Archiwa tagu: Niemcy

Zgodnie z uchwałą Krajowej Rada Radiofonii i Telewizji media publiczne dostaną od państwa tak zwaną rekompensatę publiczną. Telewizji Polskiej przypadnie 1,12 mld zł, a Polskie Radio tylko 60 mln zł, a ośrodki regionalne PR – w sumie 72,7 mln zł.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zdecydowała o sposobie podziału rekompensaty w wysokości 1,26 mld złotych z tytułu utraconych w latach 2018-2019 wpływów z opłat abonamentowych (z tytułu zwolnienia z płacenia abonamentu wybranych grup społecznych). To wszystko jest przelewaniem „z kieszeni do kieszeni”. Wszystko dlatego, że od lat sprawa abonamentu radiowo-telewizyjnego stanowi aberację. Obecna koalicja rządząca zdaje sobie sprawę z absurdu finansowania mediów narodowych, jednak przez całą kadencję wysmażyła kilka projektów ustaw mających przywróć normalność, w tym temacie, które ze względu na niepraktyczność lub nie brak zgody Unii Europejskiej trafiły do kosza.

Polska ma najbardziej chory system finansowania mediów narodowych, polegający na finansowaniu ich z trzech źródeł abonamentu, reklam i wsparciu państwa. W zamian za to realizuje misję publiczną oraz nie przerywa programów reklamami tak jak robią to prywatni nadawcy. Czyli jest trochę nadawcą publicznym, trochę prywatnym, rywalizuje na rynku komercyjnym, a jednocześnie jest na nim upośledzona. Nikt nie wie co ile w tym jest warte. I tak trwa ten chocholi taniec.

Tymczasem media narodowe, podobnie jak nieistniejący narodowy operator telefoniczny i narodowy bank (nie spełniający podstawowych funkcji) stanowią obecnie rodzaj podstawy cywilizacyjnej tak jak energia, bezpieczeństwo, służba zdrowia, drogi, z czy szkoły, którą powinno zapewniać państwo. Ludzie pytają się na co idą te pieniądze, a więc w przypadku TVP na spektakularne sylwestry, zapewniające powszechną rozrywkę w ten szczególny dzień roku, mecze piłki nożnej, które cieszą się masowym zainteresowaniem, powstawianie kanału anglojęzycznego, edukację historyczną (TVP Historia) itd.

Ostatnio byłem, dzięki zaproszeniu Fundacji XBW Ignacego Krasickiego i Fundacji XX Czartoryskich na premierze filmu „Operacja Saybusch” w reżyserii Rafała Geremka. Dokument opowiada o Niemcach, którzy we wrześniu 1940 roku rozpoczęli planowe wysiedlenia rdzennej ludności polskiej ziemi żywieckiej, do której domów sprowadzali swoich obywateli, zamieszkałych zagarniętych przez Związek Radziecki, na mocy traktatu Ribentrop-Mołotow. Jest to, prawie zupełnie zapomniany dowód na ścisłą współpracę faszystów z tak zwanymi komunistami, którego celem był IV rozbiór Polski. Rosjanie w latach 1940-1941 umożliwiali emigrację ludności pochodzenia niemieckiego z Wołynia, Besarabii Bukowiny i Galicji na tereny okupowane pod hasłem „Heim ins Reich” – „Powrót do Rzeszy”.

W ramach „Operacji Saybusch” pozbawiono domów i majątku 20.000 osób. Polskich górali, których przerzucano na tereny Generalnej Guberni pozostawiając bez żadnego wsparcia. Dodatkowo okupacyjne niemieckie władze wśród miejscowej ludności rozpuszczały plotki, że wygnańcy są kryminalistami. I bez tego zła sytuacja materialna na Mazowszu czy Lubelszczyźnie nie sprzyjały hojności i solidarnego wsparcia dla uchodźców. Ponadto aż 8.000 osób przesiedlono wewnętrznie na terenie Żywiecczyzny, z zadaniem pełnienia przez nich służby dla niemieckich „nadludzi”. Dzieci o cechach „aryjskich” zabierano rodzicom i wysyłano do Rzeszy, aby je odciąć od korzeni i zgermanizować.

Pozbawieni domów nad głową i jakiegokolwiek wsparcia wysiedleni mieszkańcy Żywiecczyzny podejmowali ryzyko powrotów do rodzinnych stron. Podróżowali pieszo, przechodzili wpław rzeki, mając nadzieję, że w swojej małej ojczyźnie uda się im ukryć i przeczekać wojenną zawieruchę. Niestety, jak ujawnia film Rafała Geremka, dla wielu z nich nadzieja ta okazała się płonną – powracających na swoje rodzinne ziemie górali Niemcy po schwytaniu wysyłali na śmierć do obozów koncentracyjnych.

Aktion Saybusch zakończyła się zimą 1940 roku. Przeciwko akcji protestował Generalny Gubernator Hans Frank, twierdzący, iż jego „królestwo” jest przeludnione i nie jest w stanie przyjąć tylu głodnych ludzi. Nie zatrzymało to prowadzenia wysiedleń, tyle, że od 1941 roku Polaków z Żywiecczyzny kierowano do pracy przymusowej w obrębie ziem wcielonych do Rzeszy. Taki los spotkał w sumie kilkadziesiąt tysięcy osób.

Miałem zaszczyt obejrzeć dokument „Operacja Saybusch” na zamkniętym pokazie. Szeroka widownia będzie mogła go zobaczyć dzięki TVP Historia, która zleciła produkcję tego obrazu, realizując nie tylko misję publiczną, bo tę można pojmować w wielkoraki sposób, ale przypominając kolejną czarną stronę historii Niemców i Rosjan podczas II wojny światowej. Publiczność powinna mieć powszechny dostęp do prawdy, a nie tylko do przepisów o gotowaniu, śpiewaniu i tańczeniu. Sądzę, że bez środków publicznych, nie jest to możliwe. I w stronę stabilnego zapewnienie środków dla mediów publicznych, a nie w kierunku pełnej prywatyzacji powinny podążać zmiany.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Huawei – chińska korporacja o zasięgu światowym budzi mnóstwo emocji. Z jednej strony stała się liderem technologicznym. Z drugiej strony pojawiają się oskarżenia o szpiegostwo zagrożenia dla cyberbezpieczeństwa. Sytuacja zrobiła się gorąca.

Huawei Technologies Co., Ltd.(chin. 华为技术公司) została założona zaledwie 30 lat temu w Chinach. Od roku 2012 jest największym na świecie producentem urządzeń telekomunikacyjnych i drugim co do wielkości po Samsungu, a przed Apple, światowym producentem smartfonów. Teraz zajmuje się pioniersko budową sieci 5G, która ma zrewolucjonizować komunikację elektroniczną.

Już w 2012 roku Stany Zjednoczone i Australia uznały współpracę z Huawei za zagrożenie dla cyberbezpieczeństwa. W sierpniu 2018 roku Donald Trump zakazał administracji rządowej i kontrahentom pracującym na jej zlecenie korzystania z technologii Huawei i ZTE. Również Australia zabroniła jednemu z największych operatorów, pracującemu nad siecią 5G, korzystania z technologii Huawei. Podobny zakaz wprowadziła już praktycznie Japonia. W listopadzie 2018 roku Stany Zjednoczone wezwały swoich sojuszników do tego, by przekonywali lokalne telekomy o zagrożeniach związanych z używaniem smartfonów chińskiego koncernu.

Jednak Niemcy, Francja, Włochy, Portugalia i Szwajcaria wyraźnie oświadczyły, że nie zamierzają wykluczyć Huawei z rynku. Powyższe państwa polegają na własnych analizach i powstrzymują się od restrykcji zakazujących używanie sprzętu Huawei. Być może część krajów europejskich przedkłada rozwój technologiczny nad bezpieczeństwo lub ignoruje ryzyka z tym związane? W tego typu sprawach najważniejsze jest racjonalne rozważanie kwestii zagrożeń związanych z wdrażaniem sieci 5G. Swoje stanowisko w sprawie chińskiego koncernu w lutym 2019 roku zmieniły brytyjskie służby bezpieczeństwa uznając, że „nie ma powodów, by wykluczać Huawei z budowy sieci 5G”.

Pojawiają się zarzuty, że niekorzystna atmosfera tworzona wokół Huawei to echo wojny gospodarczej i rywalizacji technologicznej między Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Cóż wojna, a może raczej agresywna rywalizacja między światowymi mocarstwami jest oczywista. Czy nowoczesne technologie można wykorzystywać do celów szpiegowskich? Oczywiście można. Nawet więcej, one po to są tworzone. Zbieranie Informacji o użytkownikach (jeden z portali społecznościowych za dobrowolne ujawnianie wszystkich informacji przez użytkownika deklaruje wynagrodzenie 20 dol.) i danych biomedycznych takich jak linie papilarne czy zarys twarzy to już fakt. Zatem nie powinno być pytań o Huawei tylko o wszystkie podmioty działające na tym rynku: czy ich produkty i działalność nie zagrażają bezpieczeństwu polskich obywateli? Jeśli zaś powstają obawy w tym zakresie, oczekiwałbym decyzji, które zabezpieczą Polskę przed tego typu ryzykami ze strony wszystkich potencjalnych przedsiębiorstw krajowych i zagranicznych. Takie same reguły gry powinny dotyczyć wszystkich podmiotów na takich samych zasadach.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Pierwszy rozwód w Unii Europejskiej czyli opuszczenie Wspólnoty przez Wielką Brytanię budzi zrozumiałe emocje. Mimo, że ma to się stać już 29 marca 2019 roku, nadal nie wiadomo czy się stanie? Raczej tak, pozostaje jednak jeszcze jedno pytanie będzie to miękki czy twardy brexit?

Tak zwany twardy brexit czy rozstanie bez okresu przejściowego oraz umów gwarantujących łagodzenie skutków rozwodu wielu wydaje się niebezpieczne. W ocenie ekspertów ucierpi na tym brytyjska gospodarka. Będzie to też z pewnością bolesne dla europejskiego budżetu. Z pewnością z ulgą odetchną Niemcy, którym Londynu stała w gardle, choć będą też rozczarowani, że tracą wpływ na sąsiadów z drugiej strony kanału La Manche. Polska martwi się o los swoich obywateli przebywających na Wyspach, których sytuacja już teraz się komplikuje. Warszawa traci też cennego partnera w europejskich rozgrywkach.

Na takich sprawach obecnie koncentrują się dyskusje związane ze skutkami brexitu. Zupełnie inne ryzyka dostrzega Alessandro Profumo dyrektor naczelny włoskiej grupy Leonardo. W wywiadzie udzielonym Sylvii Pfeifer, z dziennika „Financial Times”, ostrzega on przed niebezpieczeństwem podziału broni między Wielką Brytanią i Unią Europejską. Uważa, że „dzisiejszy system obrony nadal jest bardzo fragmentaryczny i nie jest najlepszym sposobem na wydawanie pieniędzy podatników. Im więcej systemów obrony, tym większe koszty one generują. Jeśli Unia Europejska straci Wielką Brytanię jako partnera w tych programach, będzie to strata dla wszystkich.

Jak podaje Agencja Informacyjna „włoska Grupa Leonardo jest jedną z największych europejskich grup zbrojeniowych, obok BAE Systems, Thales i Airbus. Organizacja działa w dziedzinach kosmonautyki, obronności i bezpieczeństwa. Przedsiębiorstwo projektuje i rozwija oraz wytwarza produkty, usługi oraz zintegrowane rozwiązania dla rządów, sił zbrojnych i instytucji, obejmujące następujące obszary operacyjne: powietrzny i lądowy, stoczniowy i morski, przestrzeni i cyberprzestrzeni. Grupa osiąga rocznie ponad 12 miliardów Euro. Przedsiębiorstwo zatrudnia około 45.000 pracowników na całym świecie Leonardo, dawniej znana jak Finmeccanica. W Polsce do Grupy Leonardo należy Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego „PZL-Świdnik” zajmująca się produkcją samolotów i śmigłowców.”

Według Allesandro Profumo twardy brexit „nie będzie miał dużego wpływu na „rachunek zysków i strat grupy Leonardo”. Oznacza, to, że jego opinia o pogorszeniu się bezpieczeństwa europejskiego ma obiektywny charakter, wynikający z neutralnego stosunku do nadchodzących procesów. Wskazuje on również, że negatywne skutki już są widoczne. Przykładem może być program Galileo. W listopadzie 2018 roku Wielka Brytania ogłosiła, że zamierza wycofać się z wojskowych aspektów projektu wartego 10 mld euro, wyrażając obawy, że nie byłaby w stanie wpływać na jego rozwój po brexicie.

Cóż, Unia Europejska została pomyślana jako projekt gospodarczy, które celem było stworzenie potencjału gospodarczego zdolnego do konkurowania na globalnym rynku gdzie prym wiodą Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Indie itd. Gdzieś ta idea się zatraciła i powstała koncepcja stworzenia jednego organizmu politycznego, zarządzanego przez technokratów, nad którymi dominują Niemcy, czasem w kunktatorskich sojuszach z innymi państwami Unii Europejskiej.

To właśnie przemodelowanie idei Unii Europejskiej zaowocowało ideą brexitu, oraz coraz gwałtowniejszymi sporami pomiędzy innymi państwami, znajdującymi się we Wspólnocie. Moim zdaniem to nie Wielka Brytania występuje z Unii Europejskiej tylko dzieje się odwrotnie. Coraz większe konflikty wewnętrzne zakłócają procesy gospodarcze, dla których wymyślono całe przedsięwzięcie. Dlatego Brytyjczycy mówią „dość”. Cieszy to z pewnością globalnych graczy, a szkodzi europejskiej gospodarce. Teraz jak się okazuje, zaczyna zagrażać również europejskiemu bezpieczeństwu.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Media od dłuższego czasu donoszą o złej kondycji niemieckiej armii w kontekście jej wyposażenia. Agencja Informacyjna wręcz pyta: „Czy rzeczywiście Niemcy są gotowy chronić wschodnich partnerów Unii Europejskiej? Jeśli nawet „tak” czy mają takie możliwości? Tutaj coraz trudniej o twierdzącą odpowiedź.”

Cóż, nie czuje się kompetentny do wypowiada się w sprawach wojskowych, a zwłaszcza sojuszy. Niemniej polskie doświadczenia w tej mierze są raczej pesymistyczne. Jeśli zaś chodzi o Niemcy to nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w historii w konfliktach zbrojnych wspierali oni Polskę. Może jednak kiedyś to się zmieni? Mam nadzieję, że nie dojdzie do sytuacji kiedy Polska będzie weryfikowała taką sytuację.

Portal „Wirtualna Polska” donosi: „Gotowość bojowa niemieckiej armii pozostawia wiele do życzenia. Problemy dotyczą też nowego sprzętu wojskowego. Z dostarczonych w ubiegłym roku ponad 70 transporterów nawet połowa nie ma gotowości bojowej. Resort obrony Niemiec ma największe problemy z samolotami transportowymi A400M – z ośmiu sprawnych jest połowa.” Podobna sytuacja dotyczy śmigłowców bojowych typu „Tiger” z roku 2017, z których siedmiu dwa są sprawne i gotowe do użycia, z siedmiu śmigłowców transportowych NH90 tylko cztery. Z czterech nowych myśliwców Eurofighter użyty może być zaledwie jeden. Resort obrony Niemiec ma także problemy transporterem opancerzonym Puma. Informacje te sugerują, że uzbrojenie niemieckiej armii cierpi na jakąś epidemię, bo trudno sobie wyobrazić, żeby w tak wielu sprawach sytuacja wyglądała tak poważnie.

Dlaczego interesują się sprawą kondycja niemieckiej armii? Przede wszystkim ze zdziwienia, że dotyczy najpotężniejszego państwa w Unii Europejskiej. Drugi powód, to pojawiające się w mediach informacje, że polska armia planuje dokonywać zakupów u zachodnich sąsiadów. Stąd rodzi się pytanie „Jaki, albowiem, powinien być sprzęt wojskowy?” Po pierwsze nowoczesny i niezawodny – to warunki łączne. Po drugie: łatwo dostępny i zapewniający bezpieczeństwo serwisowe. Po trzecie: cena – o której trudno dyskutować, bo przeważnie są to informacje objęte tajemnicą handlową, a poza tym sprzęt wojskowy to nie towary w supermarkecie, gdzie stosunkowo łatwo porównywać podobne wyroby różnych producentów.

Przyjmując takie założenia, trzeba szukać przede wszystkim nowoczesnego i pewnego sprzętu wojskowego, najlepiej takiego, który jest produkowany możliwie blisko, co oznacza, że w Polsce. W przypadku wielu maszyn bojowych polski przemysł obronny nie dysponuje wystarczającą wiedzą. Jednak tę można pozyskać w wyniku kooperacji z światowymi gigantami. Przykładem takiego współdziałania może być chociażby, produkujący helikoptery PZL Świdnik należący do Leonardo Helicopters. Czy odkrywam jakąś prawdę? Moim zdaniem nie. Moje konkluzje wydaja mi się oczywiste. Zaskakuje mnie jednak to, że ciągle pojawiają się inicjatywy wskazujące, że sposób myślenia może być inny.

Zyski i straty – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów, Instytut Biznesu

Fake newsy czyli fałszywe, świadomie tworzone kłamliwe informacje rozprzestrzeniają się szybciej niż dżuma, a skutkach mogą być bardziej niebezpieczne od epidemii. Kształtują opinię publiczną i wpływają nastroje społeczne. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że świadome zarządzanie dezinformacją jest częścią większego planu strategicznego.

Przykładem, do budowania powyższych refleksji, może być sprawa zakupu uzbrojenia dla polskiej armii. Otóż, w czasie wizyty Ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza w Paryżu 13 września br. portal Onet.pl zamieścił sensacyjny artykuł, oparty na informacjach anonimowych „źródeł zbliżonych do francuskiego odpowiednika MON”. W tekście pojawiła się wiadomość o rzekomym szantażu francuskich rozmówców Ministra w sprawie sprzedaży Polsce okrętów podwodnych razem z rakietami manewrującymi. Zdaniem twórcy informacji, Francuzi mieli, ponoć, odmawiać osobnej sprzedaży produkowanych przez siebie rakiet, w przypadku wyboru przez MON niemieckich okrętów podwodnych. To właśnie niemieckie okręty uważane są przez, nomen omen, należący do Niemców portal Onet.pl za faworytów w wyścigu o polskie zamówienie. Dodatkowo zasugerowano, że strona francuska miała uzależnić zgodę na sprzedaż okrętów od stosunków politycznych między oboma państwami.

Te fałszywe informacje, o francuskim szantażu i naciskach, zostały szybko podchwycone przez inne media. Żaden nowy publikator ich jednak nie zweryfikował, chociaż news natychmiast zdementował wiceminister obrony Michał Dworczyk, jeszcze podczas wizyty Ministra w Paryżu, mówiąc jasno, że nie ma żadnych problemów w relacjach z Francją, a wszystkie takie opowieści należy włożyć między bajki. Później tego samego dnia i w dniach kolejnych informacji Onetu nie potwierdził także sam główny uczestnik rozmów, Antoni Macierewicz, który powiedział podczas briefingu prasowego po zakończonym spotkaniu ze stroną francuską „To ciekawa oferta. Oferta, która na pewno ma przyszłość […] to, co tam zobaczyliśmy napawa optymizmem, co do potencjału francuskiego i skuteczności działania”.

W udzielonym „Naszemu Dziennikowi” wywiadzie Antoni Macierewicz dodał, że „silną stroną propozycji francuskiej jest to, że oferuje zarówno okręt podwodny, jak i rakiety manewrujące […] te rakiety są zintegrowane z okrętami wojennymi i ewentualny kontrakt obejmowałby zarówno budowę okrętów, jak i rakiet”. Zdaniem Ministra Obrony Narodowej „zarówno Szwedzi, jak i Niemcy oferują okręty, do których trzeba byłoby dokupować osobno rakiety i je integrować, co zawsze jest kosztowne i dyskusyjne”. Także w tych wypowiedziach nie słychać nic o rzekomym szantażu ani naciskach władz francuskich. Jak widać po wypowiedziach szefa MON Francuzi nie obrazili się na Polskę za zrezygnowanie z zakupu helikopterów Caracali. Za to bardzo się starają, aby przekonać resort obrony do zakupu okrętów i składają propozycje na tyle interesujące, że wymagają szybkich kolejnych rund rozmów.

To jeszcze nie koniec tej historii. Kilka dni temu RMF FM, a potem jeszcze kolejne media, powołując się na informacje z francuskiego portalu „Mer et Marine” znów informuje o rzekomych naciskach Francji, na Polskę, w sprawie zakupu okrętów, a źródłem tych informacji są „niektórzy obserwatorzy”. Tu cytat: „(…)Niektórzy obserwatorzy sugerują, że zakup okrętów podwodnych mógłby ocieplić polsko-francuskie relacje. Niedawne ataki prezydenta Emmanuela Macrona na polski rząd na unijnej scenie mogłyby zresztą – ich zdaniem – stanowić strategiczny środek nacisku, którego celem miało być zmuszenie do kupna Scorpenów 2000.” Dziwne w tym jest to, że w oryginalnym tekście francuskiego portalu takiej informacji nikt się nie doczyta. Kim zaś są „obserwatorzy”? Tego już nie wiadomo.

Czy to przypadek, że te fake newsy opublikowane zostały w momencie międzyrządowych rozmów w sprawie potencjalnego zakupu okrętów podwodnych od Francji? Może tak, a może to być też działanie inspirowane? Pojawiają się opinie, że to działanie stanowi próbę zdyskredytowania francuskiej oferty na rzecz niemieckiego dostawcy okrętów podwodnych, koncernu TKMS, wychwalanego na portalu Onet.pl. Być może nie jest przypadkiem, że działające w Polsce, ale należące do niemieckiego kapitału media posuwają się do manipulacji, aby wpływać na polską opinię publiczną, polityków i decydentów. Być może medium i jego właściciel nie ma tu nic do rzeczy. Trudno jednak dać wiarę, że przyczyną fałszywych informacji są nieidentyfikowani i nieweryfikowalni informatorzy, co do których można nabrać podejrzenia, że w ogóle nie istnieją.

Trójmorze to inicjatywa biznesowa, w którą zaangażowały się Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry. Czy ma to być alternatywa czy też wsparcie dla Unii Europejskiej?

Celem Trójmorza jest doprowadzenie do usunięcia niedorozwoju infrastrukturalnego w Europie Środkowo-Wschodniej. Koncepcja bazuje na środkach unijnych. Z tego powodu należy sądzić, że raczej Trójmorze nie będzie rywalizować z Unią Europejską, a tym bardziej stanowić dla niej alternatywy. Ma to być raczej forum koordynacji prac stanowiących przeciwwagę dla Wielkiej Czwórki czyli Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii. Drugim dnem może się też okazać zjednoczenie przeciwko bilateralnemu rozgrywaniu przez Rosję poszczególnych członków Unii Europejskiej przeciwko sobie.

Pierwszym skromny efektem szczytu Trójmorza zorganizowanego w Warszawie było podpisanie umowy o współpracy operatorów z Polski i Chorwacji na rynku LNG. Trudno dziś stwierdzić jak koncepcja Trómorza się rozwinie. Pewne jest jednak, że to dużo ciekawsza koncepcja niż Grupy Wyszehradzkiej, która mimo oczywistych wspólnych interesów uczestników rzadko kiedy potrafi wypracować jakieś wspólne stanowisko.

Blasku pierwszemu szczytowi Trójmorza w Warszawie dodał przyjazd Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Nie była to czysto kurtuazyjna obecność. Prezydent zapowiedział wsparcie wszystkich projektów energetycznych, które będą przeciwdziałać monopolom energetycznym, stanowiącym często poważne narzędzie nacisku politycznego.

Szczyt Trójmorza w zaskakujący sposób kontrastuje z odbywającym się dzień później w Hamburgu szczytem G 20. Odległość między Warszawą, a miastem, w którym obradowali przywódcy dwudziestu najbardziej uprzemysłowionych państw świata wynosi 800 km, niemniej mowa o dwóch sąsiadujących ze sobą krajach, należący do tej samej Unii Europejskiej. W Polsce szczyt Trójmorza był wydarzeniem akceptowanym przez społeczeństwo.  Spotkanie G 20 w Niemczech doprowadziło prawie do wybuchu wojny, w którym ok. 12.000 rozwścieczonych demonstrantów, plądrowało sklepy,  rzucało koktajle Mołotowa, paliło samochody i budowało barykady. W efekcie walk ulicznych obrażenia odniosło ponad 470 policjantów, z 20.000 zmobilizowanych z tej okazji. W kontekście tego, można się zastanawiać jak wielkie różnice obyczajowe i mentalne dzielą poszczególnych członków Unii.

Zupełnie inną rolę w Hamburgu odegrał Donald Trump. O ile w Warszawie był on traktowany prawie jak gospodarza, o tyle w Niemczech Prezydent Stanów Zjednoczonych  znalazł się w opozycji do pozostałych 19 przywódców krajów najbardziej uprzemysłowionych. Tam amerykańska zapowiedź liberalizacji rynku paliw kopalnych nie wywołała nie tylko entuzjazmu, ale nawet zainteresowania. Propozycja została przyjęta co najmniej chłodno. Wydaje się, że te zachowania i reakcje bardzo dobrze demaskują układ relacji gospodarczych na świecie w drugiej dekadzie XXI wieku.

W codziennym ferworze mało kto sobie zdaje sprawę, że Niemcy są dla Polski od ponad 20 lat najważniejszym partnerem handlowym i mają obecnie 26 proc. udziału w polskim eksporcie oraz 22 proc. w imporcie.

W 2015 roku bilateralne obroty w polsko-niemieckim handlu osiągnęły rekordowe 88.500.000.000 euro. Zaledwie jednoprocentowy wzrost obrotów z Niemcami oznacza 430.000.000 euro więcej przychodów dla krajowych producentów. Tylko w zeszłym roku polskie przedsiębiorstwa sprzedały do Niemiec o prawie 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Nadal są to głównie samochody i części do ich produkcji (14,2 proc.), podobnie jak maszyny, meble i inny sprzęt. Bardzo szybko rośnie też eksport produktów rolnych i spożywczych, co jest bardzo ważne dla polskiego rolnictwa.

Głównym motorem ekspansji polskich przedsiębiorców w Niemczech jest właśnie uzyskanie dostępu do nowych rynków i klientów. Znam kilka organizacji, produkujących w Polsce, które z definicji nastawiły się na rynek zachodniego sąsiada, który nie tylko wymaga wyższej jakości, ale jest również gotów za niego zapłacić. W Polsce niestety ciągle głównym kryterium decyzji zakupowych jest niska cena. Nasi przedsiębiorcy w Niemczech doceniają też jakość infrastruktury, innowacyjność, dyscyplinę płatniczą w biznesie i przewidywalność polityki gospodarczej. To dla prowadzenia działalności gospodarczej jest ważne.

Ponad 6.000 organizacji z udziałem kapitału niemieckiego prowadzi w Polsce swoją działalność, zatrudniając około 300.000 osób. Sąsiedzi zza zachodniej granicy są u nas największym inwestorem. Do tej pory Niemcy najbardziej zaangażowali się w Polsce w branży przetwórstwa przemysłowego, co stanowi aż 31 proc. niemieckich inwestycji ogółem. Głównie dotyczy to branży motoryzacyjnej, chemicznej, finansowej i ubezpieczeniowej oraz handlu hurtowego i detalicznego. Znacząca część Polaków nie jest zadowolona z tak znaczącego zaangażowania Niemców w Polsce, choć ma ono poważny wpływ na rozwój naszej gospodarki. Prawdę mówiąc gdyby nie sąsiedzi zza zachodniej granicy sytuacja ekonomiczna u nas wyglądałaby znacznie gorzej. Trudno sobie wyobrazić, kto mógłby ich zastąpić.

Dla Niemców Polska jest dopiero siódmym, co do wielkości partnerem handlowym. Jednak jest to efektem stało awansu, albowiem w 2014 roku była ósma, a w 2013 – jedenasta. Wyprzedzają nas Stany Zjednoczone, Francja, Holandia, Chiny, Wielka Brytania i Włochy. Wszystko wskazuje, że ta tendencja będzie postępować. Może Polacy i Niemcy to nie są dwa bratanki, jednak, pomimo bardzo dużych różnic językowych i historycznych uprzedzeń, te dwa sąsiadujące narody łączy bardzo dużo.

 

 

Demograficzna katastrofa jest polską perspektywą. Jak jej zapobiec? Najprostszym rozwiązaniem, wydaje się, szybkie pozyskanie ludności z zewnątrz, które uzupełni niedobory populacyjne.

Niemcy, pozbywając się nadmiaru przybyszów do swojego kraju z Afryki Północnej i Zachodniej, Bliskiego Wschodu i Azji, chcą nam dostarczyć ludność, która powinna, ich zdaniem, rozwiązać nasze problemy demograficzne. Polska przed takim rozwiązaniem broni jak tylko może. Wydaje się zresztą, że zupełnie niepotrzebnie, albowiem imigranci uciekają od nas tak szybko jak mogą. Oczywiście można ich jeszcze zatrzymać siłą, lecz to ryzykowne, bo nasuwają się skojarzenia z doświadczeniami z okresu II wojny światowej. Jedynie Ukraińcy, Białorusini i i Rosjanie jakoś odnajdują się w polskiej rzeczywistości i potrafią się u nas zaaklimatyzować.

Wśród przybyszów do Polski prym wiodą obywatele, ogarniętej wojną Ukrainy. Przy okazji warto zauważyć, że imigranci z Afganistanu, Tunezji, Maroka, Senegalu, Libii i Egiptu zasługują na wsparcie i troskę Unii Europejskiej. Uciekinierzy ze wschodniej Ukrainy gdzie również toczy się regularna wojna zdają się być niedostrzegani przez brukselskich namiestników, ciekawe dlaczego?

Należy dodać, że w zeszłym roku Polska wydała ponad 900 tys. wiz Ukraińcom. W tym roku do czerwca było ich już blisko 700 tys. Według szacunków Urzędu ds. Cudzoziemców w posiadaniu Ukraińców jest już blisko 85 tys. dokumentów uprawniających do dłuższych, trwających ponad 12 miesięcy, pobytów. To aż trzykrotnie więcej niż w 2012 roku. Przewiduje się, że do końca roku będzie ich około 100 tys. Szacuje się, że w Polsce przebywa obecnie ponad milion Ukraińców. Ciekawe, że drugą najliczniejszą grupą obcokrajowców, są Niemcy, z których aż 20 tys. posiada dokumenty upoważniające do przebywania w Polsce ponad 12 miesięcy.

Legalizacja pobytu cudzoziemców, na dłuższy czas, przeważnie, wiąże się z pozwoleniem na pracę. Ukraińcy stanowią ważne uzupełnienie krajowego rynku zatrudnienia. Ze względu na zbliżoną tożsamość kulturową i język należący do tej samej grupy co Polski, posiadają oni dużą zdolność adaptacyjną.

Polska zastanawia się nad swoją demografią, w sytuacji, kiedy 15 milionów Polaków, żyje poza granicami kraju. Kilka milionów wyjechało z niej w ciągu ostatnich kilku lat, mimo, że nie toczy się nas żadna wojna (a może się toczy?). Za kilka miesięcy ma się pojawić ustawa repatriacji. W pierwszej kolejności będą mogli skorzystać z niej Polacy z azjatyckiej części byłego ZSRR. Chodzi zatem zapewne o Polaków z Kazachstanu – około 30 tys. osób i jakąś część z 70 tys. mieszkających obecnie w Rosji. Warto w tym miejscu zauważyć, że na Litwie obecnie jest dyskryminowanych jako mniejszość 200 tys. Polaków. Źle się też wiedzie 300 tys. Polaków na Białorusi i 150 tys. na Ukrainie.

Przyznam się szczerze, że niczego z tej całej polityki nie rozumiem. Dziwnym jest dla mnie założeniem, że należy niedobory demograficzne uzupełniać cudzoziemcami, skoro tak wielu Polakom, źle się żyje za wschodnią granicą. Czy naprawdę nie lepie ich zaprosić do ojczyzny? Marzy mi się także powrót Polaków, którzy wyjechali na Zachód, a zrobili to z powodów ekonomicznych. I w tym powodzie jest cała tajemnica. Kiedy Polska stanie się  państwem atrakcyjnym do mieszkania, wszyscy się będą do niej garnąć, ale wówczas już nie będzie problemu demograficznego.

 

Ponad 30 lat temu wielu młodych Polaków przeżyło szok kiedy w niedzielę 13 grudnia 1981 roku zamiast programu „Teleranek” na ekranach telewizorów zobaczyło ponurą twarz generała Jaruzelskiego. Dla wielu osób było traumatyczne doświadczenie. „Teleranka” już od dawna nie ma, ale historia lubi się powtarzać. W pierwszy dzień nowego 2015 roku, miliony Polaków, w Europie, chcąc obejrzeć polską telewizję, zobaczy na ekranie śnieg….

Telewizja od lat jest jednym z najpopularniejszych rodzajów rozrywki, a także jednym z najważniejszych źródeł informacji o wydarzeniach politycznych czy kulturalnych. Dla rodaków stała się często jedynym kontaktem z ojczyzną. Niestety, w związku ze zmianą satelity z jakiego jest nadawany sygnał m. in. TVP Polonia i TVP Info,  wielu z nich zostało odciętych od możliwości tego rodzaju kontaktu z Polską. To bardzo słaby prezent noworoczny, a jeszcze gorszy zwiastun przyszłości.

Według ostatnich szacunków Ministerstwa Spraw Zagranicznych wynika, że Polonia europejska liczy 6 milionów osób. Wielu Polaków, aby podtrzymać więź z Polską i mieć stały kontakt z ojczystym językiem ogląda kanały TVP. Odbiór, polskich kanałów za granicą, nie jest jednak łatwym zadaniem, a w świetle ostatnich decyzji TVP,  trudności będą jeszcze większe. Nadawca podjął bowiem decyzję o rezygnacji z wynajmu transpondera satelitarnego na pozycji Astry 19,2E, służącemu dystrybucji programów TVP (m.in. TVP Info, TVP Polonia) na terenie całej Europy.

Od 1 stycznia 2015 TVP Polonia jest jedynym kanałem dostępnym drogą satelitarną, jednak z nowej pozycji Hot Bird 13E, z której odbierają głównie kraje z Europy Wschodniej i z Azji. Zdaniem ekspertów, jeśli decyzja Telewizji Publicznej w sprawie zmiany satelity dla TVP Polonia będzie wiążąca, oferta tej stacji może stać się niedostępna dla ok. 6 milionowej Polonii mieszkającej w Europie. No cóż, fala krytyki już była, teraz możemy czekać na więcej – gdy tylko Polonia zorientuje się, że po włączeniu telewizora żaden polski kanał nie jest dostępny.

Warto mieć na uwadze, że Polska ma w porównaniu do liczby ludności ją zamieszkującej, jedną z największych diaspor w skali globalnej. Kanały takie jak TVP Polonia i np. TVP Info są podstawowym źródłem informacji o wydarzeniach politycznych i kulturalnych w Polsceu dla Polaków mieszkających za granicą. Po rezygnacji z nadawania poprzez satelitę Astry widzowie w Europie stracili właśnie dostęp do kanałów polskiej telewizji (ta pozycja satelitarna jest bowiem najpopularniejsza w Europie). Przeniesienie TVP Polonia na satelitę Hot Bird 13E spowoduje zaś dramatyczne zmniejszenie dotarcia do Polonii  – satelity Astra oferują znacznie większe zasięgi, np. w Niemczech 5 razy wyższa penetrację, a we Francji czterokrotnie – niż konkurencja.  Także w Belgii, Holandii, Czechach, Hiszpanii, Austrii i Szwajcarii Astra ma wiodącą pozycję. Konkurencja jedynie w Polsce i we Włoszech ma silna pozycję.

Jakieś smutne są te noworoczne informacje. Nie wiem, czy to w związku z globalnym ociepleniem, ale topnieje ilość misji w Telewizji Polskiej. Być może tłumaczą to jakieś względy ekonomiczne, lecz tym razem udało się „wylać dziecko z kąpielą”, a więc zamiast zysku jest strata….