Archiwa tagu: Najwyższa Izba KOntroli

Wszystko wskazuje na to, że kurs na repolonizację jest stanowczy i konsekwentny. Po bankach czas przyszedł na energetykę. Idea mi się podoba, w przeciwieństwie do realizacji, która budzi wątpliwości.

W przypadku repolonizacji banków, nie podoba mi się, że przejmowane, przez spółki, kontrolowane przez Skarb Państwa, są instytucje finansowe, które mają poważne problemy, w tym bogate portfele wątpliwych kredytów udzielonych niby to we frankach szwajcarskich. W przypadku jednego z przejmowanych podmiotów, wygląda to na wyciąganie pomocnej dłoni, a zatem udzielanie pomocy publicznej, która jest niedozwolona w Unii Europejskiej. Jeszcze bardziej bulwersujące jest to, że cała akcja dzieje się, po tym jak akcjonariusz tego banku wyssał z polskiego systemu finansowego kilka miliardów euro. To jest co najmniej niemoralne.

Teraz dzięki Instytutowi Staszica dowiaduję się, że są czynione, na drodze sądowej, próby unieważnienia prywatyzacji PKP Energetyka. Może to niekorzystnie wpłynąć na postrzeganie Polski przez inwestorów zagranicznych. Jeżeli sąd uzna, że w procesie prywatyzacji dopuszczono się czynów zabronionych lub nie dopełniono formalności, co byłoby dziwne, biorąc pod uwagę, że wcześniej zarówno prokuratura, jak i Najwyższa Izba Kontroli nie stwierdziły zastrzeżeń do tej transakcji, to będzie to przede wszystkim sygnał, że w Polsce warto przestrzegać prawa i prowadzić procesy zgodnie z obowiązującymi przepisami.

Wynik procesu sądowego, którego skutkiem miałoby być unieważnienie prywatyzacji PKP Energetyka jest niepewny. Inwestorzy podlegają szczególnej  ochronie prawnej. Przepisy prawa międzynarodowego chronią takie transakcje inwestycyjne i często w sądach arbitrażowych wygrywa kapitał prywatny. Gdyby wyrok sądu był dla Polski niekorzystny trzeba by się liczyć z zapłaceniem odszkodowania.

Ciekawe, że w przypadku instytucji finansowych, w celu polonizacji wybrano drogę handlową, a w przypadku energetyki – sądową. Do tego typu akcji nie doszłoby gdyby nie neoliberalne koncepcje gospodarcze, które, co do zasady, wrogie były przedsiębiorstwom kontrolowanym przez państwo. Zło zaczęło się 20 lat temu, kiedy zaczęto wykreślać poszczególne przedsiębiorstwa z tak zwanej listy spółek strategicznych, które miałby być zawsze pod kontrolą państwa i nigdy nie być prywatyzowane. Cóż, podobno, trzeba było je sprzedawać, ponieważ trzeba było sfinansować deficyt budżetowy. Jak to mawiają, kiedy chce się coś zepsuć powód się zawsze znajdzie.

Idea repolonizacji jest oczywista. Jest to po prostu naprawianie zła i szkód jakie miały miejsce od kilkunastu lat. Niemniej piszę o pomysłach na repolonizację z niepokojem, albowiem wiem, że jeszcze kilka sektorów czeka w kolejce na bolesny i ryzykowny powrót z rąk obcego kapitału, które choć podobno nie mają obywatelstwa, to jednak potrafią płatać kłopotliwe psikusy, które zamiast zyskiem okazują się stratą.

 

 

 

 

Polski przemysł obronny osnuty jest mgiełką tajemnicy. Tak przynajmniej widzi to polski podatnik. Podejrzewam, że dla służb wywiadowczych obcych państw, ta mgiełka nie istnieje. Boję się natomiast, że, podobny obraz jaki mają polscy podatnicy, mają również decydenci.

Raport Najwyższej Izby Kontroli bardzo krytycznie odnosi się do sposobu korzystania, przez polską armię, z możliwości krajowego przemysłu obronnego. Prawdę mówiąc, dla polskiego podatnika, lepiej byłoby chyba, żeby NIK nie rozwiewał mgiełki tajemnicy. Podejmowane decyzje dotyczące, zapotrzebowania wojska w zakresie uzbrojenie, są co najmniej niejasne, jeśli nie stanowią sabotażu, a w najlepszym razie sprawiają wrażenie podejmowanych wyłącznie z kunktatorskich powodów politycznych.

Analiza przekształceń, które miały miejsce w przemyśle obronnym, kontrolowanym przez państwo, jest po prostu smutna. Nawet jeśli rządy koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego miały jakieś dobre intencje, to już ich realizacja daleko odbiegała od przyjętych założeń.  Efekt jest taki, że przemysł obronny, zatrudniający kilkadziesiąt tysięcy pracowników i należący do obszaru strategicznego jest inercyjny i oczekuje wyłącznie na dyspozycje od państwowego właściciela. Brak jest pomysłu w jaki sposób ma się rozwijać.

Koncepcja przyszłości polskiego przemysłu obronnego została zarysowana w dziale „Obszar Bezpieczeństwo narodowe” w projekcie „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” przedstawionego przez Mateusza Morawieckiego Ministra Rozwoju. Jest tam wiele wzniosłych i słusznych rad, takich, że dojdzie do ścisłej współpracy między wojskiem i przemysłem, który stanie się kluczowym źródłem zaopatrzenia sił zbrojnych w sprzęt wojskowych, że placówki naukowo-badawcze staną się znaczącym dostawcą technologii i myśli technicznej w zakresie obronności itd. Dużo słusznych idei, z których nie wiele wynika, poza gwarancją, że polskie przedsiębiorstwa, wytwarzające urządzenia dla armii, mogą być bezpieczne, jeśli chodzi o niej i jej pracowników.

Niestety dokument nie mówi jak to się ma stać w praktyce? Nic w tym dziwnego, bo jest on koncepcją wizji, a nie zapisem sposobu realizacji. Jednak obawiam się, że nie ma pomysłu jak te piękne frazesy przekuć na rzeczywistość. Warto w takiej sytuacji przyjrzeć się jak to robią inni. Nie myślę o przemyśle zbrojeniowych Stanów Zjednoczonych, Chin czy Rosji, albowiem Polska nie gra w tej lidze.

Ciekawy pomysł na rozwijanie przemysłu obronnego ma na przykład IMI System (dawniej Israel Military Industries), największe, państwowe przedsiębiorstwo zbrojeniowe w Izraelu. Organizacja wyspecjalizowała się w produkcji rakiet ziemia–ziemia i amunicji. Spółka zorientowała się, że trudno jest jej konkurować z amerykańskimi czy rosyjskimi koncernami zbrojeniowymi. Przykładem mogą być rakiety. Amerykanie posiadają doskonałe rakiety, które precyzyjnie trafiają w cel. Mają one jednak taką wadę, że są bajońsko drogie. Istnieje inne rozwiązanie zdecydowanie tańsze. Jednak precyzja takich rakiet przewiduje granice błędu 200 metrów. To oznacza, że można wystrzelić wiele rakiet i na zasadzie gry w totolotka zakładać, że któraś trafi w cel. W tej sytuacji IMI System skoncentrowało się na produkcji rakiet za rozsądną cenę, a granica błędu wynosi zaledwie 5 metrów.

Wydaje się, że taka perspektywa strategii rozwoju – produkowanie przyzwoitego sprzętu dostępnego dla wielu krajów, co pozwoliłoby rozwinąć eksport – jest też ciekawą koncepcją dla polskiego przemysłu obronnego. IMI System widzi w Polsce rynek dla swoich produktów (głównie rakiet). Jednak, w przeciwieństwie do większości innych oferentów, jest zainteresowana nie tylko sprzedażą, ale również uruchomieniem produkcji w Polsce. Przedsiębiorstwo deklaruje nawet  podzielenie się z polskimi organizacjami swoim doświadczeniem i wiedzą. Skorzystanie z takiej propozycji można uznać za atrakcyjne. To rozwiązanie, poza powyższymi korzyściami, pozwoli również poznać w jaki sposób można prowadzić przedsiębiorstwo państwowe i jednocześnie je rozwijać? To wygląda na zysk.

 

Idee znienawidzonego Donalda Tuska przez  Prawo i Sprawiedliwość są dla tej partii wiecznie żywe, prawie jak myśli Lenina. Chodzi mi oczywiście o barbarzyński podatek, nazywany, ze złamaniem ustawy o języku polskim, VAT.  5 lat temu rząd Platformy Obywatelskiej podniósł go do 23 procent, oświadczając, że robi to na 3 lata. Minęło 5 lat. Zmienił się układ polityczny, a zabójczy podatek pozostał.

Dlaczego używam tak emocjonalnych słów jak „barbarzyński” czy „zabójczy”? Upoważniają mnie do tego efekty pracy Najwyższej Izby Kontroli. Ogłoszony właśnie raport NIK, będący wynikiem badania „Przeciwdziałanie wprowadzaniu do obrotu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne” (za okres 2014 r. – I półrocze 2015 r.), stwierdza, że dotychczasowe sposoby przeciwdziałania wyłudzaniu VAT-u na podstawie fikcyjnych faktur okazały się nieskuteczne. Obniżała się relacja dochodów podatkowych do PKB: przez trzy kolejne lata kształtowała się poniżej 15 proc.

W latach 2013-2015 na szeroką skalę występowało zjawisko wprowadzania do obiegu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne, stanowiące poważne zagrożenie dla dochodów budżetu państwa. Nastąpiło pogorszenie skuteczności organów podatkowych w poborze podatków. NIK stwierdził, że nastąpił gwałtowny wzrost zaległości w VAT, będący konsekwencją: z jednej strony wzrostu kwot w wykrytych fakturach fikcyjnych, a z drugiej  – niskiej skuteczności odzyskiwania wymierzonych podatków; zaległości te na przestrzeni 1,5 roku wzrosły prawie trzykrotnie z około 5 do ponad 14 mld złotych; Wyraźnie wzrastała, liczona przede wszystkim kwotowo, wielkość wykrytych przez organy kontroli skarbowej czynności fikcyjnych, co skutkowało również wzrostem kwot wymierzonego podatku. W 2013 r. organy kontroli skarbowej wykryły fikcyjne faktury na kwotę 19,7 mld zł, w 2014 r. na kwotę 33,7 mld zł, a w 2015 r. już na kwotę 81,9 mld zł!

Okazuje się, że działania organów skarbowych, w ocenie NIK, aczkolwiek rzetelne i trafne, w wykrywaniu oszustw były nieskuteczne i spóźnione. Kontrole i śledztwa nie ustalały faktycznych organizatorów oszustw podatkowych i nie potrafiły doprowadzić do wyegzekwowania wymierzonych podatków. Przekładając na język biznesu były bezproduktywne i naraziły podatników na dodatkowe straty związane z bezskuteczną pracą. Możliwości odzyskania wymierzonych należności z VAT z fikcyjnych faktur, według oceny NIK, są nadal niewielkie, sięgają jedynie ok. 1,3 proc. wymierzonych kwot.

Utrzymująca się znacznych rozmiarów luka podatkowa świadczy o niewystarczającej efektywności polskiego systemu podatkowego i potrzebie wprowadzenia nowych rozwiązań, mających na celu ograniczenie oszustw podatkowych. Zdaniem NIK potrzebne jest przeanalizowania możliwości wprowadzenia w Polsce takich rozwiązań jak:

  • obowiązek wystawiania faktur VAT za pośrednictwem serwera Ministerstwa Finansów (centralny rejestr faktur);
  • publiczny rejestr rachunków bankowych podatników;
  • ograniczenie możliwości rozliczeń kwartalnych w VAT;
  • powszechna standaryzacja ewidencji danych (dotyczących dokumentów, księgowań, płatności);
  • dodanie kolejnych przesłanek warunkujących wykreślenie podatnika z rejestru podatników VAT.

Nie dziwią mnie takie wnioski i propozycje rozwiązania proponowane przez NIK. Cóż bowiem może wymyślić służba kontrolna poza zwielokrotnieniem kontroli? Tymczasem wiadomo, że większość przestępstw podatkowych ma dwie swoje przyczyny zbyt wysoki fiskalizm i bardzo trudne prowadzenie działalności gospodarczej. Polska ma jeden z najwyższych podatków VAT, przy jednoczesnych najniższych zarobkach pracowników. Wyższe podatki mają tylko Chorwacja, Dania, Finlandia, Islandia, Rumunia, Szwecja i Węgry.  Tak się dziwnie składa, że państwa te nienależną do potęg gospodarczych. Wszyscy sąsiedzi Polski mają niższą stawkę VAT, co oznacza, że stanowią konkurencję podatkową. Nie wspomnę już o tym, że VAT w Niemczech, najbogatszym kraju UE wynosi 19 %,  Rosji 18 %.  Daleko Polsce  do  stawek  w  Szwajcarii  (8 %),  Liechtensteinu  (8 %)  i Luksemburga (15 %).

Jeśli będzie się opłacać wyłudzać, oszukiwać i kraść ludzie będę to robili, zwłaszcza kiedy zysk z tego typu działalności będzie wielokrotnie wyższy niż z innych typów aktywności gospodarczej. Dlatego też remedium dla polskich podatków jest tylko i wyłącznie obniżenie podatku VAT, tak aby nielegalne procedery uczynić nieatrakcyjnymi, lub aby przedsiębiorcy prowadzące przestępcze procedery wybrali sobie inne kraje. Oczywiście ktoś krzyknie, że polskiego budżetu nie stać na obniżenie podatków! Nie? Czy stać polskiego podatnika na miliardowe dopłaty dla oszustów i wydawanie bezsensownie pieniędzy na wielotysięczną rzeszę kontrolujących urzędników, z pracy której nie ma żadnego pożytku?

Jeśli zaś chodzi o przychody proponuję podobnie jak Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha reformę podatku dochodowego o przedsiębiorców (CIT), również nazwanego tak, z pogwałcenie ustawy o języku polskim, z którego przychody są żałośnie niskie, polegająca na zastąpieniu go 1 procentowym podatkiem obrotowym od wszystkich faktur, którego nieuchronność, ale też stanowiącego niewielkie obciążenie, zostanie powszechnie zaakceptowana oraz uniemożliwi wielomiliardową skalę nadużyć. Pozytywnym efektem będzie też redukcja armii bezproduktywnych urzędników.

 

 

 

Jest kraj, który ma dwie fabryki helikopterów wojskowych. Wojna, choć o tym się oficjalnie nie mówi, podmywa jego granice. W tej sytuacji oczywiste wydaje się dozbrojenie armii w nowoczesny sprzęt, na wypadek ewentualnego konfliktu zbrojnego. Na ten cel przeznacza się kosmiczną kwotę kilkunastu miliardów. Skoro są dwie fabryki, trzeba zorganizować przetarg, aby podjąć roztropna decyzję. Jednak wszystko wskazuje na to, że to się nie udaje.

Konkurs na dostawę na dostawę helikopterów dla polskiego wojska wygrywa francuski koncern Airbus Helicopters, który w Polsce nie posiada żadnej fabryki. Warto dodać, że nie był to przetarg otwarty lecz zamknięty, do którego oprócz zwycięskiego producenta zaproszono dwa polskie podmioty. Wygląda to na świadome i planowe działanie. Zwłaszcza, że z przedstawiciele Ministerstwa Obrony Narodowej podają informacje, iż krajowi producenci helikopterów nie dysponują odpowiednią ofertą. Jeśli tak, to po co w ogóle byli wciągani do zabawy w przetarg? W ten sposób Ministerstwo Obrony Narodowej, a w konsekwencji i rząd, pokazuje czerwone kartki polskim producentom helikopterów wojskowych i wydaje rekomendację: kupujemy za granicą, bo to co jest kraju jest słabe. Obniża się w ten sposób rangę i potencjał narodowej gospodarki.

Polskie fabryki helikopterów są poważnymi przedsiębiorstwa, tworzącymi wiele miejsc pracy i stanowiącymi ważny element gospodarki. PZL-Świdnik zatrudnia 3,5 tys. ludzi w tym 630 inżynierów, a wartość jego eksportu wynosi 700 mln zł. Fabryka kooperuje z 900 polskimi dostawcami, generując dodatkowe 4 tys. miejsc pracy. Drugim producentem jest PZL-Mielec Sikorsky. Zakład zatrudnił ponad 1,5 tys. pracowników, dorobił się ponad 50 kooperantów, ośmiokrotnego wzrostu wartości eksportu i pięciokrotnego wzrostu sprzedaży. Okazuje się, że takie podmioty potrafią zadowolić zagranicznych kontrahentów, ale nie rządowe Ministerstwo Obrony Narodowej.

Warto też dodać, że w krajach europejskich o zakupach tej rangi i znaczeniu decydują zespoły i one nie są ograniczone do jednego ministerstwa. Nadzór nad nimi mają też parlamentarzyści. Traktaty Unii Europejskiej przewidują wyłączenie z otwartych przetargów decyzji, które dotyczą obrony narodowej i bezpieczeństwa.

Po ogłoszeniu wyników wybuchła prawdziwa awantura. Największym skandalem jest to, że zwycięzcę przetargu ogłosił Prezydent Bronisław Komorowski, tak jakby to on organizował przetarg, albo co najmniej w nim uczestniczył. Ponieważ tak nie było, w najlepszym wypadku wygląda to zatem na przekroczenie kompetencji. Kilka miesięcy wcześniej podpisał on dokument Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP, w którym napisano, że „Polski przemysłowy potencjał obronny – istotny element gospodarczej sfery bezpieczeństwa – powinien być w maksymalnym stopniu angażowany w proces modernizacji technicznej Sił Zbrojnych RP, a w szczególności w realizowane przez resort obrony narodowej priorytetowe programy modernizacyjne. (…) Administracja rządowa powinna tworzyć warunki prawne, zachęty inwestycyjne oraz mechanizmy instytucjonalno-koordynacyjne dla rozwoju przemysłowego potencjału obronnego, w tym dla zwiększenia jego innowacyjności”. Jak widać, treść tego dokumentu stoi w jaskrawej sprzeczności z ostatnimi wydarzeniami.

Negatywnie o wynikach przetargu wypowiedział się, były premier Leszek Miller, stwierdzając, że „sposób podjęcia, rozstrzygnięcia tych decyzji dowodzi, że nie uwzględniono interesów polskiej gospodarki”. Zapowiedział też, że Sojusz Lewicy demokratycznej zwróci się do „Najwyższej Izby Kontroli, by przeanalizowała wszystkie okoliczności prowadzonych przetargów i podejmowanych decyzji” oraz „do marszałka Sejmu o debatę sejmową w tej sprawie na najbliższym posiedzeniu Sejmu.” Dziwne, że opozycja nie zamierza w tej sprawie ani skierować zawiadomienia do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ani Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Sytuacja musi być rzeczywiście jednak bardzo poważna skoro nawet były premier Jerzy Buzek, reprezentujący interesy Platformy Obywatelskiej również krytycznie wypowiada się o tym wydarzeniu. „Nie wyobrażam sobie, żeby Francja, USA, czy jakikolwiek inny kraj, który produkuje na swoim terenie dwa niezłe śmigłowce, które kupuje cały świat, zdecydował się na zakup innych maszyn.” Zauważył on tez oczywistą oczywistość, że „Siła kraju zależy od jego gospodarki. Wobec tego dla MON powinna mieć znaczenie siła naszej gospodarki, by Polska była krajem znaczącym na arenie międzynarodowej.” Właśnie w ten sposób wygra się przecież dzisiaj wojny.

Pojawiają się różnego rodzaju dziwne hipotezy, a to że to wybór francuskiego koncertu to rachunek za wybór Donalda Tuska Przewodniczącego Unii Europejskiej, albo, że rekompensata za straty jakie Paryż poniósł wyniku sankcji nałożonych na Rosję itd. itp. Tego typu wypowiedzi nie pojawiałby się, gdyby przetarg i jego wyniki dało się ogarnąć rozumem. Tak nie jest i to gigantyczna strata.

Finansiści to ludzie obeznani z zagadnieniami finansowymi. Są nimi bankierzy, ubezpieczyciele, doradcy podatkowi, inwestycyjni, maklerzy giełdowi i papierów wartościowych, rzeczoznawcy majątkowy, księgowi, rewidenci, analitycy finansowi. Teraz, dołączył, do tej grupy, Prezes Najwyższej Izby Kontroli Krzysztof Kwiatkowski!

Od 15 lat redakcja „Gazety Finansowej” przyznaje tytuł „Finansisty Roku”. W poprzednich latach w ten sposób byli wyróżnieni: Józef Wancer – Prezes Banku BPH, Wojciech Kostrzewa – Prezes BRE Bank, Andrzej Podsiadło – Prezes PKO BP, Maria Wiśniewska – Prezes Banku Pekao, Leszek Balcerowicz – Prezes Narodowego Banku Polskiego, Wiesław Rozłucki – Prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Zyta Gilowska – Minister Finansów, Stanisław Kluza – szef Komisji Nadzoru Bankowego, Jan Krzysztof Bielecki – Prezes Banku Pekao, dr Leszek Czarnecki – Prezes Getin Holding, dr Ludwik Sobolewski – Prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Waldemar Pawlak – Minister Gospodarki, Mikołaj Budzanowski – Minister Skarbu Państwa oraz Elżbieta Bieńkowska – Minister Rozwoju Regionalnego. Wskazania z ostatnich trzech wskazują, że pojęcie finansisty gwałtownie się rozszerza. Finansistą Roku za 2014 rok uznano Krzysztofa Kwiatkowskiego – Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Jak rozumiem nastały czasy, kiedy w finansach najważniejsza jest kontrola….

Redakcja „Gazety Finansowej” doceniła Krzysztofa Kwiatkowskiego za odwagę, zdecydowanie i konsekwencję w kontrolowaniu najważniejszych instytucji państwowych, polityków i administracji. – Prezes NIK ujawnia aferę za aferą i nie obawia się konsekwencji – mówi Piotr Bachurski, redaktor naczelny. – Raporty o sześciolatkach, podsłuchach, infrastrukturze, wypłatach rent i emerytur, zmuszają rządzących do podejmowania działań i naprawy sytuacji. Dzięki aktywności NIK podatnicy wreszcie mają instytucję, która kontroluje na co i w jaki sposób wydaje się ich pieniądze.

Redakcja Gazety Finanasowej przyznała ponadto siedem wyróżnień Finansisty Roku 2014. Otrzymali je:
Kapsch Telematic Services, operator systemu viaTOLL za sprawne zarządzanie systemem, który przynosi miliardy złotych na budowę i utrzymanie dróg,
Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości za sukces we wdrażaniu funduszy unijnych przez polskich przedsiębiorców, wkład w budowanie innowacyjności i konkurencyjności polskiej gospodarki oraz przygotowanie Polski do efektywnego wykorzystania środków w perspektywie finansowej UE 2014-2020,
Pedro Pereira da Silva, Chief Operations Officer Grupy Jeronimo Martins, Country Manager na Polskę za umocnienie sklepów „Biedronka” na pozycji lidera wśród sieci handlowych na polskim rynku oraz za konsekwencję w realizacji celów społecznych,
Leszek Świętochowski, Prezes Agencji Nieruchomości Rolnych za skuteczną restrukturyzację i prywatyzację gruntów rolnych oraz inwestycyjnych, należących do Skarbu Państwa oraz za aktywną rolę w promocji przedsiębiorczości na obszarach rolniczych,
Marvipol za doskonałe wyniki finansowe i konsekwentne umacnianie swojej pozycji w segmencie deweloperskim i motoryzacyjnym,
•  Collegium Civitas za zorganizowanie Podyplomowych Studiów “Bezpieczeństwo Energetyczne”, pomagających wykształcić fachowców, których potrzebuje polski biznes,
Tomasz Pietryga, kierownik działu prawnego „Rzeczpospolita za ciekawe i zrozumiałe podejście do problematyki prawniczej, prezentowanej na łamach dziennika.

Redakcja Gazety Finansowej doceniła także umiejętności przedsiębiorców, którzy na trudnym terenie, jakim niewątpliwie jest polski rynek, potrafią z sukcesem zadbać o dobre imię marki, którą reprezentują. Kapituła konkursu wyróżniała tytułem Finansowej Marki Roku 2015:
• w kategorii UBEZPIECZENIA nagrodę otrzymał Link4 – za stabilny rozwój marki oraz za najwyższej jakości usługi w ubezpieczeniach direct.
• w kategorii DOM MAKLERSKI nagrodę otrzymał Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska – za zbudowanie wyrazistej marki instytucji finansowej, promującej edukację finansową oraz za umocnienie pozycji lidera rynku kontraktów terminowych.
• w kategorii POŻYCZKA GOTÓWKOWA nagrodę otrzymał Provident – za stworzenie przejrzystej, odpowiedzialnej i bezpiecznej oferty pożyczkowej dla klientów indywidualnych i małych firm.
• w kategorii ZARZĄDZANIE NALEŻNOŚCIAMI nagrodę otrzymał Krajowy Rejestr Długów – za stworzenie skutecznego i bezkosztowego modelu windykacji dla sektora MSP.
• w kategorii LEASING nagrodę otrzymał Europejski Fundusz Leasingowy – za silną pozycję marki na rynku leasingu zbudowaną dzięki stabilnemu rozwojowi firmy i ofercie dopasowanej do zmieniających się potrzeb przedsiębiorców.
• w kategorii DORADZTWO FINANSOWE nagrodę otrzymał Open Finance – za zbudowanie nowoczesnej i otwartej na innowacje marki na rynku doradztwa finansowego.

Jak z tego wynika, są finansiście i instytucje z nimi powiązane, które potrafią mieć zyski, jeśli tak, to dobrze.