwa Zdrowia, gdzie zamieszczono projekt wykazu bezpłatnych leków dla wszystkich osób, które ukończyły 75 lat.

Okazuje się, że projekt wykazu obejmuje leki, które na podstawie obowiązującego obwieszczenia są obecnie wydawane pacjentom za odpłatnością ryczałtową, 30% lub 50%. Znalazło się tam 68 substancji czynnych, w tym 6 cząsteczek z ryczałtowym poziomem odpłatności, co daje szacunkowe oszczędności dla pacjentów w wysokości ponad 30 milionów zł. Leki umieszczone na wykazie pokrywają ponad 81 % zapotrzebowania pacjentów powyżej 75 roku życia, na leki refundowane z poziomem odpłatności 30 %.

Projekt wykazu został opracowany na podstawie danych Narodowego Funduszu Zdrowia z uwzględnieniem opinii Rady Przejrzystości i opinii Prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji,  w sprawie oceny efektywności produktów leczniczych, w populacji osób, które ukończyły  75 lat. Wydając opinię  uwzględniono: znaczenie jednostki chorobowej, w ramach potrzeb zdrowotnych pacjentów z populacji 75+, na podstawie podręczników medycznych; dane o chorobie;  jej wpływ na stan pacjenta; skuteczność i bezpieczeństwo stosowania leku na podstawie najnowszych rekomendacji klinicznych i dostępność wskazanych terapii. Prezes AOTMiT podkreślił, że w populacji pacjentów 75 + wystąpienie jednej jednostki chorobowej często zwiększa prawdopodobieństwo rozwoju innych schorzeń. Z tego względu wytypowano jednostki chorobowe typowe dla pacjentów w podeszłym wieku, które mają znaczący wpływ na jakość życia.

Wśród najczęściej występujących chorób oraz ich przyczyn i czynników ryzyka znajdują się: nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, leczenie hormonalne, choroba niedokrwienna serca, niewydolność serca, udar mózgu, choroba zakrzepowo-zatorowa, astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc, cukrzyca, depresja,  otępienie. I to właśnie one zostały uwzględnione w projekcie wykazu.  Ostateczna lista leków zostanie opublikowana wraz z projektem obwieszczenia refundacyjnego na 1 września 2016 roku.  Stanie się to prawdopodobnie 15 sierpnia 2016 roku i mam nadzieję, że nie będzie istotnych zmian w stosunku do projektu.

Cieszę się, że na zaproponowanym, przez Ministerstwo Zdrowia, projekcie listy znalazły się farmaceutyki najczęściej stosowanie obecnie przez osoby powyżej 75 roku życia, co umożliwi im kontynuację dotychczas stosowanych terapii, przy odciążeniu kosztami leków. To bardzo dobra wiadomość. Objęcie wykazem wszystkich leków zawierających daną substancję leczącą nie faworyzuje żadnych dostawców i nie ingeruje w mechanizmy rynkowe. To rozwiązanie sprawia, że nie powinny pojawić się żadne niedobory leków w aptekach. Jestem pozytywnie zaskoczony roztropnością w decyzjach przyjętych przez Ministerstwo Zdrowia.

Mam nadzieję, że przy dodawaniu nowych leków do listy będą stosowane kryteria przyjęte przy powyższym projekcie wykazu czyli farmaceutyki używane przez seniorów najczęściej, w tym również leki z odpłatnością ryczałtową. Jednocześnie liczę na to, że w nowych wykazach nie zostaną  wykreślone leki obecne na liście, bo byłoby to odbieranie praw nabytych, które mogłoby być źle zrozumiane przez pacjentów.

Wiadomo, że obecnie wielu pacjentów, ze względu na brak pieniędzy, nie korzystało z zaordynowanych terapii lekowych lub je ograniczało. Dlatego jestem ciekaw jak bezpłatne ordynowanie leków dla osób, które ukończyły 75 lat wpłynie na ich zdrowie i jakość życia oraz na ile spowoduje zwiększenie zapotrzebowania? Liczę na zysk.

leki-stoma

Czy zgodzisz się aby twój ojciec, matka, dziadek lub babcia umarli tylko dlatego, że nie mieli pieniędzy na wykupienie lekarstw? Sądzę, że mało kto by zaakceptował taka koncepcje. Dlatego dobrze, że w życie weszła ustawa zapewniające bezpłatne leki dla pacjentów powyżej 75 roku życia.

Nowa regulacja wzbudziła szereg emocji. Dały one o sobie znać w debacie „czy polską gospodarkę stać na darmowe leki?”, w której miałem zaszczyt uczestniczyć. Szczerze się przyznam, że tytułu debaty nie zrozumiałem. Cóż bowiem ma gospodarka do darmowych leków? Ich produkcję i sprzedaż będzie finansować państwo, a nie przedsiębiorstwa. Gdyby jednak postawić pytanie „czy państwo stać na darmowe leki?” to jest ono zupełnie zasadne. Podobno stać i środki na to zostały zapewnione w budżecie.

W błędzie jednak byłby ten, kto by myślał, że wszystkie leki pacjentów po 75 roku życia będą refundowane w 1OO procentach. Będzie to dotyczyć tylko części preparatów, które zostaną wytypowane przez Ministerstwo Zdrowia. To właśnie budzi skrajne emocje. Producenci leków, które znajdą się na liście refundacyjnej wygrają los na loterii, pozostali zaś będą mieć kłopoty. Będzie to również generować nowe problemy dla państwa. Dlatego też przed Konstantym Radziwiłłem Ministrem Zdrowia stoi trudne zadanie.

W krajowym przemyśle farmaceutycznym pracuje ponad 1OO.OOO osób, a sektor wytwarza 1 procent Produktu Krajowego Brutto. Są to znaczące wyniki. Jeśli na listach refundacyjnych nie znajdą się leki krajowych producentów, będzie to oznaczać zmniejszenie liczby zatrudnionych. Dla państwa powstanie nowy kłopot ze wzrostem bezrobocia. Jeśli zaś Ministerstwo Zdrowia  na listach refundacyjnych umieści leki krajowych producentów farmaceutycznych, prawdopodobnie wzrośnie zatrudnienie. To zaś przekłada się na większe przychody dla budżetu. W perspektywie natomiast spowoduje wzrost nakładów na leki innowacyjne. Wszystko to będzie sprawiać dodatkowe dochody dla państwa, co będzie oznaczać możliwość zwiększenia wydatków choćby na refundację. Można powiedzieć, że od decyzji, które zapadną w Ministerstwie Zdrowia częściowo uzależniony jest los programu gospodarczego Wicepremiera Mateusza Morawieckiego.

W przypadku leków produkowanych zagranicą pojawia się zagrożenie w postaci zapewnienia pełnego zapotrzebowania na nie w polskich aptekach, zwłaszcza na skutek nieprzewidzianego konfliktu zbrojnego. Obecnie jest duża różnorodność medykamentów. W sytuacji kiedy jedne leki będą bezpłatne, a inne nie, gwałtownie wzroście zapotrzebowanie na te pierwsze. Nie jest pewne: czy zagraniczne fabryki będą w stanie zaspokoić zwiększone zapotrzebowanie i to w odpowiednio krótkim czasie? Pacjenci, posiadający recepty, poczują się bardzo źle, kiedy nie będą mogli zrealizować zaordynowanych terapii. Wówczas nieoczekiwanie może wzrosnąć niezadowolenie społeczne, które może zagrozić dobremu wizerunkowi rządu. Okazuje się, że prosta lista leków refundacyjnych ma istotne znaczenie nie tylko dla zdrowia pacjentów, ale również dla pomyślnego rozwoju Polski.

 

 

0716aa_nie_tylko_innowacyjna_gospodarka_jg2

Był kiedyś popularny żart, ze Ministerstwo Zdrowia nie zajmuje się chorymi, bo to nie jest w zakresie jego kompetencji. Aby było inaczej powinno się nazywać Ministerstwem Chorób. Jakby tego nie nazywać temu sektorowi grozi zapaść.

Dzięki zniesieniu europejskich granic i niskim wynagrodzeniom w Polsce, w kraju brakuje zarówno lekarzy jak i pielęgniarek. Sytuacja będzie się pogarszać, ponieważ średnia wieku w tych zwodach co roku się podnosi. Z drugiej strony wydłuża się też wiek społeczeństwa, a to oznacza, że będzie ono potrzebowało częściej pomocy i lekarzy i pielęgniarek. Wiąże się z tym wzrost wydatków na leczenie i leki.

Tym problemom postanowiono poświęcić zwołany właśnie SZCZYT ZDROWIE 2016 pod honorowym patronatem Ministerstwa Zdrowia Konstantego Radziwiłła oraz Marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego.  Główne tematy to m. in. Narodowy Program Zdrowia, polityka lekowa państwa, jako element polityki zdrowotnej, a także znaczenie Podstawowej Opieki Zdrowotnej (POZ) dla systemu ochrony zdrowia, Narodowy Program Chorób Rzadkich oraz zmiany systemowe w onkologii. Na wokandzie również przyszłość Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ).

W rzeczywistości celem Szczytu Zdrowia jest omówienie kondycji polskiej gospodarki w ujęciu niedofinansowanego sektora ochrony zdrowia. Ma to swoje uzasadnienie jeśli weźmie się pod uwagę dane porównawcze. Najpotężniejsza gospodarka świata: Stany Zjednoczone przeznaczają na ochronę na zdrowia to blisko 18 proc. PKB, Niemcy11,3 proc, Japonia – ponad 10 proc, Polska – nieco ponad 4 proc. Choć obecnie wydatki na opiekę medyczną w kraju są o połowę wyższe niż 10 lat temu, to wciąż nie możemy dogonić Europy. W tym samym czasie wyprzedziły nas takie kraje jak Słowacja czy Estonia.

Wszystko prawda. Niemniej ja, jak będę powtarzać, że ryba psuje się od głowy. I wcale nie chodzi mi o rząd, ale o podejście do tematu. Rosną potrzeby związane z leczeniem oraz jego koszty, ponieważ mamy coraz więcej pacjentów. Naturalnym odruchem jest więc zwiększanie nakładów na ratowanie zdrowia i życia. Jednak nikt nie stawia fundamentalnego pytania: DLACZEGO PRZYBYWA CHORYCH? Odpowiedź jest prosta to w największym skrócie liczba pacjentów rośnie z powodu szkodliwego tryb życia, obejmującego jedzenie, stres, zanieczyszczenie środowiska, nadmierne obciążenie pracą i oszczędności na profilaktyce. To są fundamentalne wyzwania. Jednak na budowaniu rynku opieki zdrowotnej zarabiają wielkie grupy biznesowe, a nawet społeczne, a na zdrowym środowisku, zdrowym jedzeniu, pozbawionym chemii, antybiotyków i trucizn, skróceniu czasu pracy – praktycznie nikt. I to jest właśnie problem.

 

 

shutterstock_63205747

Zbliża się Zbliża się armagedon. Katastrofie demograficznej, polegającej na gwałtownym starzeniu się społeczeństwa w Polsce towarzyszy malejąca liczba lekarzy, którzy potrzebni są zwłaszcza osobom starszym. Pielęgniarek już jest za mało.

Jeśli chodzi o liczbę lekarzy w stosunku do liczby mieszkańców, Polska jest na ostatnim miejscu w Unii Europejskiej. Średni wiek specjalistów to 54 lata. Ponad 8 tysięcy pracujących medyków ma więcej niż 70 lat. Niebawem będą wszyscy przechodzić na emeryturę. Sytuację pogarszają lekarze, którzy mając dosyć walki z chorym systemem opieki zdrowotnej, wybierają wolność i wyjeżdżają z kraju.

System edukacyjny medyków w Polsce nie nadąża z kształceniem nowej kadry. Rocznie dyplomy broni 2.500 studentów. To zdecydowanie za mało, aby uzupełnić pokoleniową stratę. Oczywiste jest, że należy zwiększyć ilość miejsc w szkołach wyższych na kierunkach lekarskich. To jednak nie jest takie proste, albowiem trzeba dbać również o jakość kształcenia. Ratunkiem dla służby zdrowia mogliby być tu obcokrajowy, tylko oni nie chcą pracować w Polsce, albowiem dla decydujących się na wyjazd są dużo atrakcyjniejsze kraje. Jakąś nadzieją jest wprowadzone niedawno finansowanie z budżetu specjalizacji lekarzy w ramach rezydentur wszystkich absolwentów medycyny.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o pielęgniarki. Co prawda średnia wieku wykonujących ten zawód dopiero zbliża się do 50 roku życia. W ubiegłym roku na blisko 193 tysiące pielęgniarek zatrudnionych w szpitalach osoby w wieku do 30 lat stanowiły niecałe 2 procent. Nie należą do rzadkości pielęgniarki w wieku ponad 65 lat, z całym zaangażowaniem pracujące przy chorych. Przy czym już brakuje pielęgniarek, albowiem jest to zawód, który cieszy się mały zainteresowaniem, ze względu na niskie wynagrodzenie. O ile jeszcze jeden lekarz, teoretycznie, może opiekować się większą ilością pacjentów, o tyle w przypadku personelu pomocniczego jest to trudne.

Wszystko to wskazuje na konieczność podjęcia pilnych działań interwencyjnych, które odwrócą te tendencje. Niestety odpowiedzialne za to Ministerstwo Zdrowia sprawia wrażenie obojętnego na nadchodzące problemy, tak było za czasów bodaj najgorszego Ministra Bartosza Arłukowicza. Właśniwie zniszczył on nie tylko służbę zdrowia, ale nawet pojęcie (m.in. nagonki i walki z lekarzami, oszustwo „szybkiego pakietu onkologicznego”, afera z „eksportem równoległym leków” itd.) Nie ma podstaw by sądzić nowy urzędnik na tym miejscu, profesor Marian Zembala, coś w tej sprawie zmienił skoro objął stanowisko na chwilę, ale trafia do takiego bagna, że cokolwiek poprawi, będzie można uznać to za wielką poprawę. Zaczyna dobrze od spotkania z Naczelną Radą Lekarską.

 

MTAyNHg3Njg,11440139_11439086

Welconomy 2015 czyli XXII Forum Gospodarcze w Toruniu w tym roku zgromadziło ponad 2000 uczestników, którzy wzięli udział w 36 dyskusjach, debatach i panelach, na których wystąpiło ponad 220 prelegentów i mówców. Tak powstał znaczący potencjał, który, mam nadzieję, przyniesie swoje dobre plony.

Tak ogromna mnogość spotkań, czasem kilka w tym samy czasie, nie daje szansy uczestniczenia we wszystkich. Niestety nie udało mi się rozdwoić, a czasem to bym musiał nawet się rozpięćić (jeśli istnieje takie słowo, a jak nie to powstało nowe). Niemniej uczestniczyłem w kilku debatach, które uznałem za ważne.

Tegoroczne Welconomy odbyło się pod hasłem innowacyjności. Słowo było zamiennie używane z nowoczesnością, nowością, nowatorstwem. Warto jednak zauważyć, że takich słów jak „przełomowe” czy „rewolucyjne” nie usłyszałem, co uważam za znamienne. Jedna z debat była zatytułowana „Innowacyjność”. Refleksje z niej płynące napawają smutkiem. Innowacyjność w przypadku Polski to mit. Największy problem ma z tym gospodarka. Patenty są zgłaszane przez uczelnie, a nie przez przemysł, który praktycznie nie ma pionów badawczo-rozwojowych. Brak jest transferu innowacji z nauki do przemysłu. Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, powiedziała o barierach w rozwoju innowacyjności: „przeważają u nas mikroprzedsiębiorstwa (97% wszystkich działających) – z natury rzeczy słabsze i mniej skłonne do inwestowania w innowacyjność niż duże organizacje, które powinny starać się o zwiększenie swej produktywności, m.in. dlatego, że tylko niewielka ich część inwestuje we wdrażanie innowacyjnych technologii.”

Polska jest 41 miejscu na świecie jeśli chodzi o innowacyjność. W Europie zajmuje jednak 3 miejsce, tyle, że nie od początku, ale od końca. Polska ma dwa razy mniej naukowców niż Portugalia. Pieniądze, które powinny iść na ludzi, mających zajmować się innowacyjnością, są przeznaczane na sprzęt, który kupuje się oczywiście za granicą, a zatem wspiera się w ten sposób obcą myśl techniczną. Dlatego właśnie okazuje się, że innowacyjny w Polsce może być Zakład Ubezpieczeń Społecznych…

W zaistniałej sytuacji, do czasu jakościowego przełomu, który się nie zapowiada, lepiej mówić o inteligentnym rozwoju. Taką szansę dają klastry przemysłowe. Być może dobry przykładem będzie Lubelski Klaster Lotniczy, który ruszył za sprawą PZL-Świdnik. Jego Prezes Krzysztof Krystowski powiedział, że spółka „chce wziąć odpowiedzialność za rozwój miejscowego klastra, jako ważny partner dla władz lokalnych i pozostałych lokalnych przedsiębiorców. O tym jak ważne jest współdziałanie grupy przedsiębiorców widać choćby na przykładzie ostatniego, dużego przetargu, w jakim uczestniczy PZL-Świdnik – na dostawę 70 helikopterów dla MON. Uczestniczymy w nim wraz z 900. naszymi poddostawcami, zatrudniającymi ok. 4 tys. osób.” Według Krystowskiego zatrudnienie w zakładach PZL-Świdnik może wzrosnąć o nawet 2 tys. osób w perspektywie najbliższych siedmiu lat, o ile spółka zwycięży w kontrakcie dla MON. To obrazuje, że tylko inwestycje mogą prowadzić do rozwoju gospodarczego i spadku bezrobocia, oczywiście o ile będą wspierane.

Innowacyjność w naturalny sposób łączy się z IT czyli technologią informacyjną. Jedna z debat zatytułowana została pytaniem: „Rozwój IT szansą czy zagrożeniem dla Polski?” Cóż moim zdaniem, niektóre szanse są zagrożeniami. Grzegorz Napieralski Zastępca Przewodniczącego sejmowej Komisji Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii, odpowiadając na pytanie stwierdził, że „zagrożeniem jest powstrzymywanie się od rozwoju, zwłaszcza kiedy wszyscy się rozwijają. Grozi to utratą kompatybilności z rzeczywistością.” Pragmatycznie potwierdził to Andrzej Halicki Minister Administracji i Cyfryzacji dostrzega „bariery technologiczne, związane z nakładami, poziom kompetencji czyli świadomość jak to można wykorzystać. Wśród urzędników panuje przekonanie o niebezpieczeństwach, ryzykach, a nawet nieopłacalności z technologią informacyjną. Wciąż obowiązuje kult pieczątki i papierowego obiegu dokumentów.” Z pewnością te dogmaty stanowią poważny hamulec.

Praktycznym przykładem zawracanie kijem rzeki jest to co się dzieje w sprawie pobierania opłat za przejazd autostradami w Polsce. Zostało to omówione podczas debaty „Nowoczesne rozwiązania i produkty dla infrastruktury”. Krzysztof Król Doradca Prezydenta RP zauważył, że „nowoczesne urządzenia pozwalają systemom elektronicznym rozpoznawać pojazdy. To w praktyce oznacza, że można stworzyć system pozwalający zlikwidować bramki płatnicze na autostradach. W efekcie rozwiązuje to problem korków na drogach, bo bramki są wąskim gardłem. Odejście minister  Elżbiety Bieńkowskiej przekreśliło te projekty, którymi nikt się teraz nie zajmuje.” Szkoda, albowiem elektroniczna identyfikacja pojazdów może być rozwiązaniem dla wiele innych spraw. Wskazywał na to Marek Cywiński Dyrektor Generalny Kapsch Telematic Services „system viaTOLL może minimalizować zajeżdżanie miast przez samochody, zmniejszać ilość wypadków drogowych, ograniczać ruch i kłopoty z parkowanie dzięki inteligentnej komunikacji radiowej”.

Wielką szansą jest też rozwój telemedycyny. Przekonywali o tym z kolei mówcy uczestniczący w debacie pod takim tytułem. Prof. Ryszard Piotrowicz kierownik Kliniki Rehabilitacji i Kardiologicznej i Elektrokardiologii Nieinwazyjnej wskazywał, że „telemedycyna sprawdza się chociażby w kardiologii polega na monitorowaniu kondycji i zachowań serca. Transmisje EKG można przeprowadzać z domu pacjenta. Na podstawie algorytmu jest możliwe podejmowana konkretnych decyzji terapeutycznych. To doskonałe rozwiązanie w przypadku opieki nad pacjentami, którzy mają wszczepiony rozrusznik lub fibrylator.” Jednak dla Narodowego Funduszy Zdrowia i Ministerstwa Zdrowia sprawa nie jest już tak oczywista i nie chcą uwzględnić wydatków telemedycyny w koszyku refundowanych usług medycznych. Przyczyną jest brak definicji takiego terminu jak telemedycyna i regulacji prawnych na ten temat.

Cóż w zasadzie, z wszystkich debat, w których uczestniczyłem wynika, że jeśli chodzi o innowacyjność, a nawet tylko o inteligentny rozwój nie będzie łatwo. Perspektywy są nędzne. Jeden z urzędników, którego, z litości nie będę tu sławić powiedział: „Panie, nie przesadzajmy z tą innowacyjnością, ona bardzo szybko się starzeje. Cała Europa jest w defensywie. Wśród światowych liderów innowacyjności nie ma przedsiębiorstw z Unii Europejskiej”. To żadne pocieszenie, ale temat do zastanowienia się.

P.S. W opowieści o Welconomy 2015 nie napisałem o debacie na temat CSR czyli społecznej odpowiedzialności biznesu, stało się tak, bo to materiał na oddzielny tekst, którego bohaterem będzie m. in. pewna Biedronka Jeronimo Martins Polska…..

MZ-Pakiet-onkologiczny-Leczenie-raka-bez-limitu_img532cbf1a20258

Być może, nie każdy ma wśród najbliższych zmarłego w związku z II wojną światową, ale, chyba, każdy, niestety, ma kogoś, kto zmarł na chorobę nowotworową. Patrząc z tego punktu widzenia, jest to jeden z najbardziej powszechnie odczuwalnych przyczyn śmierci. Chodzi o pacjentów, którzy umierają, nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że politycy stworzyli system, który do tego prowadzi.

Kilka lat temu resort zdrowia wpadł na pomysł, żeby aby chorzy na nowotwory, mogli skorzystać z terapii musi być ona zatwierdzona przez Lekarza Wojewódzkiego. Jak łatwo się zorientować cały system leczenia spadł na barki 17 lekarzy w kraju! Zapomniano, że mogą zachorować, albo skorzystać z przysługującego urlopu. Dzięki bezmyślności, stworzono kolejki ludzi ciężko chorych. Można też podejrzewać, że w ten sposób wielu chorych zmarło, ponieważ nie doczekało się w kolejkach po akceptację recept. Tak zmarł m. in. mój bliski przyjaciel…..

Coś gorszego jest szykowane od 1 stycznia 2015 r., kiedy ma wejść w życie tzw. „pakiet onkologiczny”, który już zdążył wywołać sprzeciw większości środowiska medycznego. Ci, którym problematyka leczenia nowotworów jest bliska, nazywają go wprost „pakietem propagandowym”. W sumie nic nowego, nowe wybory powoli się zbliżają, Minister Zdrowia wykonuje kolejny pozorny manewr.

Mnie intryguje jednak strona merytoryczna: dlaczego „pakiet onkologiczny” spotkał się z taką krytyką? Według zapewnień rządu, dzięki pakietowi onkologicznemu, pacjent, z podejrzeniem nowotworu, będzie leczony szybciej i skuteczniej. Lekarzy, zaproponowany nowy system, nie przekonuje. Cytując jednego z nich Adama Tomczyka (lekarz rodzinny z NZOZ „Medica” w Leśnicy, szef Porozumienia Zielonogórskiego na Opolszczyźnie): „Uważamy, że jedyny element, który jest w pakiecie dobrze opracowany, to logo. Od 1 stycznia na zewnątrz i wewnątrz budynku oraz na drzwiach gabinetu każdego lekarza podstawowej opieki zdrowotnej ma się pojawić tabliczka ze ślicznym zielonym ludzikiem. Poza tym czeka nas wielka niewiadoma”. Muszę przyznać, że to mocne słowa, a jeśli są prawdziwe to przerażające. Trudno uwierzyć w cudotwórczą moc zielonego ludzika.

Co w takim razie jest źle? Rozmowy na temat pakietu onkologicznego trwają od dawna. Niestety żadne racjonalne uwagi lekarzy nie zostały wzięte pod uwagę przez resort zdrowia. Wielka szkoda, że głos praktyków został zignorowany. W końcu powszechnie wiadomo, że minister się nie myli. Za co najmniej kontrowersyjny pomysł uważam, że projekt „szybkiej terapii onkologicznej” jest promowany przez rysunki satyryczne Henryka Sawki. Czy Ministerstwo uważa, że choroby nowotworowe są śmieszne? Czy też śmiać się należy z pakietu onkologicznego?

Pakiet onkologiczny Ministerstwa Zdrowia to nic innego jak segregowanie pacjentów na lepszych i gorszych. Kto będzie miał zieloną kartę, ten obsłużony będzie szybko. Kto nie, no cóż…. niech radzi sobie sam – a kto trochę postoi w kolejce dłużej to może nie trzeba będzie z budżetu na niego łożyć? Segregacja przywołuje najgorsze skojarzenia z zasadami, które legły u narodzin II wojny Światowej. Rodzi się podejrzenie, że te „piękne zmiany” mają pomóc nie pacjentom, tylko budżetowi Ministerstwa Zdrowia.

Lekarze się burzą. Opinię publiczną karmi się bajkami, że będzie lepiej. W mediach różnie: jedni chwalą, drudzy alarmują. Taka sytuacja na pewno nie pomaga Ministerstwu, a jeśli pakiet ma wejść raptem za kilkanaście dni, to już się pewnie nic się nie zmieni. Generalnie pozamiatane. Co więc można zrobić? Najlepiej być zdrowym, bo gdy trzeba będziesz skorzystać z zasad pakietu, trzeba będzie mieć szczęście, aby być zakwalifikowanym do leczenia.

Spodziewam się, że niebawem w mediach pojawi się jakaś głośna sprawa, ale nie trochę głośna – tylko po prostu wielkie bum! Nie wiem na jaki temat. Może nagle okaże się, że jakiś znany lekarz nie jest taki cudowny, że popełnił błąd? Może jakaś palcówka źle rozlicza się z NFZ? Może pozmieniają konsultantów krajowych? Nie ważne co to będzie, ważne, że zagłuszy w mediach problemy związane z wprowadzeniem pakietu onkologicznego, który jest flagowym projektem Ministra Zdrowia.

Jeśli chodzi o medycynę jestem laikiem, choć jestem autorem książki „Lekarze w walce o zdrowie”.  Z racji swojego wieku, doświadczenia i wykształcenia znam życie i zasady rządzące polityką i  propagandą. Ostatnio docierają do mnie informacje o wzmożonych kontrolach, jakie odbywają się w placówkach medycznych. Podobno jest ich „trochę” więcej niż zwykle. I jakoś tak mi się zdaje, że to nie przypadek. Podejrzewam, że ktoś szuka tematu zastępczego albo chce zastraszyć lekarzy. Tak czy siak szykuje się strata.

 lekarze

Od czasu pyrrusowego zwycięstwa Romana Kluski z fiskusem o przypadkach nadużyć urzędników – nie tylko skarbowych – wobec przedsiębiorców pisze i mówi się coraz śmielej. Ukoronowaniem tego procesu był wstrząsający film „Układ zamknięty”. Urzędnicy walczą, nie tylko z biznesmenami, lecz, z sobie tylko wiadomych powodów, również lekarzami.

Na ekrany wszedł film „Bogowie” o profesorze Zbigniewie Relidze, a na księgarskich półkach pojawiła się biografia wielkiego lekarza, który w zakresie polskiej kardiologii stał się ikoną. Jego działalność polityczna można uznać, za dyskusyjną, jednak jest on przykładem tego, że nawet w przaśnej Polsce Ludowej można było dokonywać w medycynie rzeczy, które wydawały się niemożliwe, i już wówczas miał przeciwników byli nimi urzędnicy, którzy rzucali kłody pod nogi.

Dzisiaj mówi się o szansach, które stoją przed polską medycyną, o wspieraniu młodych, zdolnych, o szukaniu środków na rozwój placówek, które mogą być wizytówkami Polski za granicą. „Słowa, słowa, słowa”. Praktyka wygląda zupełnie inaczej. Osoby i placówki, które mają wszelkie podstawy ku temu, by być wizytówkami naszej medycyny i w ogóle naszego kraju za granicą, mają podcinane skrzydła. Lista przykładów jest długa i wyjątkowo smutna, a świadczy o krótkowzroczności, małostkowości, (a może i bezmyślności?) decydentów i urzędników, którym powierzono zarządzanie polską służbą zdrowia.

Przykłady? Proszę bardzo. Światowej sławy okulista profesor Jerzy Szaflik, usunięty przez niezatapialnego ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza ze stanowiska konsultanta krajowego ds. okulistyki – mimo głośnych i licznych protestów środowiska lekarskiego. Profesora, jak donosiły media, zastąpił znajomy pana ministra. Przykład kolejny – Centrum Onkologii w Bydgoszczy, rozwinięte do poziomu jednej z najlepszych polskich klinik onkologicznych przez profesora Zbigniewa Pawłowicza, notabene senatora Platformy Obywatelskiej. Okazuje się, że nawet mandat senatora miłościwie panującej partii nie ratuje przed kopaniem dołków, zawiścią środowiska i chęcią pokazania przez resort, kto tu rządzi. Profesor przegrał z biurokracją.

Tajemnicą poliszynela jest również upodobanie, z jakim ludzie ministra zdrowia szukają „czegoś” na profesora Mariana Zembalę, dyrektora Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Nieprzypadkowo również – i również nie jest to tajemnica dla środowiska – po mediach chodzą osoby, którym przeszkadza, że Światowe Centrum Słuchu w Kajetanach nie kupuje sprzętu medycznego od tych firm, od których powinno.

Państwowi urzędnicy robią wiele, by pokazać lekarzom, którzy tworzą autorskie projekty, że ponad przeciętność, to jest ponad urzędnika, wyrastać nie należy, na tym, niestety, polega słynne już „państwo w państwie”. Premier Ewa Kopacz wywodzi się ze środowiska lekarskiego. Chciałoby się powiedzieć: na szczęście, albowiem chciałbym, aby w ramach zapowiedzianego przez nią „nowego otwarcia” znalazło się miejsce dla wnikliwego przyjrzenia się praktykom, które jako żywo przypominają opowieści o fiskusie i przedsiębiorcach. Z tą różnicą, że i po jednej, i po drugiej stronie są w tym przypadku podmioty publiczne – co szkodzi wszystkim nam, nie tylko potencjalnym pacjentom.

 

OSZUSTWO FARMACEUTYCZNE

To bardzo interesujące wprowadzić ustawę, pod hasłami troski o portfele pacjentów, poprzez ustalenie bardzo niskich marż aptecznych, jednocześnie sprawiając, że, w ten sposób, będą musieli więcej wydawać na leki. Przy okazji, ludzie, zostali pozbawieni prawa do informacji i wolnej konkurencji.

Mowa o „ustawie o refundacji leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych”. Teoretycznie jej celem było określenie niskich marż, aby ulżyć doli cierpiącym. Po dwóch latach obowiązywania „dobroczynnej” regulacji prawnej okazało się, że chorzy wydają więcej pieniędzy na leki refundowane, niż było to wcześniej. Co więcej, przez ustawowy zakaz reklamy aptek (wraz z ustawą refundacyjną znowelizowano także prawo farmaceutyczne w tym zakresie), za który uważa się również prawo do informowania o cenach, jak i dostępnych farmaceutykach, także płacą więcej, ponieważ nie mogą porównać cen w poszczególnych placówkach.

Trudniej jest także ustalić, gdzie można zrealizować recepty, ponieważ, za udzielenie, przez aptekarza takiej informacji ustawa zakłada karę w wysokości 50 tysięcy złotych. W kontekście przepisów nielegalna jest nawet telefoniczna informacja o lekach. Niskie marże i częste zmiany na listach refundacyjnych sprawiają, że aptekarze drastycznie ograniczyli asortyment i zmniejszyli zapasy. Skutek jest taki, że przeważnie recepta jest realizowana na drugi dzień. Leki to nie rodzynki, co oznacza, że szybkość ich podania może decydować o zdrowiu lub życiu.

Obrót lekami bez recepty oraz suplementami diety przejęły sklepy i stacje benzynowe, które nie mają zakazu reklamy, albowiem nie dotyczy on farmaceutyków tylko leków. Dzieje się to ze stratą dla pacjentów, ponieważ te kanały dystrybucji nie dysponują farmaceutami, z którymi pacjent może skonsultować właściwości terapeutyczne. Co więcej specyfiki są przechowywane często w niewłaściwych warunkach, przez co tracą swoje korzystne właściwości lub nawet stają się szkodliwe.

Ustawa wraz z zapisami dotyczącymi zakazu reklamy sprawiła, że apteki stały się de facto punktami wydawania leków na receptę. Oznacza to, że ich działalność głównie jest finansowana przez budżet państwa. W ten nieformalny sposób państwo przejęło na utrzymanie ponad dziesięć tysięcy aptek. Gospodarności czy rozsądku w tym żadnego.

W księgowości często mówi się o fałszowaniu wyników sprawozdań finansowych. W przypadku dystrybucji i sprzedaży leków sytuacja jest podobna. Teoretycznie państwo pomaga chorym. Praktyczny bilans zysków i strat pokazuje jednak, że pacjenci zostali obciążeni większymi wydatkami i pozbawieni praw typowego konsumenta. Zyskało państwo, które wydaje mniej pieniędzy na leki i rozbudowany aparat urzędniczy, który jeszcze bardziej uzależnił od siebie apteki i aptekarzy.

Juliusz Bolek