Archiwa tagu: Unia Europejska

Z przykrością zauważam, że w polskim systemie podatkowym pełno jest absurdów, które szkodzą przedsiębiorcom, konsumentom, a w konsekwencji również skarbowi państwa. Co więcej cześć systemu jest niezmieniana od lat, a jeżeli rządzący zajmą się zmianami to często tylko mnożą problemy zamiast je rozwiązywać. Takie wnioski płyną z debaty „Podatkowy hamulec czy podatkowe paliwo”, zorganizowanej przez Instytut Staszica i Instytut Studiów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej.

Działanie podatku VAT w Polsce jest wręcz anegdotyczne – inaczej opodatkowana jest woda w butelce, a inaczej woda z kranu. Lód jest również objęty inną stawką. Takich przykładów można mnożyć. W listopadzie 2018 roku Ministerstwo Finansów zadeklarowało chęć uproszczenia systemu. Cel szczytny i słuszny, ale wykonanie pozostawiało wiele do życzenia, na co zwracali resortowi finansów rządowi koledzy z Ministerstwa Rozwoju Wsi i Rolnictwa. Przykładowo „uproszczenie” podatku na soki, nektary i napoje owocowe z wysokim dodatkiem soku polegało na stworzeniu, zamiast jednej, dwóch stawek, na podobne produkty, które do tej pory cieszyły się preferencyjną stawką 5 proc. VAT. Napoje owocowe zdaniem Ministerstwa powinny być opodatkowane stawkę 23 proc. Niższy VAT objąłby również napoje warzywne posiadające w składzie ponad połowę naturalnego wsadu – tylko, że takich produktów w ogóle nie ma na rynku, a więc wymyślono podatek dla fatamorgany.

Dla konsumentów przyjęcie nowych naliczeń VAT oznaczałaby wzrost cen napojów, a także obniżenie zawartości soku. To natomiast w rezultacie oznaczałoby zmniejszenie zapotrzebowania na owoce od sadowników o 150.000 ton, głównie jabłek. Taki spadek popytu byłby tragiczny w skutkach dla sadowników, którzy i tak mama trudności ze sprzedażą swoich owoców po godziwej cenie, a ponadto z rynku zniknęłyby unikalne na skalę światową napoje, które polski przemysł sokowniczy oferował Polakom.

„Dzięki preferencyjnemu podatkowi, została stworzona wyjątkowa na skalę europejską grupa napojów owocowych. Te produkowane w Polsce zawierają min. 20 proc. soku z owoców (średnia to 30 proc.), podczas gdy w krajach Unii Europejskiej to ok. 5-10 proc. Branża sokownicza oparła się inwazji zagranicznych koncernów. Wszystkie wiodące marki w tej kategorii, to firmy polskie. Jedna z czołowych marek światowych zajmuje poniżej 3 proc. rynku polskiego” – Wyjaśniał uczestnikom konferencji Julian Pawlak – Prezes Krajowej Unii Producentów Soków. Jak to mówią? Czego nie wykończą globalne koncerny potrafi wykończyć fiskus…… Jeśli branża upadnie wyschnie jedno ze źródeł dochodów dla skarbu państwa, to kiepski interes.

Równocześnie nowa matryca VAT za wyroby piekarnicze (takie jak chleb) uznała słone przekąski, w tym smażone na głębokim tłuszczu chipsy. W przeciwieństwie do rynku soków, produkcja tego typu żywności to specjalność zagranicznych koncernów. W ten sposób polscy producenci napojów, przez podwyżkę podatku finansowaliby obniżkę VAT dla smażalni chipsów. Wraz z przetwórcami ucierpieliby ich dostawcy. To prowokuje do zastanowienia się, o czyje interesy dba resort finansów?

Według Krzysztofa Krystowskiego – Prezesa Związku Klastrów Polskich „mali i średni przedsiębiorcy są zaniepokojeni planowanymi zmianami podatku VAT. Ich zdaniem, jeżeli zmiany uderzają w duże polskie firmy przemysłu spożywczego, to negatywne skutki natychmiast dotykają także małych i średnich przedsiębiorców. Póki co, pocieszające jest, że Sejm w marcu 2019 roku wstrzymał prace nad propozycją Ministerstwa Finansów, jednak projekt dalej oczekuje na ponowne wprowadzenie do porządku obrad, co oznacza, że podatkowy miecz Damoklesa ciągle może spaść.

Nadgorliwość urzędników ominęła natomiast inny podatek, ważny dla branży spożywczej. Mowa o sposobie naliczania akcyzy od alkoholu. Od października 1982 roku kiedy szalał ze swoim „stanem wojennym” komunista i politruk Wojciech Jaruzelski obowiązuje złudnie brzmiąca „ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi”. Na jej podstawie do dzisiaj podatek jest naliczany od ilości etanolu w litrażu dla alkoholi mocnych, a w przypadku piwa od ilości ekstraktu. Dlatego w Polsce w piwie bywa do 5 razy więcej alkoholu niż w piwach oferowanych w innych krajach Unii Europejskiej. Z analiz wynika, że ilość spożywanego alkoholu jest prawie niezmieniona od 1982 r., ale jest on konsumowany w większym stopniu w formie piwa, które przez konsumentów nie jest uważane za alkohol….. , bo przecież zawiera ekstrakt! I tak to sobie właśnie prosperuje ustawa dbająca o wychowaniu w trzeźwości. Warto też dodać, że rynek piwa w Polsce jest zdominowany przez 3 globalne koncerny….. A zatem to one są beneficjentami naiwności Jaruzelskiego.

Debata wskazała, że polski system podatkowy wymaga zmian wprowadzanych z uwzględnieniem interesu gospodarki narodowej. Urzędnicy Ministerstwa Finansów czeka jeszcze wiele pracy, nim w Polsce będziemy mieli nowoczesny i przyjazny system podatkowy. Ważne jest aby praca ta była wykonywana z głową i na trzeźwo!

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Zgodnie z uchwałą Krajowej Rada Radiofonii i Telewizji media publiczne dostaną od państwa tak zwaną rekompensatę publiczną. Telewizji Polskiej przypadnie 1,12 mld zł, a Polskie Radio tylko 60 mln zł, a ośrodki regionalne PR – w sumie 72,7 mln zł.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zdecydowała o sposobie podziału rekompensaty w wysokości 1,26 mld złotych z tytułu utraconych w latach 2018-2019 wpływów z opłat abonamentowych (z tytułu zwolnienia z płacenia abonamentu wybranych grup społecznych). To wszystko jest przelewaniem „z kieszeni do kieszeni”. Wszystko dlatego, że od lat sprawa abonamentu radiowo-telewizyjnego stanowi aberację. Obecna koalicja rządząca zdaje sobie sprawę z absurdu finansowania mediów narodowych, jednak przez całą kadencję wysmażyła kilka projektów ustaw mających przywróć normalność, w tym temacie, które ze względu na niepraktyczność lub nie brak zgody Unii Europejskiej trafiły do kosza.

Polska ma najbardziej chory system finansowania mediów narodowych, polegający na finansowaniu ich z trzech źródeł abonamentu, reklam i wsparciu państwa. W zamian za to realizuje misję publiczną oraz nie przerywa programów reklamami tak jak robią to prywatni nadawcy. Czyli jest trochę nadawcą publicznym, trochę prywatnym, rywalizuje na rynku komercyjnym, a jednocześnie jest na nim upośledzona. Nikt nie wie co ile w tym jest warte. I tak trwa ten chocholi taniec.

Tymczasem media narodowe, podobnie jak nieistniejący narodowy operator telefoniczny i narodowy bank (nie spełniający podstawowych funkcji) stanowią obecnie rodzaj podstawy cywilizacyjnej tak jak energia, bezpieczeństwo, służba zdrowia, drogi, z czy szkoły, którą powinno zapewniać państwo. Ludzie pytają się na co idą te pieniądze, a więc w przypadku TVP na spektakularne sylwestry, zapewniające powszechną rozrywkę w ten szczególny dzień roku, mecze piłki nożnej, które cieszą się masowym zainteresowaniem, powstawianie kanału anglojęzycznego, edukację historyczną (TVP Historia) itd.

Ostatnio byłem, dzięki zaproszeniu Fundacji XBW Ignacego Krasickiego i Fundacji XX Czartoryskich na premierze filmu „Operacja Saybusch” w reżyserii Rafała Geremka. Dokument opowiada o Niemcach, którzy we wrześniu 1940 roku rozpoczęli planowe wysiedlenia rdzennej ludności polskiej ziemi żywieckiej, do której domów sprowadzali swoich obywateli, zamieszkałych zagarniętych przez Związek Radziecki, na mocy traktatu Ribentrop-Mołotow. Jest to, prawie zupełnie zapomniany dowód na ścisłą współpracę faszystów z tak zwanymi komunistami, którego celem był IV rozbiór Polski. Rosjanie w latach 1940-1941 umożliwiali emigrację ludności pochodzenia niemieckiego z Wołynia, Besarabii Bukowiny i Galicji na tereny okupowane pod hasłem „Heim ins Reich” – „Powrót do Rzeszy”.

W ramach „Operacji Saybusch” pozbawiono domów i majątku 20.000 osób. Polskich górali, których przerzucano na tereny Generalnej Guberni pozostawiając bez żadnego wsparcia. Dodatkowo okupacyjne niemieckie władze wśród miejscowej ludności rozpuszczały plotki, że wygnańcy są kryminalistami. I bez tego zła sytuacja materialna na Mazowszu czy Lubelszczyźnie nie sprzyjały hojności i solidarnego wsparcia dla uchodźców. Ponadto aż 8.000 osób przesiedlono wewnętrznie na terenie Żywiecczyzny, z zadaniem pełnienia przez nich służby dla niemieckich „nadludzi”. Dzieci o cechach „aryjskich” zabierano rodzicom i wysyłano do Rzeszy, aby je odciąć od korzeni i zgermanizować.

Pozbawieni domów nad głową i jakiegokolwiek wsparcia wysiedleni mieszkańcy Żywiecczyzny podejmowali ryzyko powrotów do rodzinnych stron. Podróżowali pieszo, przechodzili wpław rzeki, mając nadzieję, że w swojej małej ojczyźnie uda się im ukryć i przeczekać wojenną zawieruchę. Niestety, jak ujawnia film Rafała Geremka, dla wielu z nich nadzieja ta okazała się płonną – powracających na swoje rodzinne ziemie górali Niemcy po schwytaniu wysyłali na śmierć do obozów koncentracyjnych.

Aktion Saybusch zakończyła się zimą 1940 roku. Przeciwko akcji protestował Generalny Gubernator Hans Frank, twierdzący, iż jego „królestwo” jest przeludnione i nie jest w stanie przyjąć tylu głodnych ludzi. Nie zatrzymało to prowadzenia wysiedleń, tyle, że od 1941 roku Polaków z Żywiecczyzny kierowano do pracy przymusowej w obrębie ziem wcielonych do Rzeszy. Taki los spotkał w sumie kilkadziesiąt tysięcy osób.

Miałem zaszczyt obejrzeć dokument „Operacja Saybusch” na zamkniętym pokazie. Szeroka widownia będzie mogła go zobaczyć dzięki TVP Historia, która zleciła produkcję tego obrazu, realizując nie tylko misję publiczną, bo tę można pojmować w wielkoraki sposób, ale przypominając kolejną czarną stronę historii Niemców i Rosjan podczas II wojny światowej. Publiczność powinna mieć powszechny dostęp do prawdy, a nie tylko do przepisów o gotowaniu, śpiewaniu i tańczeniu. Sądzę, że bez środków publicznych, nie jest to możliwe. I w stronę stabilnego zapewnienie środków dla mediów publicznych, a nie w kierunku pełnej prywatyzacji powinny podążać zmiany.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Finalnym produktem produkcji są śmieci. Jak się zastanowić, to nic w tym dziwnego, gorzej kiedy uświadomimy sobie, że dotyczą świata produkującego dobra jednorazowe!

Jacyś decydenci zaczęli to sobie wreszcie uświadamiać. Czy na pewno? Najpierw Unia Europejska rozpoczęła jaką dziwaczną wojnę z plastikowymi słomkami do napojów. Wyglądało to intelektualny żart mający na celu otumanienie środowisk proekologicznych. Aż 3 kwietnia 2019 roku Parlament Europejski zatwierdził  zakaz sprzedaż wyrobów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych takich jak talerze, sztućce, słomki, patyczki do uszu rączki do balonów. Przepisy mają obowiązywać od 2021 roku. Jak na Unię to bardzo szybko. Wielu osobom to zaimponowało.

Powiem: świetnie! Tylko co z plastikowymi torebkami w sklepach, jednorazowymi plastikowymi opakowaniami żywności, butelkami plastikowymi itd.? Co, w końcu, z wszystkimi produktami gospodarstwa domowego i sprzętem elektronicznym, który często psuje się po roku i którego nie warto naprawiać, bo koszty są zbyt wysokie i go się wyrzuca?

Działania Unii w sprawie zakazu są słuszne, ale nadal przypominają używanie plastra opatrunkowego jako remedium na podrzynane gardło. Parlament Europejski powinien wprowadzić przepisy zakazujące dystrybucji żywności w opakowaniach jednorazowych. Pomijając aspekt ekologiczny, jest też powód zdrowotny, plastik przedostaje się do organizmu człowieka i pozostaje w nim na zawsze. Powinny też pojawić przepisy obligujące producentów do wprowadzania do sprzedaży tylko takich produktów (z pominięciem żywności), które będą się nadawać do eksploatacji co najmniej kilka lat. Wtedy mógłbym rozważyć czy Unia naprawdę zamierza realnie działać na rzecz środowiska czy tylko otumaniać publikę.

Już słyszę tych, którzy krzyczą, że to szaleństwo, że postradałem zmysły i nie rozumiem współczesnej gospodarki. Od razu odpowiadam, rozumiem współczesną gospodarkę i uważam ją właśnie za szaloną. Chęć zysku, obniżania kosztów, szukania najtańszych rozwiązań to obłęd w którym trwamy. Konieczna jest totalna zmiana podejścia do produkcji.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Świat bez plastiku był piękny. Jest nadzieja, że znów kiedyś taki może być. Może to być początek końca z bezmyślną wygodą i początek intelektualnego wyzwania dla przemysłu spożywczego i gastronomicznego.

Na sesji 22-25 października 2018 roku Europosłowie mają głosować nad rezolucją przyjętą 10 października przez komisję ochrony środowiska Parlamentu Europejskiego. Gdyby została przyjęta to po roku 2021 w Unii Europejskiej znikną: plastikowe lekkie torby, talerze, sztućce, słomki, patyczki higieniczne, mieszadełka do napojów i pojemniki do fast foodów i inne plastikowe przedmioty jednorazowe. Można powiedzieć, że to Wielki Krok, ale raczej kroczek i to spóźniony w czasie o dziesięciolecia.

Formalnie Unia Europejska poprzez walkę z jednorazowymi wyrobami chce ratować zwierzęta żyjące w morzach i oceanach. Przyczyną są obliczenia, że 70 procent śmieci w wodach stanowią wyroby z plastiku, z czego jednak 27 procent to sprzęt do połowu organizmów morskich przez rybaków. Jednak rzecz nie jest w procentach tylko skali. Szacuje się, że do wód trafia ponad 8 milionów ton plastiku rocznie, nie licząc sieci rybackich. Problem z plastikiem w wodzie polega na tym, że używając słomki do napoju nie widzimy tego co dzieje się gdzieś daleko w wodzie. Istnieje już tzw. Wielka Pacyficzna Plama Śmieci dryfująca w północnej części Oceanu Spokojnego oraz druga pomiędzy Ameryka Północną i archipelagiem Hawajów. Obydwie są tak wielkie, że są widoczne z kosmosu.

Przyjęcie uchwały będzie przyniesie znaczące zmiany w stylu życia Europejczyków. Przewiduje się, że po rezygnacji z plastikowych wyrobów emisja dwutlenku węgla ma zmaleć 3,4 mln ton. Pytanie co w zamian? Z pewnością przecież muszą powstać nowe rozwiązania, pozwolą funkcjonować przemysłowi gastronomicznemu i spożywczemu. Chyba nikt nie wyobraża sobie, że znikną obiekty oferujące tzw. śmieciowe jedzenie fast foody i jakie koszty dla środowiska mogą wywołać zamienniki.

Jeśli rezolucja zostanie przegłosowa świat, dłuższej perspektywie może stanie się piękniejszy. Jednak należy pamiętać, że państwa, które najbardziej zaśmiecają plastikiem oceany to Chiny, Indonezja, Tajlandia, Wietnam i Filipiny, a one nie należą do Unii Europejskiej i wątpliwe, żeby zastosowały się do jej wewnętrznych przepisów. W działaniach Europosłów dostrzegam też wielką hipokryzję, albowiem walczy ona z jednorazowymi wyrobami plastikowymi, ale już z plastikowymi butelkami nie. Systematyczne picie wody i napojów z takich pojemników jest trujące. Cóż, troska o zwierzęta morskie jest ważniejsza od troski o własnych obywateli. Dzięki piciu z plastikowych butelek część z nich zachoruje  i stanie się klientami przemysłu farmakologicznego.

 Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

Wiele przedsiębiorstw utyskuje, że nie ma pomysłu na prowadzenie społecznej odpowiedzialności biznesu (z ang. corporate social responsibility – CSR), albo nie ma na to pieniędzy. Cóż, wydaje mi się, że to czyste lenistwo umysłowe lub niechęć do podjęcia aktywności na rzecz społeczności.

Weźmy na przykład śmieci….. Śmieci są banalne i w zasadzie nikogo nie interesują. Do czasu….. kiedy, gdzieś w okolicy, powstanie nielegalne wysypisko, albo zapalą się hałdy śmieci, wydzielając toksyczny dym. Polska właśnie zaczęła przeżywać festiwal odpadowy. Media donoszą o tonącej w śmieciach Warszawie. Obawiam się jednak, że problem dotyczy wielu innych miejsc, tylko mniej nagłaśnianych.

Nie z każdym tematem śmieciowym łatwo walczyć. Niektóre sprawy nawarstwiają się przez lata. Przykładem jest historia składowiska przy ulicy Golędzinowskiej w Warszawie. Teren należy do PKP. Od 2015 roku kolejarze walczyli o odzyskanie władztwa nad własną nieruchomością. I w końcu się to udało. Jednak w dalszym ciągu nie wiadomo co zrobić ze składowiskiem? Cóż, najprostsze rozwiązanie to je zlikwidować. Może nie każdy wie, że PKP to spółka skarbu państwa, a te obowiązuje realizowanie zasad społecznej odpowiedzialności biznesu czyli m. in. dbanie o środowisko. Dlatego inercja PKP w tej sprawie mnie zadziwia.

Śmieci będzie coraz więcej i ich odbiór od śmieciotwórców będzie coraz droższy. Unia Europejska dostrzegając gigantyczną skalę zjawiska (choć nie rozumiejąc jego przyczyny) wdrożyła zasady segregacji śmieci. Tutaj pojawia się pole do popisu dla organizacji, które nie mają pomysłu na działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu. Podejmowanie aktywności z zakresu segregacji śmieci, a jeszcze lepiej ograniczenia ich wytwarzania to doskonały obszar działania dla każdej organizacji.

Najwięcej w sprawie problemu śmieciowego może uczynić sam rząd Rzeczpospolitej Polskiej czyli podmiot, który nakazuje swoim spółkom dbanie o działalność zgodną z zasadami społecznej odpowiedzialności biznesu. W jaki sposób? Otóż poprzez wprowadzenie przepisów prowadzących do ograniczenia powstawania śmieci. Pomysł jest prosty, wystarczy nałożyć akcyzę na opakowania jednorazowe, chociażby plastikowe butelki, które łatwo zastąpić szklanymi. Podjęcie takiego działania to wielka ulga dla środowiska, ale również dla konsumentów, ponieważ woda z plastikowych butelek, wydzielających bisfenol A albo bisfenol S, jest szkodliwa dla organizmu. To również ograniczenie wydatków ponoszonych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Tyle dobra przy pomocy JEDNEJ decyzji.

Juliusz Bolek, Przewodniczący Rady Dyrektorów – Instytut Biznesu – „Zyski i straty”

W kapitalistycznym świecie altruizm jest trudny do zrozumienia. Okazuje się jednak, przynajmniej pozornie, że w Polsce lęgnie się on w tzw. domach mediowych.

Kilka dni temu portal wirtualnemedia.pl podał wyniki przetargu Komisji Nadzoru Finansowego, na kampanię ostrzegającą przed kryptowalutami. Zwycięzcą okazał się dom mediowy Media Group, który zaoferował, że gotów jest pracować za 1 zł netto czyli zaledwie 0,000002 proc. prowizji. To z pewnością musi być altruizm, albowiem zakup znaczka pocztowego kosztuje więcej.

Wbrew pozorom, inni oferenci, w większości, byli nieznacznie drożsi, i tak Fabryka Komunikacji Społecznej – 0,03 proc.; Social Art – 0,01 proc.; Mastermind Media – 0,25 proc.; NuOrder – 0,05 proc.; Fabryka Marketingu – 0,6 proc.; Performance Media – 0,5 proc.; ClickAd Interactive – 1 proc.; Value Media – 9,81 proc. To pokazuje, że większość uczestników rynku godzi się uczestniczyć w jakiejś grze pozorów. Proponowane prowizje sugerują, że do pracy w domach mediowych prawdopodobnie muszą dopłacać właściciele, zapewne są to znani filantropii. A może to zwykły dumping? Nie sądzę.

Jeśli to nie KNF płaci domom mediowym za zakup i obsługę kampanii to z pewnością ktoś inny jest sponsorem tego „lunchu”, zgodnie z zasadą, że „nie ma darmoch lunchów”. W rzeczywistości mylące są nazwy sugerujące, że partnerami są „domy mediowe”, a rzeczywistości to bardziej agencje, reprezentujące interesy poszczególnych mediów, które, zapewne, za pozyskanych klientów, od oficjalnych cenników, pośrednikom udzielają znaczących rabatów i to właśnie te wartości stanowią prawdziwy przychód tzw. domów mediowych. Układ się kręci, albowiem klient jest zachwycony, że ktoś może dla niego pracować za złotówkę. (Kłania się barbarzyńskie kryterium najniższej ceny.) Żal tylko, że tak, wydawałoby się, poważna instytucja jak KNF uczestniczy w tego typu naiwnym przedstawieniu.

Klienci, którzy cenią sobie rzetelną obsługę, odpowiadającą ich prawdziwym potrzebom nie akceptują takich praktyk i wybierają brokerów mediowych, którym płacą prowizję lub ustalone wynagrodzenie od zakupionych przestrzeni reklamowych. Ktoś zapewne powie, że to niepotrzebne koszty, albowiem istnieje coś takiego jak „obiektywne wyliczenie kosztu dotarcia do grupy docelowej”. Ta bałamutna teoria od lat budzi w polskim środowisku mediowym największe spory. Wyliczenia  są ustalane na podstawie badań oglądalności, słuchalności i czytelnictwa. Wymyślane są coraz bardziej skuteczne narzędzia, ale nawet w Internecie, gdzie kryterium może być IP użytkownika, okazują się one zwodnicze, czego najlepszych przykładem mogą być skandale Google i facebooka. Wykrycie tych afer w Stanach Zjednoczonych to dowód, że istnieją narzędzia do zwalczania praktyk nieuczciwej konkurencji. Ciekawe co o tym sądzi  polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów?

Kto zleca badania, albo stoi za zleceniem, ten wygrywa największą część tzw. „tortu reklamowego”. Nic zatem dziwnego, że domy mediowe bronią określonego modelu badań, ponieważ, jako „przedstawicie” wybranych mediów, są zainteresowani utrzymaniem status quo. Potrzebują oni takich badań, które uzasadniają wybór mediów, od których otrzymują największe prowizje. Ten proceder uprawiany w Polsce od lat, w wielu krajach Unii Europejskiej uważany jest za nieetyczny, a w Stanach Zjednoczonych wręcz za przestępczy. Cóż, do Europy nadal daleko, a od Ameryki dzieli ocean i rzeczywisty i metaforyczny. Już najwyższy czas, przy pomocy odpowiednich przepisów, również w tym obszarze, przybliżyć Polskę nie tylko do UE i Stanów, ale również do rzeczywistości.

 

 

W maju 2018 roku w życie wchodzi General Data Protection Regulation (GDPR) czyli Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO) Unii Europejskiej. Jego kształt był wypracowywany przez cztery lata. Nowe wytyczne, dotyczące ochrony danych osobowych, są zupełnie nowym podejściem do tego zagadnienia, w stosunku do dotychczas stosowanych praktyk.

Można powiedzieć, że w zakresie nowych unijnych wymogów związanych z przetwarzaniem i przepływem danych osobowych szykuje się prawdziwa rewolucja. Będzie ona dotyczyć wszystkie przedsiębiorstwa gromadzące i wykorzystujące dane osób fizycznych, poczynając od wielkich korporacji po organizacje rodzinne, a nawet np. sklepy internetowe czy salony kosmetyczne itd. Do RODO dostosować się będą też musiały wszystkie (a może przede wszystkim) jednostki  samorządowe oraz cała administracja.

Dyrektywa RODO to wielkie wyzwanie nie tylko dla przedsiębiorców, ale również dla całej branży informatycznej. Warto pamiętać, że obecnie w Polsce brakuje około 50.000 informatyków. Ten niedobór sprawia, że jakość usług bywa na niskim poziomie, a i terminowość często jest zagrożona. Dlatego właśnie rewolucja w ochronie danych osobowych może być trudna do przeprowadzenia. Wypada też powiedzieć, że polska ustawa będąca uzupełnieniem europejskiej dyrektyw RODO ma powstać dopiero w drugiej połowie 2017 r. Czasu jest mało, wyzwanie ogromne.

Są jednak wyjątki. Należy do nich Ciechanów, kiedyś stolica województwa, teraz powiatu. Jest to  pierwsze polskim miastem, które postanowiło dostosować się do dyrektywy RODO. Do realizacji wykorzystano polski system kryptograficzny UseCrypt szyfrujący dane, oparty na autorskiej technologii Hybrid Virtual Key Management (HVKM), która wykorzystuje odpowiednie mechanizmy asymetryczne. Za wdrożenie odpowiada właściciel aplikacji, przedsiębiorstwo Cryptomind SA.

System szyfrujący UseCrypt jest uniwersalny, prosty w obsłudze oraz atrakcyjny cenowo. Pozwala na korzystanie z zasobów chmury IBM, co umożliwia zminimalizowanie nakładów na system i kosztów jego dalszej eksploatacji. Jest to profesjonalny polski systeme szyfrowanego przechowywania danych w chmurze, który uzyskał pozytywną opinię Wojskowej Akademii Technicznej i Państwowego Instytutu Łączności. Rozwiązanie proponowane przez Cryptomind, to prosty, tani, szyfrowany pakiet chmurowy przede wszystkim dla samorządów. Wynika z tego, że istnieją tanie rozwiązania gotowe do rewolucji. Pozostaje pytanie kto wykaże się przezornością i przystąpi do działania już teraz, a nie będzie czekał na ostatnia chwilę?

Trwają prace sejmowej Komisji Śledczej ds. Amber Gold, w której zostało poszkodowanych kilkanaście tysięcy Polaków. Tymczasem w sprawie kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich, w których zostało oszukanych blisko milion polskich rodzin nie budzi praktycznie żadnej wrażliwości polityków i to z żadnej opcji.

Sprawa Amber Gold to historia piramidy finansowej, w której osoba, która nie powinna móc prowadzić działalności gospodarczej, stworzyła znaczące konsorcjum. W pewnym momencie zagroziła interesom narodowego przewoźnika lotniczego i wówczas okazało się, że w prowadzeniu przestępczej działalności nie pomaga nawet zatrudnianie syna premiera.

Z wypowiedzi świadków, zeznających przed Komisją Śledczą,  wynika, że tylko głupcy nie wiedzieli, że Amber Gold to oszustwo. To niezwykła arogancja, ponieważ obraża wszystkich tych, którzy powierzyli, w dobrej wierze, swoje oszczędności piramidzie finansowej i z pewnością nie zrobili tego aby stracić własne pieniądze. Bezczelność wypowiadających takie twierdzenia jest tym większa, że z racji pełnionych funkcji, w przypadku posiadania wiedzy o dokonywam przestępstwie, mieli ustawowy obowiązek powiadomić o tym odpowiednie organy. Jednak nic takiego nie robili, bo jak twierdzili, nie było to w ich kompetencjach. Tymczasem KAŻDY MA OBOWIĄZEK INFORMOWANIA O PRZESTĘPSTWIE nie tylko z racji pełnionej funkcji.

Historia Amber Gold to opowieść o „państwie istniejącym teoretycznie”, która jest interesująca ze względu na pojawiające się w niej nazwisko byłego premiera, a teraz jednej z najważniejszych osób w strukturach Unii Europejskiej. Historia „frankowiczów” jest o wiele mniej seksowna i bardziej nadaje się na łzawą operę mydlaną niż abstrakcyjna opowieść o pokrzywdzonych bogaczach i celebrytach.

W przypadku akceptacji przez państwo, poprzez zezwolenie na taki proceder, udzielania przez banki, działające w kraju, kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich, ofiarami padło około 1.OOO.OOO osób, których celem nie było pomnażanie swojego majątku, tylko spełnienie największego marzenia życia, a jednocześnie pragnienie zaspokojenia najważniejszej potrzeby życiowej czyli posiadania własnego dachu nad głową. Państwowa Komisja Nadzoru Finansowego w przypadku zawierania umów kredytowych w obcej walucie informowała o tzw. ryzyku kursowy, wskazując, że wahania w cenie mogą wynosić do 20 proc. To zapewnienie, oficjalnie prezentowane przez państwową instytucję, wystarczały pożyczkobiorcom, którzy uwzględniali możliwość takiego wzrostu kredytu. Jednak okazało się, że ich kredyty nieoczekiwanie się podwoiły.

„Frankowicze” zaufali państwu polskiemu i zostali przez nie oszukani. Co więcej, w zależności od sytuacji grozi im albo utrata dachu nad głową, niestety bez utraty spłaty toksycznego kredytu lub spłata dwa razy większego zobowiązania niż zakładali. Teraz, w ramach repolonizacji banków, państwo przejmuje banki z toksycznymi kredytami frankowymi, wchodząc, de facto, w rolę pasera. Być może to wyjaśnia, dlaczego w sprawie kredytów frankowych nie powstaje żadna komisja śledcza….

 „Ludzie! Wyngiel przewieźli” – ten okrzyk z filmu „Miś” w reżyserii Stanisława Barei oddaje emocje jakie wiążą się z węglem nazywanym też czarnym złotem. Jego wydobycie stanowi ważną część krajowej gospodarki. W ostatnich latach również z powodów antyekologicznych znalazł się na cenzurowany w Unii Europejskiej.

Węgiel od lat budzi różne emocje. Jego nadmiar, niedobór, koszt wydobycia, jakość, eksport, import – to elementy, które wywołują ciągłe dyskusje. Ostatnio rząd polski znów pokochał węgiel, zdaje się, że bardziej niż elektrownie atomowe. Wydaje się to słuszne z racjonalnego punktu widzenia, albowiem energia atomowa wymaga miliardowych nakładów, a surowiec, który jest pod ziemia  trzeba kiedyś wydobyć. Poza tym, „kopalniany” sposób pozyskiwania energii daje wiele miejsc pracy. Ponadto elektrownie atomowe też budzą wiele kontrowersji, a w niektórych krajach rozpoczęto już program ich likwidacji.

Polskie złoto budzi też wiele emocji w sytuacji kiedy okazuje się, że zamiast kupować krajowy surowiec taniej wychodzi sprowadzać go np. z Czech, Rosji, Kolumbii czy Republiki Południowe Afryki. W takiej sytuacji rodzi się pytanie o sens tego typu działalności gospodarczej?

Aby przeciwdziałać konkurencji Ministerstwo Energetyki przygotowało rozporządzenie. Przeprowadzona przez Instytut Staszica analiza dokumentu prognozuje skutki jakie może przynieść nowe prawo. Przede wszystkim nie jest jasne czy ograniczenia w imporcie, do jakich ma doprowadzić rozporządzenie okażą się skuteczne ze względu na umowy pomiędzy Unia Europejską, WTO i Rosją. Co więcej okazje, że do Polski jest sprowadzany węgiel gruby, którego w kraju brakuje, więc to ograniczenie będzie przeciwko krajowym konsumentom. W wyniku rozporządzenie mogą zniknąć polskie sortownie na wschodniej granicy, a to oznacza likwidację około 2.000 miejsc pracy.

Inicjatywa Ministerstwa Energetyki jest z pewnością potrzebna, aby wprowadzić ład w przestrzeni gospodarczej związanej z produkcją i obrotem węglem w Polsce. Ważne jest jednak również aby podjęte działania były zgodne z intencjami inicjatorów. Instytut Staszica proponuje, aby rozporządzenie zobowiązywało do sortowania węgla w  terminalach na terenie Polski. Szczegółowymi regulacjami, wzorem innych paliw, powinien też być objęty, przeładunek węgla. Warto też rozważyć zastąpienie kryterium grubości węgla, wartościami jego kaloryczności i parametrami ekologicznymi.

Według Instytutu Staszica proponowane rozwiązania pozwolą uszczelnić system obrotu węglem, zwłaszcza objąć kontrolą import ze Wschodu. Zabezpieczone zostaną interesy polskiego przemysłu węglowego i polskiej energetyki. W efekcie podjętych działań jest szansa na minimalizowanie negatywnych skutków dla środowiska. W ten sposób może uda się też uchronić miejsca pracy na wschodniej granicy. Jeśli takie mają być efekty, to warto się pochylić nad zgłaszanymi propozycjami.

 

 

 

Obok Welconomy Forum w Toruniu, Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, Forum Ekonomicznego w Krynicy, w Świnoujściu jest organizowane, przez stowarzyszenie Europe North East International Association, Baltic Business Forum w Świnoujściu. Najbliższa, już ósma, edycja tego wydarzenia już w dniach 14 – 16 września 2016 roku.

Każde spotkanie przedsiębiorców, inwestorów, decydentów i polityków ma swój profil. Baltic Business Forum to jedno z najważniejszych wydarzeń gospodarczych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Forum ma charakter międzynarodowy, jest miejscem spotkań przedstawicieli świata biznesu i polityki z obszaru państw Europy i Azji. Każdego roku w konferencji biorą udział aktualni i byli przywódcy państw świata, ministrowie, przedstawiciele jednostek samorządu terytorialnego, szefowie agend rządowych, a także znani i cenieni eksperci oraz przedstawiciele organizacji pozarządowych.

Gościem honorowym VIII. edycja Baltic Business Forum będzie Republika Turcji, reprezentowana przez delegację rządową oraz licznych inwestorów i menedżerów. W ramach BBF 2016 odbędą się posiedzenia Krajowej Izby Gospodarczej i jej tureckiego odpowiednika TOBB oraz Polsko Tureckiej Izby Biznesu i jej partnera DEIK. Forum zostało podzielone na bloki tematyczne, m.in. Inwestycje, Rynek, Przemysł i energia, Samorządy. Dyskusję rozpocznie temat dotyczący obecności polskich i tureckich firm na rynkach zagranicznych, a także doświadczenia polskich przedsiębiorców, którzy inwestują w Turcji. Na półwyspie Azji Mniejszej obecne są takie firmy jak Selena, Polpharma, Grupa Azoty czy Rafko. W efekcie zaangażowanie polskiego kapitału w Turcji znacząco przewyższa inwestycje tureckie w Polsce, co sprawia, że Turcja jest ważnym partnerem gospodarczym dla Polski.

Turcja jest zaliczana do tzw. krajów nowo uprzemysłowionych, które cechują się dynamicznym rozwojem przemysłów zaawansowanych technologii, ogromnymi zasobami taniej siły roboczej, korzystną polityką podatkową dla obcych inwestorów oraz bardzo dużym tempem wzrostu PKB. Obecnie państwo to, po dziwacznej, nieudanej próbie zamachu stanu, nie mogąc doczekać obiecywanych przywilejów przez Unię Europejską, gwałtowne zbliżyło się do Rosji. W ten sposób kraj ten podważył zaufanie do siebie jako do członka NATO. Ta zmiana w polityce zagranicznej Turcji z pewnością stanie się również żywym tematem wielu dyskusji w Świnoujściu.

Kolejnym ciekawym tematem Forum będzie współpraca gospodarcza portów adriatyckich, bałtyckich i czarnomorskich w regionie, w którym krzyżują się najważniejsze arterie transportu surowców energetycznych, a wraz z nimi – interesy polityczne wielu mocarstw. Organizatorzy Forum dużo miejsca poświęcą też na dyskusję o przyszłości Europy, do której zaprosili młodych przedsiębiorców. W ramach Baltic Youth Forum prelegenci będą się zastanawiać, jak pobudzać przedsiębiorczość i kreatywność młodych.

Dopóki ktoś nie weźmie udziału w jakimś forum gospodarczym, może uważać, że tego typu imprezy to strata czasu i pieniędzy. Kto był takich myśli z pewnością nie ma. Prawda jest też taka, że uczestnicy tego typu imprez to ludzie, którzy bardzo dokładnie umieją liczyć zarówno pieniądze i czas, a co więcej nienależną do rozrzutnych, więc dla nich takie przedsięwzięcia muszą, przynajmniej per saldo, oznaczać zysk.