Archiwa tagu: Polska

Był czas spokoju. Wydawało się, że granice Polski są bezpieczne. Niestety agresywne zachowania różnych państw: militarne, polityczne i propagandowe każą uważać, że sytuacja staje się dużo poważniejsza.

Wojna w Gruzji w 2008 r. i pozbawienie tego kraju części terytorium, oderwania wschodniej części Ukrainy oraz aneksja Krymu pokazują, że w najbliższym sąsiedztwie Polski sytuacja staje ryzykowna. Zagrożenia stają się coraz bardziej realne. Co prawda Polska należy do NATO, jednak z tego faktu nie należy wyciągać jednoznacznej przesłanki o bezpieczeństwie. W ubiegłym wieku już padło stwierdzenie ze strony naszych sojuszników, że „nie będą umierać za Gdańsk”.

Trzeba też pamiętać, że pomiędzy członkami NATO wzmagają się podziały, a nawet konflikty (sytuacja polityczna związana z zachowaniem Turcji, ingerencje w wybory, wojna dezinformacyjna, wspieranie partii radykalnych, projekty przemysłowe o charakterze politycznym, takie jak NordStream 2, etc.). To sprawia, że Pakt Północnoatlantycki nie jest obecnie tak pewnym gwarantem bezpieczeństwa jak kiedyś. Aby liczyć na wsparcie ze strony innych trzeba być silnym i atrakcyjnym partnerem, tak, żeby zagrożenie dla Polski było realnym zagrożeniem również dla interesów sojuszników.

Nie ma obecnie pewności, że atak na polskie terytorium lub strategiczne interesy spotka się z oczekiwaną reakcją naszych sojuszników. Czy powtórzyć się może sytuacja z roku 1939? Niestety, w przypadku konfliktu Polska jest zależna od dobrej woli sojuszników – nie dysponuje własnymi zdolnościami militarnymi, żeby odeprzeć atak. Nie jest też w stanie samodzielnie odstraszyć wroga (np. mocarstwa dysponującego bronią atomową) groźbą zadania jej wystarczająco dotkliwych strat by uczynić agresję nieopłacalną. Odstraszanie w polskich realiach musi więc opierać się na zagwarantowaniu sojuszniczej reakcji. Do tego potrzebne jest Polsce wiarygodne militarne narzędzie, które taką reakcję wymusi. Oczywiście ostatnio Ministerstwo Obrony Narodowej przyspieszyło zakupy – choćby w zakresie śmigłowców w Mielcu i zapewnienie o zakupie takowych też w Świdniku, ale to ciągle mało, to niestety odstraszać nie będzie.

Na obecnym etapie rozwoju technologii, uwarunkowań politycznych i możliwości finansowych Polska potrzebuje czegoś więcej – np. rakiet manewrujących przenoszonych przez okręty podwodne. Dysponowanie taką bronią jest możliwe w dwóch przypadkach:

  • odstraszanie przeciwnika poprzez groźbę uderzeń rakietowych, co może zapobiec rozwinięciu się konfliktu,
  • spowodowanie (właśnie dzięki posiadaniu własnej, polskiej zdolności do eskalowania konfliktu) zaangażowania się w rozwiązanie konfliktu sojuszników Polski, przede wszystkim poprzez uruchomienie artykułu 5 traktatu o NATO.

O tym uzbrojeniu mówi się u nas od lat, mało tego Ministerstwo Obrony Narodowej ma gotowe oferty w tym zakresie, ale jakoś tak od lat jest to rozwiązanie odkładane na później.

Odstraszanie (groźba uderzeń rakietowych) jest wiarygodne dla potencjalnego agresora, kiedy ma ono charakter stały. Sprzęt, na którym znajdują się rakiety musi być trudny do zniszczenia, a ewentualne kontrataki muszą być wystarczająco precyzyjne. Wszystkie te kryteria spełniają jedynie okręty podwodne z rakietami manewrującymi. Przed nimi nadal trudno się bronić. Ataki przeprowadzone, przy użycie tego typu broni, na kluczowe cele, przy użyciu rakiet manewrujących, będą miały znaczenie strategiczne, o wiele większe niż siła samych uderzeń. To sprawia, że okręty podwodne z rakietami manewrującymi to idealna broń dla słabszej strony potencjalnego konfliktu, umożliwiające na zmniejszenie dysproporcji w potencjale wobec strony silniejszej.

Stąd też dziwi mnie opieszałość w podjęciu decyzji o uzupełnienie polskiej armii o tego typu rodzaj uzbrojenia. Zwłaszcza, że może to być robione w oparciu o krajową infrastrukturę przemysłową, co oznacza, że środki przeznaczone na ten cel zostaną wydane w Polsce. Będzie mieć to zatem znaczenie zarówno dla potencjału obronnego, jak również rozwoju krajowej gospodarki.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytut Biznesu

Huawei – chińska korporacja o zasięgu światowym budzi mnóstwo emocji. Z jednej strony stała się liderem technologicznym. Z drugiej strony pojawiają się oskarżenia o szpiegostwo zagrożenia dla cyberbezpieczeństwa. Sytuacja zrobiła się gorąca.

Huawei Technologies Co., Ltd.(chin. 华为技术公司) została założona zaledwie 30 lat temu w Chinach. Od roku 2012 jest największym na świecie producentem urządzeń telekomunikacyjnych i drugim co do wielkości po Samsungu, a przed Apple, światowym producentem smartfonów. Teraz zajmuje się pioniersko budową sieci 5G, która ma zrewolucjonizować komunikację elektroniczną.

Już w 2012 roku Stany Zjednoczone i Australia uznały współpracę z Huawei za zagrożenie dla cyberbezpieczeństwa. W sierpniu 2018 roku Donald Trump zakazał administracji rządowej i kontrahentom pracującym na jej zlecenie korzystania z technologii Huawei i ZTE. Również Australia zabroniła jednemu z największych operatorów, pracującemu nad siecią 5G, korzystania z technologii Huawei. Podobny zakaz wprowadziła już praktycznie Japonia. W listopadzie 2018 roku Stany Zjednoczone wezwały swoich sojuszników do tego, by przekonywali lokalne telekomy o zagrożeniach związanych z używaniem smartfonów chińskiego koncernu.

Jednak Niemcy, Francja, Włochy, Portugalia i Szwajcaria wyraźnie oświadczyły, że nie zamierzają wykluczyć Huawei z rynku. Powyższe państwa polegają na własnych analizach i powstrzymują się od restrykcji zakazujących używanie sprzętu Huawei. Być może część krajów europejskich przedkłada rozwój technologiczny nad bezpieczeństwo lub ignoruje ryzyka z tym związane? W tego typu sprawach najważniejsze jest racjonalne rozważanie kwestii zagrożeń związanych z wdrażaniem sieci 5G. Swoje stanowisko w sprawie chińskiego koncernu w lutym 2019 roku zmieniły brytyjskie służby bezpieczeństwa uznając, że „nie ma powodów, by wykluczać Huawei z budowy sieci 5G”.

Pojawiają się zarzuty, że niekorzystna atmosfera tworzona wokół Huawei to echo wojny gospodarczej i rywalizacji technologicznej między Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Cóż wojna, a może raczej agresywna rywalizacja między światowymi mocarstwami jest oczywista. Czy nowoczesne technologie można wykorzystywać do celów szpiegowskich? Oczywiście można. Nawet więcej, one po to są tworzone. Zbieranie Informacji o użytkownikach (jeden z portali społecznościowych za dobrowolne ujawnianie wszystkich informacji przez użytkownika deklaruje wynagrodzenie 20 dol.) i danych biomedycznych takich jak linie papilarne czy zarys twarzy to już fakt. Zatem nie powinno być pytań o Huawei tylko o wszystkie podmioty działające na tym rynku: czy ich produkty i działalność nie zagrażają bezpieczeństwu polskich obywateli? Jeśli zaś powstają obawy w tym zakresie, oczekiwałbym decyzji, które zabezpieczą Polskę przed tego typu ryzykami ze strony wszystkich potencjalnych przedsiębiorstw krajowych i zagranicznych. Takie same reguły gry powinny dotyczyć wszystkich podmiotów na takich samych zasadach.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Pierwszy rozwód w Unii Europejskiej czyli opuszczenie Wspólnoty przez Wielką Brytanię budzi zrozumiałe emocje. Mimo, że ma to się stać już 29 marca 2019 roku, nadal nie wiadomo czy się stanie? Raczej tak, pozostaje jednak jeszcze jedno pytanie będzie to miękki czy twardy brexit?

Tak zwany twardy brexit czy rozstanie bez okresu przejściowego oraz umów gwarantujących łagodzenie skutków rozwodu wielu wydaje się niebezpieczne. W ocenie ekspertów ucierpi na tym brytyjska gospodarka. Będzie to też z pewnością bolesne dla europejskiego budżetu. Z pewnością z ulgą odetchną Niemcy, którym Londynu stała w gardle, choć będą też rozczarowani, że tracą wpływ na sąsiadów z drugiej strony kanału La Manche. Polska martwi się o los swoich obywateli przebywających na Wyspach, których sytuacja już teraz się komplikuje. Warszawa traci też cennego partnera w europejskich rozgrywkach.

Na takich sprawach obecnie koncentrują się dyskusje związane ze skutkami brexitu. Zupełnie inne ryzyka dostrzega Alessandro Profumo dyrektor naczelny włoskiej grupy Leonardo. W wywiadzie udzielonym Sylvii Pfeifer, z dziennika „Financial Times”, ostrzega on przed niebezpieczeństwem podziału broni między Wielką Brytanią i Unią Europejską. Uważa, że „dzisiejszy system obrony nadal jest bardzo fragmentaryczny i nie jest najlepszym sposobem na wydawanie pieniędzy podatników. Im więcej systemów obrony, tym większe koszty one generują. Jeśli Unia Europejska straci Wielką Brytanię jako partnera w tych programach, będzie to strata dla wszystkich.

Jak podaje Agencja Informacyjna „włoska Grupa Leonardo jest jedną z największych europejskich grup zbrojeniowych, obok BAE Systems, Thales i Airbus. Organizacja działa w dziedzinach kosmonautyki, obronności i bezpieczeństwa. Przedsiębiorstwo projektuje i rozwija oraz wytwarza produkty, usługi oraz zintegrowane rozwiązania dla rządów, sił zbrojnych i instytucji, obejmujące następujące obszary operacyjne: powietrzny i lądowy, stoczniowy i morski, przestrzeni i cyberprzestrzeni. Grupa osiąga rocznie ponad 12 miliardów Euro. Przedsiębiorstwo zatrudnia około 45.000 pracowników na całym świecie Leonardo, dawniej znana jak Finmeccanica. W Polsce do Grupy Leonardo należy Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego „PZL-Świdnik” zajmująca się produkcją samolotów i śmigłowców.”

Według Allesandro Profumo twardy brexit „nie będzie miał dużego wpływu na „rachunek zysków i strat grupy Leonardo”. Oznacza, to, że jego opinia o pogorszeniu się bezpieczeństwa europejskiego ma obiektywny charakter, wynikający z neutralnego stosunku do nadchodzących procesów. Wskazuje on również, że negatywne skutki już są widoczne. Przykładem może być program Galileo. W listopadzie 2018 roku Wielka Brytania ogłosiła, że zamierza wycofać się z wojskowych aspektów projektu wartego 10 mld euro, wyrażając obawy, że nie byłaby w stanie wpływać na jego rozwój po brexicie.

Cóż, Unia Europejska została pomyślana jako projekt gospodarczy, które celem było stworzenie potencjału gospodarczego zdolnego do konkurowania na globalnym rynku gdzie prym wiodą Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Indie itd. Gdzieś ta idea się zatraciła i powstała koncepcja stworzenia jednego organizmu politycznego, zarządzanego przez technokratów, nad którymi dominują Niemcy, czasem w kunktatorskich sojuszach z innymi państwami Unii Europejskiej.

To właśnie przemodelowanie idei Unii Europejskiej zaowocowało ideą brexitu, oraz coraz gwałtowniejszymi sporami pomiędzy innymi państwami, znajdującymi się we Wspólnocie. Moim zdaniem to nie Wielka Brytania występuje z Unii Europejskiej tylko dzieje się odwrotnie. Coraz większe konflikty wewnętrzne zakłócają procesy gospodarcze, dla których wymyślono całe przedsięwzięcie. Dlatego Brytyjczycy mówią „dość”. Cieszy to z pewnością globalnych graczy, a szkodzi europejskiej gospodarce. Teraz jak się okazuje, zaczyna zagrażać również europejskiemu bezpieczeństwu.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Media od dłuższego czasu donoszą o złej kondycji niemieckiej armii w kontekście jej wyposażenia. Agencja Informacyjna wręcz pyta: „Czy rzeczywiście Niemcy są gotowy chronić wschodnich partnerów Unii Europejskiej? Jeśli nawet „tak” czy mają takie możliwości? Tutaj coraz trudniej o twierdzącą odpowiedź.”

Cóż, nie czuje się kompetentny do wypowiada się w sprawach wojskowych, a zwłaszcza sojuszy. Niemniej polskie doświadczenia w tej mierze są raczej pesymistyczne. Jeśli zaś chodzi o Niemcy to nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w historii w konfliktach zbrojnych wspierali oni Polskę. Może jednak kiedyś to się zmieni? Mam nadzieję, że nie dojdzie do sytuacji kiedy Polska będzie weryfikowała taką sytuację.

Portal „Wirtualna Polska” donosi: „Gotowość bojowa niemieckiej armii pozostawia wiele do życzenia. Problemy dotyczą też nowego sprzętu wojskowego. Z dostarczonych w ubiegłym roku ponad 70 transporterów nawet połowa nie ma gotowości bojowej. Resort obrony Niemiec ma największe problemy z samolotami transportowymi A400M – z ośmiu sprawnych jest połowa.” Podobna sytuacja dotyczy śmigłowców bojowych typu „Tiger” z roku 2017, z których siedmiu dwa są sprawne i gotowe do użycia, z siedmiu śmigłowców transportowych NH90 tylko cztery. Z czterech nowych myśliwców Eurofighter użyty może być zaledwie jeden. Resort obrony Niemiec ma także problemy transporterem opancerzonym Puma. Informacje te sugerują, że uzbrojenie niemieckiej armii cierpi na jakąś epidemię, bo trudno sobie wyobrazić, żeby w tak wielu sprawach sytuacja wyglądała tak poważnie.

Dlaczego interesują się sprawą kondycja niemieckiej armii? Przede wszystkim ze zdziwienia, że dotyczy najpotężniejszego państwa w Unii Europejskiej. Drugi powód, to pojawiające się w mediach informacje, że polska armia planuje dokonywać zakupów u zachodnich sąsiadów. Stąd rodzi się pytanie „Jaki, albowiem, powinien być sprzęt wojskowy?” Po pierwsze nowoczesny i niezawodny – to warunki łączne. Po drugie: łatwo dostępny i zapewniający bezpieczeństwo serwisowe. Po trzecie: cena – o której trudno dyskutować, bo przeważnie są to informacje objęte tajemnicą handlową, a poza tym sprzęt wojskowy to nie towary w supermarkecie, gdzie stosunkowo łatwo porównywać podobne wyroby różnych producentów.

Przyjmując takie założenia, trzeba szukać przede wszystkim nowoczesnego i pewnego sprzętu wojskowego, najlepiej takiego, który jest produkowany możliwie blisko, co oznacza, że w Polsce. W przypadku wielu maszyn bojowych polski przemysł obronny nie dysponuje wystarczającą wiedzą. Jednak tę można pozyskać w wyniku kooperacji z światowymi gigantami. Przykładem takiego współdziałania może być chociażby, produkujący helikoptery PZL Świdnik należący do Leonardo Helicopters. Czy odkrywam jakąś prawdę? Moim zdaniem nie. Moje konkluzje wydaja mi się oczywiste. Zaskakuje mnie jednak to, że ciągle pojawiają się inicjatywy wskazujące, że sposób myślenia może być inny.

Zyski i straty – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów, Instytut Biznesu

Wicepremier Jarosław Gowina poinformował o zaprzestaniu prac rządu nad projektem tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej. To w zasadzie dobra wiadomość, bo  zawarta w dokumencie koncepcja, krzywdziła część poszkodowanych przez nacjonalizacje dokonane przez komunistów.

Projekt tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej został ogłoszony 20 października 2017 r. Wywołał on ogromne kontrowersje, albowiem nie uwzględniał całej grupy właścicieli przedwojennych majątków, którym władze komunistyczne zagrabiły ich własność. Co więcej, zostali oni zrównani w swych prawach z Niemcami i kolaborantami. Z pewnością to słaba koncepcja dla państwa, które chce uchodzi nie tylko za prawe, ale i sprawiedliwe.

Oświadczenie Wicepremiera Jarosława Gowina sprowokowało Polskie Towarzystwo Ziemiańskie do opublikowania stanowiska w sprawie zaniechania realizacji przepisów pozwalających na uczciwą  reprywatyzacje. Organizacja uważa, że wycofanie się z prac nad ustawą cofa Polskę „do roku 2001, gdy weto ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego zamroziło temat reprywatyzacji na kolejne 17 lat, dopuszczając – poprzez brak regulacji – do stanu niepewności prawnej”. Jej skutkiem pośrednio była możliwa dzika reprywatyzacja czyli arbitralne decyzje urzędników o zwrocie majątków. Dziwnym trafem nieruchomości przekazywano osobom nieuprawnionym, co teraz stało się pożywką dla Komisji Weryfikacyjnej zorganizowanej przez Sejm.

Moim zdaniem, zaniechanie prac nad projektem tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej, biorąc pod uwagę jej patologiczne ułomności, leżące u podstaw jej powstawania, to dobra wiadomość. Jednak z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że to jeszcze bardziej oddala proces uregulowania spraw związanych z komunistyczna nacjonalizacją.

Polskie Towarzystwo Ziemiańskie uważa, że „Państwo Polskie po raz kolejny uchyla się od obowiązku całościowego uregulowania kwestii własnościowych”. Organizacja zwraca się z apelem „do organów władzy o normalizację sytuacji prawnej w taki sposób, aby słuszne roszczenia rzeczywistych spadkobierców mogłyby być procedowane przez sądy i organy administracji z poszanowaniem prawa i interesów wszystkich stron.” Dotyczy to przede wszystkim ujednolicenia oraz odblokowania orzecznictwa i procedur. Polska powinna dążyć choćby do częściowego zadośćuczynienia pokrzywdzonym w wyniku nacjonalizacji, w przeciwnym razie staje dziedzicem całego komunistycznego dorobku.

Agencja Informacyjna w swojej depeszy z 25 maja 2018 roku zauważa, w zasadzie pomijany w dyskursie, aspekt, dotyczący reprywatyzacji, moim zdaniem jednak bardzo ważny: „na nacjonalizacji majątków ziemskich i fabryk, de facto, skorzystały całe pokolenia Polaków. Czy to jednak oznacza, że demokratyczne państwo powinno czuć się komfortowo w roli pasera?” Dla mnie to pytanie ma charakter retoryczny, bo odpowiedź może być tylko jedna: „nie”. Mam jednak wrażenie, że zbyt wielka grupa społeczna skorzystała na nacjonalizacji, dla innych, z kolei, jest to już tylko stan zastany, a elementarne poczucie sprawiedliwości to za mało aby być siłą napędową dla racjonalnych działań zmierzających do naprawienia krzywd. Jeśli moje odczucie jest prawdziwe, to bardzo zła wiadomość dla koncepcji społeczeństwa obywatelskiego, którego nie da się budować bez empatii i szacunku dla własności prywatnej. Dlatego spodziewam się poważnych strat społecznych, których nie da się wyrazić w wartościach finansowych.

Trójmorze to inicjatywa biznesowa, w którą zaangażowały się Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry. Czy ma to być alternatywa czy też wsparcie dla Unii Europejskiej?

Celem Trójmorza jest doprowadzenie do usunięcia niedorozwoju infrastrukturalnego w Europie Środkowo-Wschodniej. Koncepcja bazuje na środkach unijnych. Z tego powodu należy sądzić, że raczej Trójmorze nie będzie rywalizować z Unią Europejską, a tym bardziej stanowić dla niej alternatywy. Ma to być raczej forum koordynacji prac stanowiących przeciwwagę dla Wielkiej Czwórki czyli Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii. Drugim dnem może się też okazać zjednoczenie przeciwko bilateralnemu rozgrywaniu przez Rosję poszczególnych członków Unii Europejskiej przeciwko sobie.

Pierwszym skromny efektem szczytu Trójmorza zorganizowanego w Warszawie było podpisanie umowy o współpracy operatorów z Polski i Chorwacji na rynku LNG. Trudno dziś stwierdzić jak koncepcja Trómorza się rozwinie. Pewne jest jednak, że to dużo ciekawsza koncepcja niż Grupy Wyszehradzkiej, która mimo oczywistych wspólnych interesów uczestników rzadko kiedy potrafi wypracować jakieś wspólne stanowisko.

Blasku pierwszemu szczytowi Trójmorza w Warszawie dodał przyjazd Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Nie była to czysto kurtuazyjna obecność. Prezydent zapowiedział wsparcie wszystkich projektów energetycznych, które będą przeciwdziałać monopolom energetycznym, stanowiącym często poważne narzędzie nacisku politycznego.

Szczyt Trójmorza w zaskakujący sposób kontrastuje z odbywającym się dzień później w Hamburgu szczytem G 20. Odległość między Warszawą, a miastem, w którym obradowali przywódcy dwudziestu najbardziej uprzemysłowionych państw świata wynosi 800 km, niemniej mowa o dwóch sąsiadujących ze sobą krajach, należący do tej samej Unii Europejskiej. W Polsce szczyt Trójmorza był wydarzeniem akceptowanym przez społeczeństwo.  Spotkanie G 20 w Niemczech doprowadziło prawie do wybuchu wojny, w którym ok. 12.000 rozwścieczonych demonstrantów, plądrowało sklepy,  rzucało koktajle Mołotowa, paliło samochody i budowało barykady. W efekcie walk ulicznych obrażenia odniosło ponad 470 policjantów, z 20.000 zmobilizowanych z tej okazji. W kontekście tego, można się zastanawiać jak wielkie różnice obyczajowe i mentalne dzielą poszczególnych członków Unii.

Zupełnie inną rolę w Hamburgu odegrał Donald Trump. O ile w Warszawie był on traktowany prawie jak gospodarza, o tyle w Niemczech Prezydent Stanów Zjednoczonych  znalazł się w opozycji do pozostałych 19 przywódców krajów najbardziej uprzemysłowionych. Tam amerykańska zapowiedź liberalizacji rynku paliw kopalnych nie wywołała nie tylko entuzjazmu, ale nawet zainteresowania. Propozycja została przyjęta co najmniej chłodno. Wydaje się, że te zachowania i reakcje bardzo dobrze demaskują układ relacji gospodarczych na świecie w drugiej dekadzie XXI wieku.

W codziennym ferworze mało kto sobie zdaje sprawę, że Niemcy są dla Polski od ponad 20 lat najważniejszym partnerem handlowym i mają obecnie 26 proc. udziału w polskim eksporcie oraz 22 proc. w imporcie.

W 2015 roku bilateralne obroty w polsko-niemieckim handlu osiągnęły rekordowe 88.500.000.000 euro. Zaledwie jednoprocentowy wzrost obrotów z Niemcami oznacza 430.000.000 euro więcej przychodów dla krajowych producentów. Tylko w zeszłym roku polskie przedsiębiorstwa sprzedały do Niemiec o prawie 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Nadal są to głównie samochody i części do ich produkcji (14,2 proc.), podobnie jak maszyny, meble i inny sprzęt. Bardzo szybko rośnie też eksport produktów rolnych i spożywczych, co jest bardzo ważne dla polskiego rolnictwa.

Głównym motorem ekspansji polskich przedsiębiorców w Niemczech jest właśnie uzyskanie dostępu do nowych rynków i klientów. Znam kilka organizacji, produkujących w Polsce, które z definicji nastawiły się na rynek zachodniego sąsiada, który nie tylko wymaga wyższej jakości, ale jest również gotów za niego zapłacić. W Polsce niestety ciągle głównym kryterium decyzji zakupowych jest niska cena. Nasi przedsiębiorcy w Niemczech doceniają też jakość infrastruktury, innowacyjność, dyscyplinę płatniczą w biznesie i przewidywalność polityki gospodarczej. To dla prowadzenia działalności gospodarczej jest ważne.

Ponad 6.000 organizacji z udziałem kapitału niemieckiego prowadzi w Polsce swoją działalność, zatrudniając około 300.000 osób. Sąsiedzi zza zachodniej granicy są u nas największym inwestorem. Do tej pory Niemcy najbardziej zaangażowali się w Polsce w branży przetwórstwa przemysłowego, co stanowi aż 31 proc. niemieckich inwestycji ogółem. Głównie dotyczy to branży motoryzacyjnej, chemicznej, finansowej i ubezpieczeniowej oraz handlu hurtowego i detalicznego. Znacząca część Polaków nie jest zadowolona z tak znaczącego zaangażowania Niemców w Polsce, choć ma ono poważny wpływ na rozwój naszej gospodarki. Prawdę mówiąc gdyby nie sąsiedzi zza zachodniej granicy sytuacja ekonomiczna u nas wyglądałaby znacznie gorzej. Trudno sobie wyobrazić, kto mógłby ich zastąpić.

Dla Niemców Polska jest dopiero siódmym, co do wielkości partnerem handlowym. Jednak jest to efektem stało awansu, albowiem w 2014 roku była ósma, a w 2013 – jedenasta. Wyprzedzają nas Stany Zjednoczone, Francja, Holandia, Chiny, Wielka Brytania i Włochy. Wszystko wskazuje, że ta tendencja będzie postępować. Może Polacy i Niemcy to nie są dwa bratanki, jednak, pomimo bardzo dużych różnic językowych i historycznych uprzedzeń, te dwa sąsiadujące narody łączy bardzo dużo.

 

 

Historia zakupu francuskich helikopterów Caracali dla polskiej armii dobiegła końca. Od początku, cały proces przetargowy budził nie tylko wielkie emocje, co nie dziwne, biorąc pod uwagę wartość kontraktu, ale również kontrowersje, związane z zagadkowymi zmianami dotyczącymi kryteriów. Ewidentnie ofiarą tego przedsięwzięcia jest były Prezydent Bronisław Komorowski, który firmował swoim nazwiskiem ten projekt i przez to utracił kilkaset tysięcy głosów poparcie w trakcie wyborów.

Kiedy się okazało, że polska armia nie zakupi Caracali, ponieważ Francja nie potrafiła sprostać oczekiwaniom Polski w zakresie offsetu (rodzaj transakcji zawieranej między państwami, w sytuacji gdy jeden z partnerów oczekuje kompensacji za wydatki poniesione na zakupy za granicą), w mediach rozległ się krzyk rozpaczy wydany przez opozycję. Jednak nawet wśród polityków opozycji znalazł się głos rozsądku. Jacek Saryusz-Wolski, eurodeputowany Platformy Obywatelskiej stwierdził, że „każde państwo ma prawo wybierać technicznie, ekonomicznie i politycznie najlepsze uzbrojenie. To są zbyt wielkie pieniądze i zbyt ważne sprawy”. Dodał przy tym, że w dojrzałych demokracjach podobne kwestie nie są poddawane pod debatę publiczną.

Sprawa debaty publicznej, w sprawie uzbrojenia, która, co do zasady, powinna być tajna, napawa dużym niepokojem. Pomijam przy tym aktywność rzeszy dyletantów i domorosłych ekspertów, jednak również bardzo aktywni zapewne byli w tej dyskusji agenci wpływu najrozmaitszych państw, nie tylko tych które produkują helikoptery, lecz również tych, które są zainteresowane, aby polska armia nie miała dobrego uzbrojenie.

Tym, którzy są rozczarowani, że polska armia nie dostanie „świetnych” Caracali przypomnę, że to stare helikoptery, które zostały opracowany w drugiej połowie lat 60. W połowie zeszłego roku sami szefowie Airbus Helicopters, producenta francuskich helikopterów poinformowali, że właśnie przystępują do budowy nowej maszyny, która ma zastąpić Caracala. W kontekście tego, chyba już można otrzeć łzy i cieszyć się, że nie inwestujemy miliardów w zabytki.

Instytut Biznesu, z którym jestem związany, od dwóch lat krytycznie wypowiadał się o procedurze przetargowej jak również o ofercie Airbus Helicopters. Jednak w tej chwili nikt nie czerpie z tego satysfakcji, albowiem straconego czasu nikt nie zwróci. Wszyscy są zmartwieni, że nowy przetarg odsunie zakup helikopterów o kilka lat. Tak wcale być nie musi, albowiem Ministerstwo Obrony Narodowej może dokonać zakupu z wolnej ręki. Pozostają pytania:

  • Czy Minister Antonii Maciarewicz podejmie decyzję o zakupie helikopterów z „wolnej ręki”?
  • Ile będą kosztowały nowe helikoptery?
  • Czy zakupione maszyny okażą się przydatne polskiej armii?
  • I najważniejsze kiedy znajdą się na wyposażeniu polskiej armii?

Jak to będę wiedział, wtedy powiem: czy to zysk czy strata?

Kiedy obserwuję pomysły reklamowe niektórych organizacji, dostrzegam głębokie wyjałowienie lub też pustkę intelektualną. Często odnoszę wrażenie, że brakuje im pomysłu na wyróżnienie się, a bez tego, obecnie, żadna marka nie ma szansy na dostrzeżenie.

Oczywiście są przedsiębiorstwa, które świadomie unikają w swoich reklamach treści. Odwołuję się np. wyłącznie do ceny: „kupuj nasz produkt – tylko teraz tylko za 3.99”. To są jednak zabawy dla przedsiębiorstw, posiadających bardzo duże budżety marketingowe, świadome tego, że ich działalność opiera się wyłącznie na relacji ilość do ceny.

Pomysł na czym można oprzeć strategię marketingową ma Maciej Świrski, Prezes Zarządu Fundacji Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom. Uważa on, że przedsiębiorcy powinni wykorzystać, w swojej narracji marketingowej, propagowanie historii i silnej marki Polski. To ciekawa koncepcja. Oczywiście nie można jej stosować bezkrytycznie i w każdym przypadku. Jest ona jednak warta rozważania. Identyfikowanie produktu z krajem, w którym został wytworzony, z pewnością ma szansę zapaść w pamięć, zwłaszcza wtedy, kiedy klienci mają już jakieś pozytywne skojarzenie z Polska, np. Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Puławski (w Stanach Zjednoczonych) czy Fryderyk Chopin (Chiny i Japonia) itd.

Na takich działaniach może zyskać też Polska, wykorzystując efekt synergii. W ten sposób wzmacnia się przekaz marketingowy. Silna, znana, rozpoznawalna i budząca sympatię Polska będzie z pewnością dobrą trampoliną dla marek, odwołujących się do swoich korzeni i tożsamości.

Kto nie rozumie przeszłości, w przyszłości będzie głupcem. Dlatego warto poznawać historię. Ta, przekazywana w ramach powszechnego obowiązku edukacyjnego, uczy dat i faktów. Jednak nie pozwala wykorzystać tej wiedzy w codziennym życiu. Dlatego dobrze korzystać z innych sposobów poznawania przeszłości. Jednym z nich jest lektura książek beletrystycznych.

Właśnie ukazało się polskie wydanie książki „Róża. Miłość i walka”. Jest to biografia Róży z Sobańskich Chłapowskiej Orłowskiej, napisana przez jej syna Macieja Chłapowskiego. Matka autora była uwikłana w dramatyczną historię XX wieku. Młodość przeżyła w II Rzeczypospolitej, by w czasie II wojny światowej poznać dramatyczny los uchodźcy. Przez Włochy, Portugalię i Anglię dotarła wraz z małymi dziećmi do Argentyny, gdzie na nowo musiała zbudować swój świat. W swej książce Maciej Chłapowski ukazuje życie swojej fascynującej, kosmopolitycznej rodziny. Odkrywa przed czytelnikami niezwykłą kobietę, człowieka o wielkim harcie ducha, ale i ogromnym poczuciu humoru.

Czytając o losach Róży Chłapowskiej, poznaje się też kulisy wielu wydarzeń historycznych,  życie arystokracji w przedwojennej Polsce, dramatyczne wydarzenia II wojny, udział Polaków w alianckim zwycięstwie, wreszcie o złożony świat polskiej emigracji w Ameryce Południowej i życie w czasach szerzącego się peronizmu. Wielka historia okraszona jest anegdotami, opowieściami z życia na wsi oraz wspomnieniami ze spotkań towarzyskich.

„Róża. Miłość i walka” to dokument ukazujący historię polskiego wychodźstwa. Jest opowieścią o dwóch rodzinach, zapisem ich niezwykłych dziejów oraz o wielką daninie krwi, którą przyszło im oddać. Śledząc losy bohaterki i jej rodu, można poznać 150 lat polskiej historii.

Autor Maciej Chłapowski urodził się w 1937 roku w arystokratycznej rodzinie w Polsce. Wraz z częścią familii opuścił kraj, gdy wybuchła II wojna światowa. Osiadł w Argentynie, gdzie w 1955 roku zdał maturę. Studiował w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1960 roku uzyskał licencjat z finansów na Uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku. Przez całe życie pracował w sektorze bankowym. Dziś mieszka w Montevideo w Urugwaju.

Chłapowski rozpoczyna swoją opowieść w 1936 roku, w którym poznali się jego rodzice: Róża Sobańska i Roman Chłapowski. Historia tego spotkania staje się okazją do nakreślenia wcześniejszych losów obydwu rodzin. Autor sięga do XIX wieku i przypomina patriotyczne epizody swojej rodziny, m.in. dzieje prapradziadka – Ludwika Sobańskiego, zwanego również Louisem, masona i prezesa prowincji wołyńskiej Towarzystwa Patriotycznego. Książka opisuje też dzieje kuzyna jego ojca, generała dywizji Dezyderego Chłapowskiego, który podczas Powstania Listopadowego stał początkowo na czele kampanii wojennej przeciwko wojskom carskim na Litwie.

Znaczną część książki zajmują rodzinne losy podczas II wojny światowej. Roman Chłapowski na początku wojny zaangażował się w działalność Zakonu Maltańskiego. Zginął jeszcze we wrześniu 1939 roku, gdy jechał po leki do jednego ze szpitali. Matka autora zdecydowała się na opuszczenie okupowanego kraju. Dzięki wsparciu pracowników włoskiej ambasady w Warszawie, udało jej się uzyskać zgodę Gestapo na wyjazd z Generalnego Gubernatorstwa. O wszystkim dowiedział się polski ruch oporu, który poprosił ją o przekazanie pewnych informacji brytyjskiemu wywiadowi – MI5.

Róża Chłapowska wyjechała najpierw, z dziećmi i swoją matką,  do Wiednia, a potem do Włoch. Tam przez krótki czas pracowała jako aktorka. Jednak dalsza eskalacja działań wojennych zmusiła rodzinę do ewakuacji do Hiszpanii, gdy Niemcy zaatakowały Francję. Tam wyszła za mąż za Karola Orłowskiego. Ostatecznie rodzina osiadła w 1944 roku w Buenos Aires w Argentynie. Dalsza część książki poświęcona jest głównie losom rodziny w nowej ojczyźnie. Sporo cierpkich słów autor poświęca dyktaturze Juana Perona, którą ocenia jednoznacznie negatywnie. Szczególnie krytycznie wypowiada się o peronistowskim kulcie jednostki.

Barwne losy rodu, pokazują jak skomplikowane i przewidywalne wydarzenia mają wpływ na życie człowieka, uzmysławiają też jakie znaczenie ma przywiązanie do tradycji i wartości. Per saldo, jakby nie przysparzało to dramatycznych wydarzeń, zawsze jest to zysk.