Archiwa tagu: MON

Konflikt rosyjsko-ukraiński na Morzu Azowskim to kolejny powód do niepokoju. Moskwa od lat prowadzi agresywną politykę. Teraz pole konfliktów zostało rozszerzone o morza. To bardzo niebezpieczna eskalacja. Mam coraz większe wątpliwości, czy potrafimy wyciągnąć z tej sytuacji wnioski?

Stan polskiej Marynarki Wojennej zachwyciłby każdego muzealnika (zwłaszcza w setną rocznicę jej powołania przez Józefa Piłsudskiego, którą właśnie obchodzimy). Dokładny wykaz okrętów wraz ze zdjęciami jest udostępniany na Wikipedii. Wystarczy tam zajrzeć, aby załamać ręce. Marszałek, gdyby żył, z pewnością by to zrobił.

Niedawno w „Zyskach i stratach” pisałem o opłakanym stanie niemieckiej armii. Z przykrością stwierdzam, że kondycja polskiej floty wojennej wygląda jeszcze gorzej. Marynarka Wojenna RP ma zdefiniowane kilkanaście zadań do wykonania. Obecnie możliwość wypełniania większości z nich jest co najmniej wątpliwa. Łącznie z tym najważniejszym – obrony polskiej strefy ekonomicznej na Bałtyku, szlaków żeglugowych,  portów i wybrzeża. Stan floty Marynarki Wojennej to wynik zaniedbań mierzonych w dziesięcioleciach. W 2017 roku wydawało się, że coś się zmieni – miał być wyłoniony zwycięzca przetargu na okręty podwodne. Sprawdziłem: ten przetarg został ogłoszony w 2013 roku. Za nami pięć lat przekładania papierów i pięć lat degradacji Marynarki Wojennej

Jeżeli Ministerstwo Obrony Narodowej nie zamierza wzmocnić floty, to mam poważne wątpliwości czy nasi decydenci czytają własne dokumenty. Ta inercja prowadzi do rezygnacji przez Polskę z bałtyckiego okna na świat. Gdy czytam o gazoporcie w Świnoujściu, o największym na Bałtyku duoporcie kontenerowym Gdynia-Gdańsk to nie mogę uwierzyć, że nikomu nie zależy na tym, by tę cenną infrastrukturę chronić – chronić poprzez odstraszanie potencjalnego przeciwnika. Nie ma bardziej skutecznej broni morskiej niż okręt podwodny wyposażony w rakiety manewrujące. Jest on praktycznie niewykrywalny, gwarantuje skryty odwet, który nie daje przeciwnikowi szans na obronę.

Zamiast racjonalnych decyzji pojawiają się dziwne „improwizacje”, jak np. sprowadzanie używanych fregat z Australii. Na szczęście ktoś miał chwilę refleksji i plan został powstrzymany. Wszystkie analizy, w tym symulacje Ministerstwa Obrony Narodowej wykazują, że w razie konfliktu jednostki nawodne, szczególnie tak duże jak fregata (ponad 100 metrów długości), nie mają szans przetrwania. Wojna morska XXI wieku będzie wyglądać inaczej niż ta znana z filmów. Przeciwnik wystrzeli bardzo dużo bardzo szybkich rakiet przeciwokrętowych i jednostki nawodne nie będą miały większych szans na przeżycie.

Biednego nie stać na prowizorki, dlatego powinien inwestować rozważnie i perspektywicznie. Ostatnio mówi się o zakupie nowych fregat. Według ekspertów kosztowałyby, bagatela, 12 miliardów złotych. Te niewątpliwie potężne okręty będą świadczyły o tym, że jesteśmy „silni, zwarci, gotowi”, bo fregaty – jak wykazali eksperci – w najlepszym wypadku będą musiały opuścić Bałtyk zanim wybuchnie wojna… Powtórka z wojny w 1939 roku? Sam MON wie, że największe szanse na przetrwanie i odpowiedź agresorowi będą miały nowoczesne okręty podwodne z rakietami manewrującymi. To nasza polisa bezpieczeństwa. Obecnie zostały nam już tylko dwa okręty podwodne, z czego jeden sprawny. Zwodowano go pół wieku temu…..

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Trwa batalia, prawie wojna, o modernizację, czy może nawet precyzyjniejszym terminem byłoby, o stworzenie namiastki floty Marynarki Wojennej. Obserwowanie tej dyskusji przypomina przysłuchiwanie się gospodyniom domowym, które podczas wycieczki do magla, wpadły na pomysł uzdrowienia raju. Niestety tej dyskusji nie prowadzą amatorzy.

Zaczynając od początku, Marynarka Wojenna ma sprzęt, który mógłby zainteresować wiele muzeów techniki bądź wojskowości. Natomiast jeśli chodzi o zdolność bojową, to polska flota wojenna przypomina tekturowe czołgi, ustawione na pustyni irackiej. Jak uczy historia, atrapy nie tylko nikogo nie przestraszyły, ani nawet nie uchroniły dyktatora Saddama Husajna. Czy to oznacza, że Polska powinna mieć prawdziwe okręty, na miarę XXI wieku? Nie wiem. Jeśli Polska chce mieć cokolwiek do powiedzenia na terytorium Morza Bałtyckiego, to prawdziwe okręty wojenne są przymusową koniecznością. Oczywiście nie ma obowiązku. Polska może nie mieć Marynarki Wojennej, tak jak Litwa i Łotwa w ogóle praktycznie nie mają wojska, tylko czy to porównanie ma jakikolwiek sens?

Pytanie skąd wziąć nowe statki? Cóż, najlepiej wybudować. Według premiera Mateusza Morawieckiego stocznie miały stać się jednym z kół zamachowych polskiej gospodarki i to już do roku 2020. Odbudowę polskiego przemysłu stoczniowego mogłyby zapewnić zamówienia związane z modernizacją Marynarki Wojennej. Chodzi o nowe jednostki, budowane we współpracy z zagranicznymi podmiotami. Koncepcja sprytna: stocznie dostałyby tak potrzebne zlecenia i środki na rozwój, a armia – nowe okręty, wybudowane w nowoczesnych technologiach.

Czas płynie nieubłaganie i coraz więcej osób uważa, że koncepcje premiera Mateusza Morawieckiego to bajki. Do roku 2020 zostały dwa lata i nic się nie dzieje, poza koncepcjami. Potwierdzają to coraz bardziej egzotyczne propozycje, aby zamiast wydawać pieniądze na okręty, budowane w polskich stoczniach wypożyczyć flotę z Niemiec lub od któregoś z krajów skandynawskich. Inny jeszcze bardziej zaskakujący pomysł to zakup np.  30-letnich fregat Adelaide od… Australii, która wycofuje te jednostki, bo inwestuje w nowe. Oznacza to jednak w latach 30 XXI wieku Polska znów będzie posługiwać się archaiczną flotą, z ubiegłego wieku. Będą to więc znów atrapy, ale nowsze i ładniejsze. To podobno koncepcja forsowana przez Ministerstwo Obrony Narodowej i Prezydenta, inspirowanego przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Nie bez powodu rozpoczęły się wycieczki do Australii. Ktoś pilnie potrzebuje sukcesu i to jest katalizator dziwacznych idei. Ciekawe co na to Premier Morawiecki?

Według ekspertów realizacja zamówień przez polskie stocznie (przede wszystkim dla Marynarki Wojennej) daje szansę na 85 tysięcy nowych miejsc pracy i wygenerowanie 95 mld zł w polskim PKB. Z kolei fiasko programu odbudowy przemysłu stoczniowego pochłonie ponad 13 mld zł z tytułu utraconych zysków, podatków oraz kosztów poniesionych już na restrukturyzację zatrudnienia. Z przedstawionych wyliczeń, z ekonomicznego punktu widzenia wynajem czy zakup staroci to delikatnie mówiąc marnotrawstwo. Świadom jest tego m. in.  Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej Marek Gróbarczyk, który, wbrew MON, Prezydentowi i BBN, nie zgadza się, „aby pozyskiwać stare jednostki australijskie i w ten sposób hamować proces budowy w polskich stoczniach nowych okrętów obronnych”. Uważa, że „okręty wojenne powinny być budowane w Polsce”. Niestety to nie będą jego decyzje. Mam nadzieję, że z powodu swoich oświadczeń Minister bohatersko nie polegnie i uda mu się odmienić katastrofalne decyzje wiszące w powietrzu.

Cóż ja do tego mogę dodać? Na taką okoliczność są dwa mądre powiedzenia „co nagle to po diable” i „biednego nie stać oszczędzanie”, a więc zakup złomu z antypodów czy też wynajmowanie sprzętu, aby za własne pieniądze go remontować, byle tyko coś mieć to ekstrawagancja, na którą z pewnością Polska sobie nie może pozwolić, bo niewolno pieniędzy podatników wrzucać w błoto.

Polski przemysł zbrojeniowy postanowił wstąpić na ścieżkę innowacji. To bardzo poważne wyzwanie, zwłaszcza, że Polska w dziedzinie nowatorskich rozwiązań wlecze się na samym końcu państw Unii Europejskiej, a na liście światowej trudno ją znaleźć.

Innowacyjność to bardzo trudna dyscyplina, w której trwa zacięta rywalizacja. Najpierw trzeba mieć oryginalny pomysł związany z jakimś nowym rozwiązaniem. Potem trzeba wymyślić jak to zrealizować i sprawdzić czy rzeczywiście działa. To wymaga czasu oraz pieniędzy. Kiedy prototyp idei jest gotowy należy zweryfikować czy inni nie wymyślili czegoś podobnego, albo, co gorsza, lepszego. Dopiero wtedy jest czas na wdrożenie, które też wymaga czasu oraz środków finansowych i weryfikację przez zainteresowanie klientów.

Zapewne z takich powodów Polska Grupa Zbrojeniowa, marząc o nowoczesnym śmigłowcu bojowym, nie zaryzykowała samodzielnej działalności w tym zakresie i tak doszło do porozumienia z włoskim przedsiębiorstwem Leonardo Helicopters Division, do którego w Polsce należy PZL-Świdnik – polska fabryka helikopterów, z ponad 65-letnim doświadczeniem. Zakład wyprodukował już ponad 7.400 maszyn, dla klientów w ponad 40 krajach świata. Polska, dzięki PZL-Świdnik, jest jednym z nielicznych państw zdolnych do samodzielnego projektowania, produkowania, a także rozwijania i serwisowania helikopterów.

Podpisanie listu intencyjnego przez Polską Grupę Zbrojeniową i Leonardo Helicopters Division stanowi ciąg dalszy dialogu, który organizacje prowadzą od 2016 roku. Od tej daty zawarto już szereg umów o współpracy. Podpisany teraz list intencyjny dotyczy zasad współpracy w ramach programu AW249 – najnowszego helikoptera. Dokument przewiduje współdziałanie w zakresie projektowania, produkcji, montażu końcowego, sprzedaży oraz wsparcia posprzedażnego maszyny.

AW249 ma się charakteryzować się lepszymi osiągami, wysoką odpornością na środki walki elektronicznej, większym udźwigiem uzbrojenia oraz obniżoną sygnatura termiczną i radarową. Nowy helikopter, o maksymalnej masie startowej kat. 7-8 ton i ładowności powyżej 1.800 kg, będzie wyróżniał się szybkością i długotrwałością lotu, pozwalającą na przetrwanie w najtrudniejszych warunkach, podczas realizacji zadań z zakresu wsparcia powietrznego oraz zbrojnej eskorty. AW249 będzie dysponował najnowocześniejszymi systemami komunikacji i kierowania misją na polu walki; system realizacji misji będzie w stanie zarządzać i kierować bezzałogowymi statkami powietrznymi, a także zapewni szereg elementów poprawiających świadomość sytuacyjną, tym samym zmniejszając obciążenie pilota pracą i poprawiając bezpieczeństwo. Dodatkowo, dzięki zaawansowanym technologiom oraz zastosowaniu specjalnej filozofii projektowej, AW249 – w porównaniu z poprzednią generacją helikopterów – pod wieloma względami przyniesie oszczędności w kosztach eksploatacji.

Prognozuje się, że prototyp helikoptera będzie gotowy jeszcze w tym roku. Jeśli to prawda, to znaczy, że udział PGZ w innowacji będzie niestety raczej marginalny. Włosi zgodzili się na współpracę z Polskę (przy podsuwaniu umowy byli obecni ambasador Włoch w Polsce Alessandro De Pedys oraz przedstawiciele Ministerstwa Obrony Narodowej – co świadczy, że kooperacja posiada akceptację obydwu państw). Istnieje ryzyko, że dopuszczenie polskiej strony jest spowodowane brakiem środków Leonardo na zakończenie projektu. Nie wiadomo jednak czy polska strona zadeklarowała jakieś konkretne zaangażowanie finansowe. Innym powodem aktywności Leonardo Helicopters Division może być wsparcie dla PZL-Świdnik,  produkującego układ napędowy do AW149. Ten sam napęd ma być wykorzystany w nowej maszynie.

Niezależnie od zastrzeżeń realizacja listu intencyjnego to wyjątkowa okazja, dzięki której polski przemysł obronny będzie miał możliwość  uczestniczyć w programie rozwoju zupełnie nowego helikoptera, który może być elementem planu modernizacji polskich sił zbrojnych. Większość koncernów zbrojeniowych bardzo niechętnie zaprasza do współpracy zagraniczne podmioty. Z tego listu intencyjnego może być  zysk.

„Jaki tu spokój, na, na, na, nic się nie dzieje, na, na, na” – śpiewał kilka lat temu zespół Stauros. Przeważnie taka sytuacji jest przed burzą. Oby tym razem było inaczej.

Od dłuższego czasu obserwuję proces modernizacji i dozbrajania polskiej armii.  Jestem nawet autorem analizy „Transformacja polskiej obronności”. Swego czasu Instytut Biznesu, który reprezentuje, był również organizatorem konferencji „Wojsko – koło zamachowe gospodarki”. Oznacza to, że przyglądam się sprawom uzbrojenia zarówno od strony wojskowej jak i ekonomicznej. To ważne, albowiem ani wojsko, ani ekonomia nie są samotnymi wyspami tylko stanowią ważne elementy, od których zależy pomyślna przyszłość.

Dużą nadzieję pokładem w walnym spotkania Rady Budowy Okrętów. Jego celem miała integracja tez niezależnych dokumentów „Strategicznej Koncepcji Bezpieczeństwa Morskiego RP” i „Strategicznego Przeglądu Obronnego” w jedną koncepcję użycia Marynarki Wojennej. Nadzieję pokładałem w tym, że przedstawiciele RBO uczestniczyli w pracach nad tymi dokumentami.

Niestety spotkanie nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Fundamentalną przyczyną było oczywiście to, że Rada Budowy Okrętów nie posiada kompetencji decyzyjnych. Ponadto na zebraniu nie było przedstawicieli Ministerstwa Obrony Narodowej oraz reprezentacji Inspektoratu Marynarki Wojennej i Inspektoratu Uzbrojenia. 

Niewiele to zmienia skoro takie profesjonalnemu gronu nie udało się wypracować jednego, wspólnego stanowiska. Przyczyną była różnica zdań pomiędzy uczestnikami. Z jednej strony pojawili się teoretycy, dla których istotne są dokumenty, analizy i teorie. Odmienne zdanie mieli pragmatycy czyli osoby związane z przemysłem obronnym. Mam wielki szacunek dla analiz i strategii, zwłaszcza jeśli ich skutkiem mają być wieloletnie, wielomiliardowe decyzje finansowe. Niestety stwierdzam, że te dokumenty są produkowane jedne po drugim, pochłaniając energię, uwagę i czas. Natomiast sprawa uzbrojenia Marynarki Wojennej stoi zupełnie w miejscu. Wygląda to tak jakby ktoś świadomie paraliżował, i to od lat, jakieś decyzje uzbrojeniowe.

Jak się okazuje przejęcie kontroli przez Ministerstwo Obrony Narodowej nad Stocznią Szczecińską i Stocznią Marynarki Wojennej nie wiele zmieniło. Może przyczyną jest wymiana praktycznie całego kierownictwa resortu? Czas jednak płynie nieubłaganie. Nic nie robienie jest też bardzo kosztowne, a przypadku modernizacji uzbrojenia również bardzo ryzykowne. Życie, a zwłaszcza sprawy obronności, to nie piosenka. Armia potrzebuje trafnych i szybkich decyzji, które pozwolą na wykorzystanie polskiego potencjału stoczniowego znajdującego się pod kontrolą rządu oraz dozbrojenia.

Szybkie wsparcie dla armii jest możliwe dzięki współpracy z francuską stocznia DCNS, wyspecjalizowaną w budowie okrętów podwodnych. W tej sprawie Polska Grupa Zbrojeniowa zawarła już porozumienie, które przewiduje transfer francuskich technologii do polskich spółek stoczniowych. Chyba warto kontynuować tę współpracę, która da nowy impuls polskich stoczniom, krajowe uzbrojenie dla Marynarki Wojennej oraz wzrost potencjału gospodarczego. Oczywiście można czekać dalej, pytanie brzmi tylko na co? Czy jest jakaś racjonalna alternatywa czy tylko marzenie o kolejnych raportach, analizach i dokumentach?

Jaki tu spokój, na, na, na, nic się nie dzieje, na, na, na…….

 

Fake newsy czyli fałszywe, świadomie tworzone kłamliwe informacje rozprzestrzeniają się szybciej niż dżuma, a skutkach mogą być bardziej niebezpieczne od epidemii. Kształtują opinię publiczną i wpływają nastroje społeczne. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że świadome zarządzanie dezinformacją jest częścią większego planu strategicznego.

Przykładem, do budowania powyższych refleksji, może być sprawa zakupu uzbrojenia dla polskiej armii. Otóż, w czasie wizyty Ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza w Paryżu 13 września br. portal Onet.pl zamieścił sensacyjny artykuł, oparty na informacjach anonimowych „źródeł zbliżonych do francuskiego odpowiednika MON”. W tekście pojawiła się wiadomość o rzekomym szantażu francuskich rozmówców Ministra w sprawie sprzedaży Polsce okrętów podwodnych razem z rakietami manewrującymi. Zdaniem twórcy informacji, Francuzi mieli, ponoć, odmawiać osobnej sprzedaży produkowanych przez siebie rakiet, w przypadku wyboru przez MON niemieckich okrętów podwodnych. To właśnie niemieckie okręty uważane są przez, nomen omen, należący do Niemców portal Onet.pl za faworytów w wyścigu o polskie zamówienie. Dodatkowo zasugerowano, że strona francuska miała uzależnić zgodę na sprzedaż okrętów od stosunków politycznych między oboma państwami.

Te fałszywe informacje, o francuskim szantażu i naciskach, zostały szybko podchwycone przez inne media. Żaden nowy publikator ich jednak nie zweryfikował, chociaż news natychmiast zdementował wiceminister obrony Michał Dworczyk, jeszcze podczas wizyty Ministra w Paryżu, mówiąc jasno, że nie ma żadnych problemów w relacjach z Francją, a wszystkie takie opowieści należy włożyć między bajki. Później tego samego dnia i w dniach kolejnych informacji Onetu nie potwierdził także sam główny uczestnik rozmów, Antoni Macierewicz, który powiedział podczas briefingu prasowego po zakończonym spotkaniu ze stroną francuską „To ciekawa oferta. Oferta, która na pewno ma przyszłość […] to, co tam zobaczyliśmy napawa optymizmem, co do potencjału francuskiego i skuteczności działania”.

W udzielonym „Naszemu Dziennikowi” wywiadzie Antoni Macierewicz dodał, że „silną stroną propozycji francuskiej jest to, że oferuje zarówno okręt podwodny, jak i rakiety manewrujące […] te rakiety są zintegrowane z okrętami wojennymi i ewentualny kontrakt obejmowałby zarówno budowę okrętów, jak i rakiet”. Zdaniem Ministra Obrony Narodowej „zarówno Szwedzi, jak i Niemcy oferują okręty, do których trzeba byłoby dokupować osobno rakiety i je integrować, co zawsze jest kosztowne i dyskusyjne”. Także w tych wypowiedziach nie słychać nic o rzekomym szantażu ani naciskach władz francuskich. Jak widać po wypowiedziach szefa MON Francuzi nie obrazili się na Polskę za zrezygnowanie z zakupu helikopterów Caracali. Za to bardzo się starają, aby przekonać resort obrony do zakupu okrętów i składają propozycje na tyle interesujące, że wymagają szybkich kolejnych rund rozmów.

To jeszcze nie koniec tej historii. Kilka dni temu RMF FM, a potem jeszcze kolejne media, powołując się na informacje z francuskiego portalu „Mer et Marine” znów informuje o rzekomych naciskach Francji, na Polskę, w sprawie zakupu okrętów, a źródłem tych informacji są „niektórzy obserwatorzy”. Tu cytat: „(…)Niektórzy obserwatorzy sugerują, że zakup okrętów podwodnych mógłby ocieplić polsko-francuskie relacje. Niedawne ataki prezydenta Emmanuela Macrona na polski rząd na unijnej scenie mogłyby zresztą – ich zdaniem – stanowić strategiczny środek nacisku, którego celem miało być zmuszenie do kupna Scorpenów 2000.” Dziwne w tym jest to, że w oryginalnym tekście francuskiego portalu takiej informacji nikt się nie doczyta. Kim zaś są „obserwatorzy”? Tego już nie wiadomo.

Czy to przypadek, że te fake newsy opublikowane zostały w momencie międzyrządowych rozmów w sprawie potencjalnego zakupu okrętów podwodnych od Francji? Może tak, a może to być też działanie inspirowane? Pojawiają się opinie, że to działanie stanowi próbę zdyskredytowania francuskiej oferty na rzecz niemieckiego dostawcy okrętów podwodnych, koncernu TKMS, wychwalanego na portalu Onet.pl. Być może nie jest przypadkiem, że działające w Polsce, ale należące do niemieckiego kapitału media posuwają się do manipulacji, aby wpływać na polską opinię publiczną, polityków i decydentów. Być może medium i jego właściciel nie ma tu nic do rzeczy. Trudno jednak dać wiarę, że przyczyną fałszywych informacji są nieidentyfikowani i nieweryfikowalni informatorzy, co do których można nabrać podejrzenia, że w ogóle nie istnieją.

Polski przemysł stoczniowy ma ogromy potencjał. Jednak od lat znajduje się w zapaści. Na ratunek przyszło Ministerstwo Obrony Narodowej, które poprzez zależne od siebie podmioty przejęło niedawno kontrolę nad Stocznią Szczecińską i Stocznią Marynarki Wojennej. Pozostaje pytanie co dalej?

Przejęcie kontroli przez państwo nad ważnymi obiektami przemysłowymi, nie oznacza automatycznie sukcesu. Aby było to możliwe w przejętych stoczniach konieczne jest uruchomienie produkcji. Mało tego, wytworzone statki muszą znaleźć nabywców. Dobrym klientem może być polska armia.

Jednak nawet polska armia musi kupić coś, co będzie przydatne wojsku. Ze względu na fakt, że o okręty marynarki wojennej, z uwagi na ich zabytkowy charakter, zabiega muzeum, pole do popisu jest duże. Pozostaje jeszcze pytanie czy polskie stocznie dysponują odpowiednią wiedzą i doświadczeniem, aby wytworzyć okręty wojenne, które okażą się przydatne na polu walki w XXI wieku?

Według mojej oceny doprowadzone do stanu agonii polskie stocznie nie dysponują obecnie nowoczesną myślą techniczną i wojenną pozwalającymi samodzielnie zaoferować uzbrojenie jakie może potrzebować Marynarka Wojenna. Nasz stocznie mogą jednak wejść w kooperację, w wyniku której będą uczestniczyć w wytwarzaniu sprzętu, którym może być zainteresowana polska armia.

Gdyby znalazł się kooperant gotowy podzielić się swoją myślą techniczną z polskimi stoczniami skupionymi pod egidą Polskiej Grupy Zbrojeniowej mogłaby na poważnie ruszyć produkcja. Mogłoby to być koło zamachowe potwierdzające potencjał polskiego przemysłu stoczniowego. W efekcie mogliby się pojawić też nowi zagraniczni klienci.

Jeden z potencjalnych kooperantów już jest, to francuska stocznia DCNS. Polska Grupa Zbrojeniowa zawarła już w tym roku z tym przedsiębiorstwem porozumienie, które przewiduje transfer francuskich technologii do polskich spółek stoczniowych. DCNS zaoferował jako jedyny, oprócz współpracy przy budowie okrętów podwodnych, pociski manewrujące o dalekim zasięgu (ponad 1000 km) i zmiennej trasie lotu. Francuzi zaproponowali budowę pierwszego okrętu dla Polski w stoczniach DCNS, a także równoczesne szkolenie zespołów polskich specjalistów. Druga i trzecia jednostka mogłaby zostać zbudowana w Polsce z możliwością wyposażania przez krajowych poddostawców. Specjaliści ze spółek należących do PGZ zostaliby również włączeni do testów i procedur odbiorczych gotowych okrętów.

Janusz Przyklang, Dyrektor Przedstawicielstwa DCNS w Polsce poinformował, że jego organizacja dokonała analizy wszystkich stoczni należących do PGZ oraz ponad 100 jej kooperantów. Według niego, wykazała ona, że większa część wyposażenia może być z powodzeniem produkowana w Polsce. Wyjątkiem są podzespoły wykonywane w stoczniach francuskich, takie jak np. wyrzutnie torpedowe czy kadłub mocny. Szkolenia oraz podniesienie kwalifikacji kooperantów ze strony polskiej, będzie służyć potem przez wiele lat aby 30-40 lat eksploatacji okrętów. Jest to także szansa, dla krajowych stoczni, że dzięki zdobytej wiedzy i doświadczeniu nie powtórzy się już historia polskiej korwety „Gawron” budowanej 13 lat.

W 2015 r. Instytut Biznesu był gospodarzem debaty w Wojskowej Akademii Technicznej pt. Przemysł zbrojeniowy – motor rozwoju gospodarczego. Myśl przewodnia i poglądy ówczesnej dyskusji wraz z upływem czasu okazały się prorocze.

Od czasu zakończenia działalności Polski Ludowej cały czas wmawiano nam, że przemysł stoczniowy utracił rację bytu. Z samego założenia taki pogląd był bałamutny, jednak kolejne rządy uznały go jako dogmat. W efekcie potężna polska gałąź produkcji praktycznie przestała istnieć, choć nadal daje zatrudnienie ponad 30 tys. pracowników. Oczywiście, w omawianym okresie były lepsze i gorsze lata dla przemysłu stoczniowego. Takie wahania koniunktury są naturalne. To, że nie był to okres wyłącznie regresu, pokazuje dobra kondycja i rozwój stoczni w krajach sąsiedzkich. Okazuje się, że tylko Polska zrezygnowała z tej gałęzi gospodarki. Wszystko wskazuje na to, że nastąpiła zmiana. Dogmat przez rząd Pani Premier Beaty Szydło został odrzucony. Stało się to za sprawą przemysłu zbrojeniowego i inicjatywy Ministerstwa Obrony Narodowej.

Antoni Macierewicz szef MON ogłosił, że podjęło działania mające na celu reaktywację Stoczni Szczecińskiej. Aby było to możliwe użyto ciekawej maszynerii finansowej. Formalnie Stocznia Szczecińska należała do spółki Szczeciński Park Przemysłowy. Została ona przejęta przez MARS Fundusz Inwestycyjny Zamknięty (MARS FIZ) – podmiot znajdujący się w strukturze Polskiej Grupy Zbrojeniowej, którego zadaniem jest konsolidacja spółek stoczniowych i nieruchomościowych. Pieniądze na to przedsięwzięcie pochodzą z Agencji Rozwoju Przemysłu, działającej w ramach Polskiego Funduszu Rozwoju. To właśnie ta instytucja dokapitalizowała PGZ, poprzez objęcie akcji o wartości 101,5 mln zł, co umożliwiło sfinansowanie całej operacji.

W ten sposób PGZ stworzyła największą na Bałtyku i jedną z największych w Europie grup stoczniowych. Obejmuje ona kilkanaście przedsiębiorstw, wśród których znajdują się (oprócz Stoczni Szczecińskiej) podmioty z sektora remontów i budowy statków, budowy konstrukcji stalowych offshore, w tym Stocznia Remontowa „Nauta” w Gdyni oraz Morska Stocznia Remontowa „Gryfia” działająca w Szczecinie i Świnoujściu.

Oczywiście rodzi się pytanie po co Ministerstwu Obrony Narodowej przemysł stoczniowy? Odpowiedź jest dosyć prosta: do budowy pływającego sprzętu wojskowego na potrzeby własne i innych zamawiających podmiotów. MON uważa, że odbudowanie przemysłu stoczniowego jest istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.

Niebawem ma zostać podjęta decyzja o wyborze producenta trzech okrętów podwodnych, które będzie użytkować polska Marynarka Wojenna (w ramach projektu „Orka”). Pięć jednostek, którymi obecnie dysponuje armia, nadaje się jedynie do muzeum. MARS FIZ ma za zadanie rewitalizacji działalności stoczniowej w województwie zachodniopomorskim. W planach jest pozyskanie aktywów i kompetencji niezbędnych do budowy polskich promów pasażerskich w odbudowywanej Stoczni Szczecińskiej. Integracja podmiotów zajmujący się produkcją podmiotów pływających pozwoli wykorzystać efekt synergii.

Warto w tym miejscu dodać, że PGZ zawarło porozumienie z francuską stocznią DCNS, które zakłada transfer francuskich technologii do polskich spółek stoczniowych znajdujących się pod kontrolą MON. Gdyby nie było w Polsce podmiotów, które mogą być beneficjentami tego dokumentu, całe przedsięwzięcie zostałoby pozbawione sensu. Należy zaznaczyć, że DCNS jest jedynym oferentem, który oprócz współpracy przy budowie okrętów podwodnych, oferuje pociski manewrujące o dalekim zasięgu (ponad 1000 km) i zmiennej trasie lotu. Francuzi zaproponowali budowę pierwszego okrętu dla Polski w stoczniach DCNS, a także równoczesne szkolenie zespołów polskich specjalistów. Druga i trzecia jednostka mogłaby zostać zbudowana w Polsce z możliwością wyposażania przez krajowych poddostawców. Specjaliści ze spółek należących do PGZ zostaliby również włączeni do testów i procedur odbiorczych gotowych okrętów.

Cała koncepcja wydaje się więc bardzo obiecująca. Pozostaje mieć nadzieję, że przedsięwzięcie nie będzie naśladować historii polskiej korwety „Gawron” budowanej 13 lat, która nie dość, że pochłonęła wielokrotnie więcej pieniędzy niż zakładano, to do dziś nie jest gotowa. W efekcie zmieniono koncepcję i ostatecznie powstał okręt patrolowy „Ślązak” mający realizować nieznane w świecie marynarki wojennej zadania. Ta historia powinna przyświecać MON jak memento.

Umarły helikoptery, niech żyją helikoptery! – Można by zakrzyknąć. W rzeczywistości sprawa jest dużo poważniejsza, albowiem w wyniku zakończenia negocjacji z Airbusem w sprawie helikopterów wielozadaniowych caracali dla polskiego wojska, okazało się, że armia, w sprawie uzbrojenia, cofnęła się o kilka lat. Pojawiło się pytanie czy zysk z przerwania kontrowersyjnego przetargu, może oznaczać stratę, nie tylko czasu, ale nieść zwiększenie konkretnych zagrożeń?

Stratą, pomijając interes polskiego wojska i gospodarki, było obrażenie się Francji. Pilnowanie przez Polskę narodowych interesów uznano w Paryżu za afront. Potem pojawiły się enuncjacje Prasowe, sugerujące związki Antoniego Macierewicza, Ministra Obrony Narodowej z amerykańskim lobbystą Alfonse’em D’Amato, który pracuje m.in. dla koncernu Lockheed Martin, producenta helikopterów Black Hawk w Mielcu. Później pojawiła się wypowiedź szefa resortu, że rozważany jest zakup właśnie tych maszyn, a następnie koncepcja budowy własnego sprzętu w koprodukcji z Ukrainą. Opinia publiczna, na każdą nową informację, coraz bardziej, ze zdumienia otwierała oczy i pewnie te oczy by lada moment wypadły z oczodołów, gdyby nie nagły zwrot akcji.

Zdaje się jednak, że wszystkie te „zajawki” były raczej puszczaniem próbnych balonów i obserwowaniem, kto w jaki sposób będzie reagował. Po tym festiwalu dziwnych wypowiedzi, Ministerstwo Obrony Narodowej przystąpiło do działania i ogłosiło powrót do negocjacji o zakupie helikopterów z uczestnikami zamkniętego przetargu. Zaproszenie do rozmów zostało wystosowane do producentów: PZL Mielec, PZL Świdnik i Airbus. Zamówienie ma zostać zrealizowane w trybie tak zwanej pilnej potrzeby operacyjnej zgłoszonej przez siły zbrojne. Oznacza to, że m.in. negocjacje nie będą obejmować zapewnienia Polsce offsetu. I bardzo dobrze, albowiem Polska w tej formule prowadzenia negocjacji nie ma dobrych doświadczeń.

Istotą aktualnej procedury jest pośpiech i zaspokojenie natychmiastowych braków w wojsku. Jak wiadomo, szybkość najlepsza jest przy łapaniu pcheł, a przy zakupie sprzętu bojowego o wartości kilkunastu miliardów już niekoniecznie. Prawdopodobnie jednak kilka lat działania komisji przetargowej pozwoliło zgromadzić Inspektoratowi Uzbrojenia bogata wiedzę na temat możliwości i walorów poszczególnych helikopterów. Teraz ważne jest aby dopasować możliwości producentów do realnych potrzeb polskiej armii. W ten sposób prawdopodobnie zostaje też obalony mit, że przetarg na helikoptery został unieważniony z powodu potrzeb finansowych na zaspokojenie programu rodzinnego 500+.

Kto ma szanse. Teoretycznie wszyscy. Moim zdaniem jednak najmniejsze Airbus, w związku z poddaniem kontroli Centralnego Biura Antykorupcyjnego procedury przetargowej. To z kolei, po dziwacznych enuncjacjach byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który nagle ujawnił, że posiada niezwykle rozległą wiedzę w tej materii. PZL Mielec wydaje się faworytem, jednak należy pamiętać, że w Polsce znajduje się tylko montownia amerykańskich helikopterów. Wyborowi tego oferenta mogą szkodzić też posądzenia o związki Ministra z z lobbystą Lockheed Martin. Czy to by oznaczało, że największe szanse ma PZL Świdnik, który jest faktycznym producentem w Polsce helikopterów?

Szczerze powiem, że nie wiem. I tym różnię się od wszystkich, którzy też nie wiedzą, ale mówią. Niezależnie od wszystkiego nie będę kibicował żadnemu z producentów, ale polskim żołnierzom, albowiem najbardziej interesuje mnie sprawność naszej armii i w tym upatruję prawdziwy zysk.

Welconomy 2015 czyli XXII Forum Gospodarcze w Toruniu w tym roku zgromadziło ponad 2000 uczestników, którzy wzięli udział w 36 dyskusjach, debatach i panelach, na których wystąpiło ponad 220 prelegentów i mówców. Tak powstał znaczący potencjał, który, mam nadzieję, przyniesie swoje dobre plony.

Tak ogromna mnogość spotkań, czasem kilka w tym samy czasie, nie daje szansy uczestniczenia we wszystkich. Niestety nie udało mi się rozdwoić, a czasem to bym musiał nawet się rozpięćić (jeśli istnieje takie słowo, a jak nie to powstało nowe). Niemniej uczestniczyłem w kilku debatach, które uznałem za ważne.

Tegoroczne Welconomy odbyło się pod hasłem innowacyjności. Słowo było zamiennie używane z nowoczesnością, nowością, nowatorstwem. Warto jednak zauważyć, że takich słów jak „przełomowe” czy „rewolucyjne” nie usłyszałem, co uważam za znamienne. Jedna z debat była zatytułowana „Innowacyjność”. Refleksje z niej płynące napawają smutkiem. Innowacyjność w przypadku Polski to mit. Największy problem ma z tym gospodarka. Patenty są zgłaszane przez uczelnie, a nie przez przemysł, który praktycznie nie ma pionów badawczo-rozwojowych. Brak jest transferu innowacji z nauki do przemysłu. Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, powiedziała o barierach w rozwoju innowacyjności: „przeważają u nas mikroprzedsiębiorstwa (97% wszystkich działających) – z natury rzeczy słabsze i mniej skłonne do inwestowania w innowacyjność niż duże organizacje, które powinny starać się o zwiększenie swej produktywności, m.in. dlatego, że tylko niewielka ich część inwestuje we wdrażanie innowacyjnych technologii.”

Polska jest 41 miejscu na świecie jeśli chodzi o innowacyjność. W Europie zajmuje jednak 3 miejsce, tyle, że nie od początku, ale od końca. Polska ma dwa razy mniej naukowców niż Portugalia. Pieniądze, które powinny iść na ludzi, mających zajmować się innowacyjnością, są przeznaczane na sprzęt, który kupuje się oczywiście za granicą, a zatem wspiera się w ten sposób obcą myśl techniczną. Dlatego właśnie okazuje się, że innowacyjny w Polsce może być Zakład Ubezpieczeń Społecznych…

W zaistniałej sytuacji, do czasu jakościowego przełomu, który się nie zapowiada, lepiej mówić o inteligentnym rozwoju. Taką szansę dają klastry przemysłowe. Być może dobry przykładem będzie Lubelski Klaster Lotniczy, który ruszył za sprawą PZL-Świdnik. Jego Prezes Krzysztof Krystowski powiedział, że spółka „chce wziąć odpowiedzialność za rozwój miejscowego klastra, jako ważny partner dla władz lokalnych i pozostałych lokalnych przedsiębiorców. O tym jak ważne jest współdziałanie grupy przedsiębiorców widać choćby na przykładzie ostatniego, dużego przetargu, w jakim uczestniczy PZL-Świdnik – na dostawę 70 helikopterów dla MON. Uczestniczymy w nim wraz z 900. naszymi poddostawcami, zatrudniającymi ok. 4 tys. osób.” Według Krystowskiego zatrudnienie w zakładach PZL-Świdnik może wzrosnąć o nawet 2 tys. osób w perspektywie najbliższych siedmiu lat, o ile spółka zwycięży w kontrakcie dla MON. To obrazuje, że tylko inwestycje mogą prowadzić do rozwoju gospodarczego i spadku bezrobocia, oczywiście o ile będą wspierane.

Innowacyjność w naturalny sposób łączy się z IT czyli technologią informacyjną. Jedna z debat zatytułowana została pytaniem: „Rozwój IT szansą czy zagrożeniem dla Polski?” Cóż moim zdaniem, niektóre szanse są zagrożeniami. Grzegorz Napieralski Zastępca Przewodniczącego sejmowej Komisji Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii, odpowiadając na pytanie stwierdził, że „zagrożeniem jest powstrzymywanie się od rozwoju, zwłaszcza kiedy wszyscy się rozwijają. Grozi to utratą kompatybilności z rzeczywistością.” Pragmatycznie potwierdził to Andrzej Halicki Minister Administracji i Cyfryzacji dostrzega „bariery technologiczne, związane z nakładami, poziom kompetencji czyli świadomość jak to można wykorzystać. Wśród urzędników panuje przekonanie o niebezpieczeństwach, ryzykach, a nawet nieopłacalności z technologią informacyjną. Wciąż obowiązuje kult pieczątki i papierowego obiegu dokumentów.” Z pewnością te dogmaty stanowią poważny hamulec.

Praktycznym przykładem zawracanie kijem rzeki jest to co się dzieje w sprawie pobierania opłat za przejazd autostradami w Polsce. Zostało to omówione podczas debaty „Nowoczesne rozwiązania i produkty dla infrastruktury”. Krzysztof Król Doradca Prezydenta RP zauważył, że „nowoczesne urządzenia pozwalają systemom elektronicznym rozpoznawać pojazdy. To w praktyce oznacza, że można stworzyć system pozwalający zlikwidować bramki płatnicze na autostradach. W efekcie rozwiązuje to problem korków na drogach, bo bramki są wąskim gardłem. Odejście minister  Elżbiety Bieńkowskiej przekreśliło te projekty, którymi nikt się teraz nie zajmuje.” Szkoda, albowiem elektroniczna identyfikacja pojazdów może być rozwiązaniem dla wiele innych spraw. Wskazywał na to Marek Cywiński Dyrektor Generalny Kapsch Telematic Services „system viaTOLL może minimalizować zajeżdżanie miast przez samochody, zmniejszać ilość wypadków drogowych, ograniczać ruch i kłopoty z parkowanie dzięki inteligentnej komunikacji radiowej”.

Wielką szansą jest też rozwój telemedycyny. Przekonywali o tym z kolei mówcy uczestniczący w debacie pod takim tytułem. Prof. Ryszard Piotrowicz kierownik Kliniki Rehabilitacji i Kardiologicznej i Elektrokardiologii Nieinwazyjnej wskazywał, że „telemedycyna sprawdza się chociażby w kardiologii polega na monitorowaniu kondycji i zachowań serca. Transmisje EKG można przeprowadzać z domu pacjenta. Na podstawie algorytmu jest możliwe podejmowana konkretnych decyzji terapeutycznych. To doskonałe rozwiązanie w przypadku opieki nad pacjentami, którzy mają wszczepiony rozrusznik lub fibrylator.” Jednak dla Narodowego Funduszy Zdrowia i Ministerstwa Zdrowia sprawa nie jest już tak oczywista i nie chcą uwzględnić wydatków telemedycyny w koszyku refundowanych usług medycznych. Przyczyną jest brak definicji takiego terminu jak telemedycyna i regulacji prawnych na ten temat.

Cóż w zasadzie, z wszystkich debat, w których uczestniczyłem wynika, że jeśli chodzi o innowacyjność, a nawet tylko o inteligentny rozwój nie będzie łatwo. Perspektywy są nędzne. Jeden z urzędników, którego, z litości nie będę tu sławić powiedział: „Panie, nie przesadzajmy z tą innowacyjnością, ona bardzo szybko się starzeje. Cała Europa jest w defensywie. Wśród światowych liderów innowacyjności nie ma przedsiębiorstw z Unii Europejskiej”. To żadne pocieszenie, ale temat do zastanowienia się.

P.S. W opowieści o Welconomy 2015 nie napisałem o debacie na temat CSR czyli społecznej odpowiedzialności biznesu, stało się tak, bo to materiał na oddzielny tekst, którego bohaterem będzie m. in. pewna Biedronka Jeronimo Martins Polska…..

Po przeczytaniu warunków przetargu mogę przewidzieć jaka oferta wygra. Podobnie, po zapoznaniu się ze składem orzekającym, potrafię ocenić jakie będzie rozstrzygnięcie sądu. Sądy nie są miejscem do szukania sprawiedliwości. Jednak ideą przetargów powinno być skuteczne wybieranie najlepszej możliwości. Obserwując jednak to, co dzieje się w tej materii w Inspektoracie Uzbrojenia Ministerstwa Obrony Narodowej, można mieć poważne wątpliwości.

Generalnie uważam, że sprawy wojskowe, zwłaszcza te, które dotyczą obronności i bezpieczeństwa narodowego, powinny być objęte tajemnicą państwową. Zwłaszcza teraz, kiedy za wschodnią granicą toczy się wojna i to, co się tam dzieje, ma realny wpływ na sytuację w kraju, a może mieć również na przyszłość państwa polskiego. Jednak, skoro już nawet Centralne Biuro Antykorupcyjne przeprowadziło kontrolę, w Inspektoracie Uzbrojenia Ministerstwa Obrony Narodowej, w sprawie zamówień publicznych z lat 2011- 2014 oraz rozporządzania mieniem w tym okresie, to znaczy, że niezależnie od wyników badania mleko już się wylało.

Inspektorat Uzbrojenia MON powstał w 2011 roku. Oznacza, to że kontrola CBA dotyczy całego okresu działalności. Inspektorat jest odpowiedzialny za zakupy dla wojska. Rząd zakłada, że w najbliższych dziesięciu latach wydatki na modernizację techniczną sił zbrojnych wyniosą łącznie ok. 131,4 mld zł (dotyczy to nie tylko 14 programów operacyjnych, ale także innych wydatków modernizacyjnych). To potężne środki i pewnie dlatego budzą wiele emocji.

Inspektorat Uzbrojenia podlega wiceministrowi ds. uzbrojenia i modernizacji MON. Do połowy 2012 r. był nim Marcin Idzik. Następnie zajmował się tym gen. Waldemar Skrzypczak, który pod koniec listopada 2013 roku zrezygnował ze stanowiska, a jego kompetencje przejął wiceminister Czesław Mroczek. Pierwszym szefem Inspektoratu był gen. dyw. Andrzej Duks. Od października 2012 r. kieruje nim gen. Sławomir Szczepaniak, który, jak donosi portal Altair, złożył rezygnację. Jak na 3,5 roku działalności tego organu rotacja personalna jest zaskakująco duża i niepokojąca.

Zaniepokojona sytuacją jest sejmowa Komisja Obrony Narodowej. Poseł Michał Jach, z tej Komisji, tak wyjaśnia sprawę: „Od prawie dwóch lat trwa program modernizacji technicznej sił zbrojnych, ambitny program, który w zamyśle miał je unowocześnić. Oczekiwaliśmy, że poszczególne projekty będą prowadzone w sposób przejrzysty […] Tymczasem, od początku wdrażania programu co jakiś czas jesteśmy zaskakiwani informacjami prasowymi o niejasnych decyzjach i dziwnych procedurach. Ani jeden program nie przebiega zgodnie z harmonogramem”. Przetargi budzące niepokój to m. in.: zestaw obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej średniego zasięgu (około 16 mld zł), siedemdziesiąt śmigłowców wielozadaniowych (około 10 mld zł) czy też trzy okręty podwodne wraz z pociskami manewrującymi (około 7,5 mld zł).

Twórcami perturbacji są ludzie z Inspektoratu Uzbrojenia. Przykładowo: niejasność dokumentacji przetargowej sporządzonej dla zakupu śmigłowców wielozadaniowych spowodowała, że oferenci złożyli 800 pytań technicznych! W tym przetargu, podobnie jak w przypadku zestawu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej średniego zasięgu, zmieniano wymagania w trakcie procedury przetargowej. Sprawa wyboru dostawcy okrętów podwodnych, dla postronnego obserwatora, już choćby na podstawie doniesień medialnych, jest co najmniej podejrzana. Generalnie w Inspektoracie nie ma jednej przewodniej myśli: wybieramy najtańszy, najlepszy, najnowocześniejszy, najbardziej kompatybilny. Raz można odnieść wrażenie, że warunki przetargu są pisane pod konkretnego oferenta, innym razem jest to koncert życzeń, których nikt nie jest w stanie spełnić. Kogo interesują szczegóły, odsyłam na specjalistyczne portale internetowe takie jak: Defence24, Altair czy Biznes Alert, gdzie regularnie publikowane są materiały wykazujące błędy w kolejnych publikowanych przez Inspektorat Uzbrojenia dokumentach. – Włos się jeży.

Wszystko to napawa mnie pesymizmem. Chodzi o naprawdę poważne pieniądze i co ważniejsze o bezpieczeństwo narodowe. W takich sprawach dziwaczne tańce powinny być po prostu zakazane. Wszelkie wątpliwości w ogóle nie powinny powstawać, bo interes powinien być JEDEN.