Archiwa tagu: Polska

Trójmorze to inicjatywa biznesowa, w którą zaangażowały się Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry. Czy ma to być alternatywa czy też wsparcie dla Unii Europejskiej?

Celem Trójmorza jest doprowadzenie do usunięcia niedorozwoju infrastrukturalnego w Europie Środkowo-Wschodniej. Koncepcja bazuje na środkach unijnych. Z tego powodu należy sądzić, że raczej Trójmorze nie będzie rywalizować z Unią Europejską, a tym bardziej stanowić dla niej alternatywy. Ma to być raczej forum koordynacji prac stanowiących przeciwwagę dla Wielkiej Czwórki czyli Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii. Drugim dnem może się też okazać zjednoczenie przeciwko bilateralnemu rozgrywaniu przez Rosję poszczególnych członków Unii Europejskiej przeciwko sobie.

Pierwszym skromny efektem szczytu Trójmorza zorganizowanego w Warszawie było podpisanie umowy o współpracy operatorów z Polski i Chorwacji na rynku LNG. Trudno dziś stwierdzić jak koncepcja Trómorza się rozwinie. Pewne jest jednak, że to dużo ciekawsza koncepcja niż Grupy Wyszehradzkiej, która mimo oczywistych wspólnych interesów uczestników rzadko kiedy potrafi wypracować jakieś wspólne stanowisko.

Blasku pierwszemu szczytowi Trójmorza w Warszawie dodał przyjazd Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Nie była to czysto kurtuazyjna obecność. Prezydent zapowiedział wsparcie wszystkich projektów energetycznych, które będą przeciwdziałać monopolom energetycznym, stanowiącym często poważne narzędzie nacisku politycznego.

Szczyt Trójmorza w zaskakujący sposób kontrastuje z odbywającym się dzień później w Hamburgu szczytem G 20. Odległość między Warszawą, a miastem, w którym obradowali przywódcy dwudziestu najbardziej uprzemysłowionych państw świata wynosi 800 km, niemniej mowa o dwóch sąsiadujących ze sobą krajach, należący do tej samej Unii Europejskiej. W Polsce szczyt Trójmorza był wydarzeniem akceptowanym przez społeczeństwo.  Spotkanie G 20 w Niemczech doprowadziło prawie do wybuchu wojny, w którym ok. 12.000 rozwścieczonych demonstrantów, plądrowało sklepy,  rzucało koktajle Mołotowa, paliło samochody i budowało barykady. W efekcie walk ulicznych obrażenia odniosło ponad 470 policjantów, z 20.000 zmobilizowanych z tej okazji. W kontekście tego, można się zastanawiać jak wielkie różnice obyczajowe i mentalne dzielą poszczególnych członków Unii.

Zupełnie inną rolę w Hamburgu odegrał Donald Trump. O ile w Warszawie był on traktowany prawie jak gospodarza, o tyle w Niemczech Prezydent Stanów Zjednoczonych  znalazł się w opozycji do pozostałych 19 przywódców krajów najbardziej uprzemysłowionych. Tam amerykańska zapowiedź liberalizacji rynku paliw kopalnych nie wywołała nie tylko entuzjazmu, ale nawet zainteresowania. Propozycja została przyjęta co najmniej chłodno. Wydaje się, że te zachowania i reakcje bardzo dobrze demaskują układ relacji gospodarczych na świecie w drugiej dekadzie XXI wieku.

W codziennym ferworze mało kto sobie zdaje sprawę, że Niemcy są dla Polski od ponad 20 lat najważniejszym partnerem handlowym i mają obecnie 26 proc. udziału w polskim eksporcie oraz 22 proc. w imporcie.

W 2015 roku bilateralne obroty w polsko-niemieckim handlu osiągnęły rekordowe 88.500.000.000 euro. Zaledwie jednoprocentowy wzrost obrotów z Niemcami oznacza 430.000.000 euro więcej przychodów dla krajowych producentów. Tylko w zeszłym roku polskie przedsiębiorstwa sprzedały do Niemiec o prawie 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Nadal są to głównie samochody i części do ich produkcji (14,2 proc.), podobnie jak maszyny, meble i inny sprzęt. Bardzo szybko rośnie też eksport produktów rolnych i spożywczych, co jest bardzo ważne dla polskiego rolnictwa.

Głównym motorem ekspansji polskich przedsiębiorców w Niemczech jest właśnie uzyskanie dostępu do nowych rynków i klientów. Znam kilka organizacji, produkujących w Polsce, które z definicji nastawiły się na rynek zachodniego sąsiada, który nie tylko wymaga wyższej jakości, ale jest również gotów za niego zapłacić. W Polsce niestety ciągle głównym kryterium decyzji zakupowych jest niska cena. Nasi przedsiębiorcy w Niemczech doceniają też jakość infrastruktury, innowacyjność, dyscyplinę płatniczą w biznesie i przewidywalność polityki gospodarczej. To dla prowadzenia działalności gospodarczej jest ważne.

Ponad 6.000 organizacji z udziałem kapitału niemieckiego prowadzi w Polsce swoją działalność, zatrudniając około 300.000 osób. Sąsiedzi zza zachodniej granicy są u nas największym inwestorem. Do tej pory Niemcy najbardziej zaangażowali się w Polsce w branży przetwórstwa przemysłowego, co stanowi aż 31 proc. niemieckich inwestycji ogółem. Głównie dotyczy to branży motoryzacyjnej, chemicznej, finansowej i ubezpieczeniowej oraz handlu hurtowego i detalicznego. Znacząca część Polaków nie jest zadowolona z tak znaczącego zaangażowania Niemców w Polsce, choć ma ono poważny wpływ na rozwój naszej gospodarki. Prawdę mówiąc gdyby nie sąsiedzi zza zachodniej granicy sytuacja ekonomiczna u nas wyglądałaby znacznie gorzej. Trudno sobie wyobrazić, kto mógłby ich zastąpić.

Dla Niemców Polska jest dopiero siódmym, co do wielkości partnerem handlowym. Jednak jest to efektem stało awansu, albowiem w 2014 roku była ósma, a w 2013 – jedenasta. Wyprzedzają nas Stany Zjednoczone, Francja, Holandia, Chiny, Wielka Brytania i Włochy. Wszystko wskazuje, że ta tendencja będzie postępować. Może Polacy i Niemcy to nie są dwa bratanki, jednak, pomimo bardzo dużych różnic językowych i historycznych uprzedzeń, te dwa sąsiadujące narody łączy bardzo dużo.

 

 

Historia zakupu francuskich helikopterów Caracali dla polskiej armii dobiegła końca. Od początku, cały proces przetargowy budził nie tylko wielkie emocje, co nie dziwne, biorąc pod uwagę wartość kontraktu, ale również kontrowersje, związane z zagadkowymi zmianami dotyczącymi kryteriów. Ewidentnie ofiarą tego przedsięwzięcia jest były Prezydent Bronisław Komorowski, który firmował swoim nazwiskiem ten projekt i przez to utracił kilkaset tysięcy głosów poparcie w trakcie wyborów.

Kiedy się okazało, że polska armia nie zakupi Caracali, ponieważ Francja nie potrafiła sprostać oczekiwaniom Polski w zakresie offsetu (rodzaj transakcji zawieranej między państwami, w sytuacji gdy jeden z partnerów oczekuje kompensacji za wydatki poniesione na zakupy za granicą), w mediach rozległ się krzyk rozpaczy wydany przez opozycję. Jednak nawet wśród polityków opozycji znalazł się głos rozsądku. Jacek Saryusz-Wolski, eurodeputowany Platformy Obywatelskiej stwierdził, że „każde państwo ma prawo wybierać technicznie, ekonomicznie i politycznie najlepsze uzbrojenie. To są zbyt wielkie pieniądze i zbyt ważne sprawy”. Dodał przy tym, że w dojrzałych demokracjach podobne kwestie nie są poddawane pod debatę publiczną.

Sprawa debaty publicznej, w sprawie uzbrojenia, która, co do zasady, powinna być tajna, napawa dużym niepokojem. Pomijam przy tym aktywność rzeszy dyletantów i domorosłych ekspertów, jednak również bardzo aktywni zapewne byli w tej dyskusji agenci wpływu najrozmaitszych państw, nie tylko tych które produkują helikoptery, lecz również tych, które są zainteresowane, aby polska armia nie miała dobrego uzbrojenie.

Tym, którzy są rozczarowani, że polska armia nie dostanie „świetnych” Caracali przypomnę, że to stare helikoptery, które zostały opracowany w drugiej połowie lat 60. W połowie zeszłego roku sami szefowie Airbus Helicopters, producenta francuskich helikopterów poinformowali, że właśnie przystępują do budowy nowej maszyny, która ma zastąpić Caracala. W kontekście tego, chyba już można otrzeć łzy i cieszyć się, że nie inwestujemy miliardów w zabytki.

Instytut Biznesu, z którym jestem związany, od dwóch lat krytycznie wypowiadał się o procedurze przetargowej jak również o ofercie Airbus Helicopters. Jednak w tej chwili nikt nie czerpie z tego satysfakcji, albowiem straconego czasu nikt nie zwróci. Wszyscy są zmartwieni, że nowy przetarg odsunie zakup helikopterów o kilka lat. Tak wcale być nie musi, albowiem Ministerstwo Obrony Narodowej może dokonać zakupu z wolnej ręki. Pozostają pytania:

  • Czy Minister Antonii Maciarewicz podejmie decyzję o zakupie helikopterów z „wolnej ręki”?
  • Ile będą kosztowały nowe helikoptery?
  • Czy zakupione maszyny okażą się przydatne polskiej armii?
  • I najważniejsze kiedy znajdą się na wyposażeniu polskiej armii?

Jak to będę wiedział, wtedy powiem: czy to zysk czy strata?

Kiedy obserwuję pomysły reklamowe niektórych organizacji, dostrzegam głębokie wyjałowienie lub też pustkę intelektualną. Często odnoszę wrażenie, że brakuje im pomysłu na wyróżnienie się, a bez tego, obecnie, żadna marka nie ma szansy na dostrzeżenie.

Oczywiście są przedsiębiorstwa, które świadomie unikają w swoich reklamach treści. Odwołuję się np. wyłącznie do ceny: „kupuj nasz produkt – tylko teraz tylko za 3.99”. To są jednak zabawy dla przedsiębiorstw, posiadających bardzo duże budżety marketingowe, świadome tego, że ich działalność opiera się wyłącznie na relacji ilość do ceny.

Pomysł na czym można oprzeć strategię marketingową ma Maciej Świrski, Prezes Zarządu Fundacji Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom. Uważa on, że przedsiębiorcy powinni wykorzystać, w swojej narracji marketingowej, propagowanie historii i silnej marki Polski. To ciekawa koncepcja. Oczywiście nie można jej stosować bezkrytycznie i w każdym przypadku. Jest ona jednak warta rozważania. Identyfikowanie produktu z krajem, w którym został wytworzony, z pewnością ma szansę zapaść w pamięć, zwłaszcza wtedy, kiedy klienci mają już jakieś pozytywne skojarzenie z Polska, np. Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Puławski (w Stanach Zjednoczonych) czy Fryderyk Chopin (Chiny i Japonia) itd.

Na takich działaniach może zyskać też Polska, wykorzystując efekt synergii. W ten sposób wzmacnia się przekaz marketingowy. Silna, znana, rozpoznawalna i budząca sympatię Polska będzie z pewnością dobrą trampoliną dla marek, odwołujących się do swoich korzeni i tożsamości.

Kto nie rozumie przeszłości, w przyszłości będzie głupcem. Dlatego warto poznawać historię. Ta, przekazywana w ramach powszechnego obowiązku edukacyjnego, uczy dat i faktów. Jednak nie pozwala wykorzystać tej wiedzy w codziennym życiu. Dlatego dobrze korzystać z innych sposobów poznawania przeszłości. Jednym z nich jest lektura książek beletrystycznych.

Właśnie ukazało się polskie wydanie książki „Róża. Miłość i walka”. Jest to biografia Róży z Sobańskich Chłapowskiej Orłowskiej, napisana przez jej syna Macieja Chłapowskiego. Matka autora była uwikłana w dramatyczną historię XX wieku. Młodość przeżyła w II Rzeczypospolitej, by w czasie II wojny światowej poznać dramatyczny los uchodźcy. Przez Włochy, Portugalię i Anglię dotarła wraz z małymi dziećmi do Argentyny, gdzie na nowo musiała zbudować swój świat. W swej książce Maciej Chłapowski ukazuje życie swojej fascynującej, kosmopolitycznej rodziny. Odkrywa przed czytelnikami niezwykłą kobietę, człowieka o wielkim harcie ducha, ale i ogromnym poczuciu humoru.

Czytając o losach Róży Chłapowskiej, poznaje się też kulisy wielu wydarzeń historycznych,  życie arystokracji w przedwojennej Polsce, dramatyczne wydarzenia II wojny, udział Polaków w alianckim zwycięstwie, wreszcie o złożony świat polskiej emigracji w Ameryce Południowej i życie w czasach szerzącego się peronizmu. Wielka historia okraszona jest anegdotami, opowieściami z życia na wsi oraz wspomnieniami ze spotkań towarzyskich.

„Róża. Miłość i walka” to dokument ukazujący historię polskiego wychodźstwa. Jest opowieścią o dwóch rodzinach, zapisem ich niezwykłych dziejów oraz o wielką daninie krwi, którą przyszło im oddać. Śledząc losy bohaterki i jej rodu, można poznać 150 lat polskiej historii.

Autor Maciej Chłapowski urodził się w 1937 roku w arystokratycznej rodzinie w Polsce. Wraz z częścią familii opuścił kraj, gdy wybuchła II wojna światowa. Osiadł w Argentynie, gdzie w 1955 roku zdał maturę. Studiował w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1960 roku uzyskał licencjat z finansów na Uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku. Przez całe życie pracował w sektorze bankowym. Dziś mieszka w Montevideo w Urugwaju.

Chłapowski rozpoczyna swoją opowieść w 1936 roku, w którym poznali się jego rodzice: Róża Sobańska i Roman Chłapowski. Historia tego spotkania staje się okazją do nakreślenia wcześniejszych losów obydwu rodzin. Autor sięga do XIX wieku i przypomina patriotyczne epizody swojej rodziny, m.in. dzieje prapradziadka – Ludwika Sobańskiego, zwanego również Louisem, masona i prezesa prowincji wołyńskiej Towarzystwa Patriotycznego. Książka opisuje też dzieje kuzyna jego ojca, generała dywizji Dezyderego Chłapowskiego, który podczas Powstania Listopadowego stał początkowo na czele kampanii wojennej przeciwko wojskom carskim na Litwie.

Znaczną część książki zajmują rodzinne losy podczas II wojny światowej. Roman Chłapowski na początku wojny zaangażował się w działalność Zakonu Maltańskiego. Zginął jeszcze we wrześniu 1939 roku, gdy jechał po leki do jednego ze szpitali. Matka autora zdecydowała się na opuszczenie okupowanego kraju. Dzięki wsparciu pracowników włoskiej ambasady w Warszawie, udało jej się uzyskać zgodę Gestapo na wyjazd z Generalnego Gubernatorstwa. O wszystkim dowiedział się polski ruch oporu, który poprosił ją o przekazanie pewnych informacji brytyjskiemu wywiadowi – MI5.

Róża Chłapowska wyjechała najpierw, z dziećmi i swoją matką,  do Wiednia, a potem do Włoch. Tam przez krótki czas pracowała jako aktorka. Jednak dalsza eskalacja działań wojennych zmusiła rodzinę do ewakuacji do Hiszpanii, gdy Niemcy zaatakowały Francję. Tam wyszła za mąż za Karola Orłowskiego. Ostatecznie rodzina osiadła w 1944 roku w Buenos Aires w Argentynie. Dalsza część książki poświęcona jest głównie losom rodziny w nowej ojczyźnie. Sporo cierpkich słów autor poświęca dyktaturze Juana Perona, którą ocenia jednoznacznie negatywnie. Szczególnie krytycznie wypowiada się o peronistowskim kulcie jednostki.

Barwne losy rodu, pokazują jak skomplikowane i przewidywalne wydarzenia mają wpływ na życie człowieka, uzmysławiają też jakie znaczenie ma przywiązanie do tradycji i wartości. Per saldo, jakby nie przysparzało to dramatycznych wydarzeń, zawsze jest to zysk.

W biznesie jest tak, że żeby on się udał obydwie strony przedsięwzięcie muszą widzieć w tym interes. Taka sytuacja zachodzi w przypadku relacji polsko-ukraińskich. Polska jest dla Ukrainy atrakcyjnym , chociaż nie jedynym partnerem.

Sąsiad, oprócz naszego kraju, szukając partnera w Unii Europejskiej, może jeszcze zwrócić się swoja uwagę w kierunku Słowacji, Węgier i Rumunii. Za Polską przemawia podobna tożsamość kulturowa oraz pozycja, znaczenia i potencjał w regionie. Nasz kraj znajduje się na trzecim miejscu (po Rosji i Niemczech) jako eksporter na Ukrainie wyprzedzając Chiny! Jednak głównymi inwestorami zagranicznymi na Ukrainie są Stany Zjednoczone, Cypr, Wielka Brytania, Holandia i Rosja (rola tego ostatniego kraju z pewnością maleje). Co więcej Ukraińcy więcej inwestują w Polsce niż my u nich.

Ukraina ma potężny potencjał wzrostu i bardzo chłonny rynek. Dlatego ważne jest aby dla wschodniego sąsiada Polska stała się oknem na Unię Europejską. I trzeba przyznać, że ukraińskie środowiska biznesowe są gotowe na takie rozwiązanie. Polska cieszy się dużym zainteresowaniem. Empirycznie nabrałem takiego przekonania po zorganizowanej przez Instytut Biznesu misji gospodarczej na Ukrainę.

Jedni Ukraińcy szukają Polsce kapitału. Inni pomysłów do zainwestowania. W informatyce Ukraińcy mają większy potencjał od Polaków. Ponad to wielu z nich albo mówi po polsku albo ma łatwość w uczeniu się naszego języka. Przeprowadziłem wiele rozmów z Ukraińcami i wydaje mi się, że wspomniana na początku zasada, że biznes można zrobić wtedy, gdy obydwie strony widzą w tym interes w przypadku relacji polsko-ukraińskich może mieć zastosowanie.

Jedwabny szlak jawi się jako legenda sprzed 2 tysięcy lat. Teraz kiedy Chiny są zainteresowane europejskim rynkiem odbudowują tę metodę dostarczania towarów. Polsce w tym przedsięwzięciu może przyjść odegrać znaczącą rolę.

Idea kolei towarowej Chiny-Europa zyskuje coraz większą popularność. Jest to również część inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku. Znajduje się on na liście priorytetów chińskiego rządu. Oznacza to, że jest to kolejny etap chińskiej ekspansji gospodarczej.

Transport kolejowy jest trzy razy szybszy niż morski i czterokrotnie tańszy od lotniczego.  Jest to ważne w przypadkach towarów o wysokiej wartości oraz kiedy istotny jest czas dostawy. Transport towarów statkiem z Chin do Europy zajmuje od 30 do 40 dni, podczas gdy pociągiem to zaledwie 11 dni. Różnica jest i w czasie i w cenie. Dla części produktów, które powstają w Chinach ma to znaczenie.

Uruchomienie Nowego Jedwabnego Szlaku będzie mieć wpływ na handel i gospodarkę europejską. Może to mieć charakter negatywny, albowiem już teraz zdecydowana większość kontenerów przewożonych pociągami jedzie z Chin do Europy, w drugą stronę przewoźnicy mają trudności z zapełnieniem składów towarami. Opłacalność transportu z Azji wynika m.in. z tego, że połączenia te są wspierane finansowo przez lokalne rządy chińskich miast. W Europie nikt nie dopłaca do pociągów jadących do Chin. I jest jeszcze generalna reguła, że Stary Kontynent chętnie sprowadza towary z Azji, ale w drugą stronę mało się przewozi. Nic nie wskazuje aby miało się to zmienić.

Wzrost znaczenia transportu kolejowego z Chin do Europy jest bardzo znaczący. Tą metodą przewieziono w 2014 roku o 200 proc. więcej kontenerów niż w roku wcześniejszym. Eksperci są przekonani, że ten silny trend wzrostowy prawdopodobnie utrzyma się w nadchodzących latach. Polska, w postaci PKP Cargo może być beneficjentem tego zjawiska. Niebawem ma powstać spółka joint venture między polskim przewoźnikiem, a chińskim International Zhengzhou Hub, działającym w prowincji Henan. W tym regionie mieszka ponad 100 mln osób, a w promieniu 1,5 godziny jazdy szybkim pociągiem jest kolejne 400 mln mieszkańców.

Jeśli umowa zostanie zrealizowana zgodnie z założeniami, PKP Cargo ma szansę odegrać kluczową rolę w obsłudze przewozów w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Współpraca przewiduje zwielokrotnienie liczby pociągów z Chin do Europy oraz utworzenie centrum logistycznego w Małaszewiczach na granicy polsko-białoruskiej. Przeładunek jest konieczny z uwagi na inny rozstaw szyn w Rosji i krajach byłego ZSRR niż w Polsce. Małaszewicze mogą stać się jednym z najważniejszych terminali obsługujących handel pomiędzy Europą a Chinami.

Obecnie jedynie 3,5 proc. towarów przesyłanych między Chinami a Europą jest transportowanych drogą lądową, choć jest ona tańsza i szybsza niż droga morska. PKP Cargo ekspediuje na tym kierunku 2-3 pociągi tygodniowo. Planuje się, że w następnym roku będzie to jedno połączenie dziennie. Z połączenia skorzystają nie tylko prowincja Henan i Polska, lecz także wszystkie kraje położone na trasie. Od współpracy z Chinami się nie ucieknie. W Polsce działa wiele organizacji biznesowych zainteresowanych kooperacją m.in.: Polsko Chińska Izba Gospodarcza, Polsko Chińska Izba Handlowa, Polsko Chińska Izba Inwestycyjna. Jest szansa, że działalność PKP Cargo nie tylko zwiększy ilość azjatyckich towarów w Polsce, ale okaże się też pomocne w eksporcie na wschód. Oby tak się stało, bo wtedy będzie zysk, nie tylko dla polskiego przewoźnika, ale dla całej gospodarki.

PORTUGALIA

Na zachodnim krańcu Europy leży niewielka Portugalia. Jeśli chodzi o powierzchnię jest to kraj na 110 miejscu na świecie, jeśli chodzi o liczbę mieszkańców 75. Kiedy przyjedzie tam Polak, ciągle ma wrażenie, że jest otoczony przez rodaków, bo ciągle mu się zdaje, że ktoś mówi w jego języku. I rzeczywiście mu się tak zdaje, ponieważ portugalski i polski mimo, że to kraje z dwóch krańców Europy charakteryzuje podobna melodia języka.

Polska jeśli chodzi o powierzchnie jest na 70 miejscu na świecie. Natomiast pod względem ludności na 34 miejscu. W kraju nad Wisłą mieszka trzy razy więcej niż w kraju nad Oceanem Atlantyckim, co zrozumiałe skoro żyją na trzy razy większej powierzchni. To co zbliża Portugalię i Polskę, poza melodią języka, to PKB na osobę, wynoszące odpowiednio 23 tysiące dolarów i 21 tysięcy dolarów.

Portugalczycy z nieznanych powodów (chyba nie chodzi o melodię języka) upodobali sobie Polskę jako Ziemie Obiecaną do inwestowania. W ciągu 10 lat liczba przedsiębiorstw z kraju nad Oceanem Atlantyckim wzrosła z 20 do ponad 150. Są wśród nich Jeronimo Martins (właściciel „Biedronki” największej sieci sklepów spożywczych w Polsce oraz „Hebe” – ponad 100 aptek i sklepów kosmetycznych), banki Millenium i Espirito Santo, przedsiębiorstwo budowlane Mota-Engil i Fuste, linie lotnicze TAP, kancelaria prawna Coelho Ribeiro E Associados niekonwencjonalna agencja reklamowa Duda Ads oraz restauracje Grill & Co i Portucale.

Polscy inwestorzy wykazują wielokrotnie mniejsze zainteresowanie inwestowaniem w Portugalii. Być może dlatego, że polski rynek jest dużo ciekawszy i stanowi atrakcyjniejsze pole do popisu dla kapitału. Jest się nad czym zadumać, zwłaszcza teraz kiedy rozpoczyna się Tydzień Portugalski w Warszawie organizowany przez Polsko Portugalską Izbę Gospodarczą przybliżający Polakom, kraj z drugiego końca Europy, o podobnej melodii języka. Bez względu na to czy jest to realistyczne, marzę, aby zainteresowanie polskich inwestorów działalnością w Portugalii było podobne, co ich u nas.

swiat_wyciety_w_jablku

Powszechnie uważa się, ze jabłecznik to ciasto z jabłkami. Tak też brzmi polska nazwa dla napoju cydr, który wytwarza się z jabłek. Może, aby nie mylić tych dwóch produktów, obecnie dla napitku zaczęto posługiwać się angielskim pochodzeniem słowa. Tak czy inaczej wokół tego napoju robi się coraz głośniej. Nadciąga lato, pora wzmożonego pragnienia, a więc parę słów na temat cydru.

Cydr jest przefermentowanym sokiem z dojrzałych jabłek (bez dodawania cukru!), o wyglądzie od mętnego po klarowny, o zawartości alkoholu od 2 do 7%. Płynny jabłecznik charakteryzuje się świeżym aromatem i słodkawo-kwaskowym smakiem. Sposób wytwarzania zbliżony jest do produkcji piwa i z tym napojem cydr konkuruje. Obserwuje się, z roku na rok, rosnącą popularność cydru. Ciekawe jak ta rywalizacja się zakończy. Moda na niego w Polsce jest nowym zjawiskiem. Pojawiła się kilka lat temu. Dotarła do nas prawdopodobnie z Wielkiej Brytanii, choć cydr jest popularny od Francji po Litwie.

Największym producentem cydru jest Wielka Brytania, ale to w sąsiedniej Irlandii spożywa się najwięcej tego trunku, bo aż średnio 16 litrów rocznie, dzięki czemu udział jabłecznika w rynku alkoholi na Zielonej Wyspie wynosi około 8 proc. Przeciętny Fin wypija 11 litrów jabłecznika. W Wielkiej Brytanii na każdego mieszkańca przypada rocznie 9 litrów tego napitku.

W 2013 roku Polska była największym producentem jabłek w Unii Europejskiej. Oznacza to, że trzeba poszukiwać wszystkich możliwych sposobu na wykorzystanie tych owoców. W Polsce jabłka do produkcji cydru wykorzystuje się od 1996 roku i od tej daty stale zwiększa się ilość wytwarzania tego trunku. To dobra wiadomość, bo zawsze większe korzyści osiąga się ze sprzedaży z sektora przetwórczego. Rośnie też znaczenie Polski jako eksportera cydru.

Teraz okazuje się, że polski jabłecznik „app!cydr”, za sprawą +H2O, będzie też na bieżąco dostępny w największej sieci sklepów spożywczych w Polsce, a to oznacza, że stanie się on powszechnie dostępny dla wszystkich. Bardzo ciekawi mnie, czy będzie on poważnym rywalem dla piwa czy zajmie znaczącą pozycje niszową? Prawdopodobnie już tego lata będzie się można zorientować czy nowy sposób na wykorzystanie polskich jabłek odniesie sukces. Liczę na zyski.