Archiwa tagu: ustawa

Z przykrością zauważam, że w polskim systemie podatkowym pełno jest absurdów, które szkodzą przedsiębiorcom, konsumentom, a w konsekwencji również skarbowi państwa. Co więcej cześć systemu jest niezmieniana od lat, a jeżeli rządzący zajmą się zmianami to często tylko mnożą problemy zamiast je rozwiązywać. Takie wnioski płyną z debaty „Podatkowy hamulec czy podatkowe paliwo”, zorganizowanej przez Instytut Staszica i Instytut Studiów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej.

Działanie podatku VAT w Polsce jest wręcz anegdotyczne – inaczej opodatkowana jest woda w butelce, a inaczej woda z kranu. Lód jest również objęty inną stawką. Takich przykładów można mnożyć. W listopadzie 2018 roku Ministerstwo Finansów zadeklarowało chęć uproszczenia systemu. Cel szczytny i słuszny, ale wykonanie pozostawiało wiele do życzenia, na co zwracali resortowi finansów rządowi koledzy z Ministerstwa Rozwoju Wsi i Rolnictwa. Przykładowo „uproszczenie” podatku na soki, nektary i napoje owocowe z wysokim dodatkiem soku polegało na stworzeniu, zamiast jednej, dwóch stawek, na podobne produkty, które do tej pory cieszyły się preferencyjną stawką 5 proc. VAT. Napoje owocowe zdaniem Ministerstwa powinny być opodatkowane stawkę 23 proc. Niższy VAT objąłby również napoje warzywne posiadające w składzie ponad połowę naturalnego wsadu – tylko, że takich produktów w ogóle nie ma na rynku, a więc wymyślono podatek dla fatamorgany.

Dla konsumentów przyjęcie nowych naliczeń VAT oznaczałaby wzrost cen napojów, a także obniżenie zawartości soku. To natomiast w rezultacie oznaczałoby zmniejszenie zapotrzebowania na owoce od sadowników o 150.000 ton, głównie jabłek. Taki spadek popytu byłby tragiczny w skutkach dla sadowników, którzy i tak mama trudności ze sprzedażą swoich owoców po godziwej cenie, a ponadto z rynku zniknęłyby unikalne na skalę światową napoje, które polski przemysł sokowniczy oferował Polakom.

„Dzięki preferencyjnemu podatkowi, została stworzona wyjątkowa na skalę europejską grupa napojów owocowych. Te produkowane w Polsce zawierają min. 20 proc. soku z owoców (średnia to 30 proc.), podczas gdy w krajach Unii Europejskiej to ok. 5-10 proc. Branża sokownicza oparła się inwazji zagranicznych koncernów. Wszystkie wiodące marki w tej kategorii, to firmy polskie. Jedna z czołowych marek światowych zajmuje poniżej 3 proc. rynku polskiego” – Wyjaśniał uczestnikom konferencji Julian Pawlak – Prezes Krajowej Unii Producentów Soków. Jak to mówią? Czego nie wykończą globalne koncerny potrafi wykończyć fiskus…… Jeśli branża upadnie wyschnie jedno ze źródeł dochodów dla skarbu państwa, to kiepski interes.

Równocześnie nowa matryca VAT za wyroby piekarnicze (takie jak chleb) uznała słone przekąski, w tym smażone na głębokim tłuszczu chipsy. W przeciwieństwie do rynku soków, produkcja tego typu żywności to specjalność zagranicznych koncernów. W ten sposób polscy producenci napojów, przez podwyżkę podatku finansowaliby obniżkę VAT dla smażalni chipsów. Wraz z przetwórcami ucierpieliby ich dostawcy. To prowokuje do zastanowienia się, o czyje interesy dba resort finansów?

Według Krzysztofa Krystowskiego – Prezesa Związku Klastrów Polskich „mali i średni przedsiębiorcy są zaniepokojeni planowanymi zmianami podatku VAT. Ich zdaniem, jeżeli zmiany uderzają w duże polskie firmy przemysłu spożywczego, to negatywne skutki natychmiast dotykają także małych i średnich przedsiębiorców. Póki co, pocieszające jest, że Sejm w marcu 2019 roku wstrzymał prace nad propozycją Ministerstwa Finansów, jednak projekt dalej oczekuje na ponowne wprowadzenie do porządku obrad, co oznacza, że podatkowy miecz Damoklesa ciągle może spaść.

Nadgorliwość urzędników ominęła natomiast inny podatek, ważny dla branży spożywczej. Mowa o sposobie naliczania akcyzy od alkoholu. Od października 1982 roku kiedy szalał ze swoim „stanem wojennym” komunista i politruk Wojciech Jaruzelski obowiązuje złudnie brzmiąca „ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi”. Na jej podstawie do dzisiaj podatek jest naliczany od ilości etanolu w litrażu dla alkoholi mocnych, a w przypadku piwa od ilości ekstraktu. Dlatego w Polsce w piwie bywa do 5 razy więcej alkoholu niż w piwach oferowanych w innych krajach Unii Europejskiej. Z analiz wynika, że ilość spożywanego alkoholu jest prawie niezmieniona od 1982 r., ale jest on konsumowany w większym stopniu w formie piwa, które przez konsumentów nie jest uważane za alkohol….. , bo przecież zawiera ekstrakt! I tak to sobie właśnie prosperuje ustawa dbająca o wychowaniu w trzeźwości. Warto też dodać, że rynek piwa w Polsce jest zdominowany przez 3 globalne koncerny….. A zatem to one są beneficjentami naiwności Jaruzelskiego.

Debata wskazała, że polski system podatkowy wymaga zmian wprowadzanych z uwzględnieniem interesu gospodarki narodowej. Urzędników Ministerstwa Finansów czeka jeszcze wiele pracy, nim w Polsce będziemy mieli nowoczesny i przyjazny system podatkowy. Ważne jest aby praca ta była wykonywana z głową i na trzeźwo!

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Zgodnie z uchwałą Krajowej Rada Radiofonii i Telewizji media publiczne dostaną od państwa tak zwaną rekompensatę publiczną. Telewizji Polskiej przypadnie 1,12 mld zł, a Polskie Radio tylko 60 mln zł, a ośrodki regionalne PR – w sumie 72,7 mln zł.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zdecydowała o sposobie podziału rekompensaty w wysokości 1,26 mld złotych z tytułu utraconych w latach 2018-2019 wpływów z opłat abonamentowych (z tytułu zwolnienia z płacenia abonamentu wybranych grup społecznych). To wszystko jest przelewaniem „z kieszeni do kieszeni”. Wszystko dlatego, że od lat sprawa abonamentu radiowo-telewizyjnego stanowi aberację. Obecna koalicja rządząca zdaje sobie sprawę z absurdu finansowania mediów narodowych, jednak przez całą kadencję wysmażyła kilka projektów ustaw mających przywróć normalność, w tym temacie, które ze względu na niepraktyczność lub nie brak zgody Unii Europejskiej trafiły do kosza.

Polska ma najbardziej chory system finansowania mediów narodowych, polegający na finansowaniu ich z trzech źródeł abonamentu, reklam i wsparciu państwa. W zamian za to realizuje misję publiczną oraz nie przerywa programów reklamami tak jak robią to prywatni nadawcy. Czyli jest trochę nadawcą publicznym, trochę prywatnym, rywalizuje na rynku komercyjnym, a jednocześnie jest na nim upośledzona. Nikt nie wie co ile w tym jest warte. I tak trwa ten chocholi taniec.

Tymczasem media narodowe, podobnie jak nieistniejący narodowy operator telefoniczny i narodowy bank (nie spełniający podstawowych funkcji) stanowią obecnie rodzaj podstawy cywilizacyjnej tak jak energia, bezpieczeństwo, służba zdrowia, drogi, z czy szkoły, którą powinno zapewniać państwo. Ludzie pytają się na co idą te pieniądze, a więc w przypadku TVP na spektakularne sylwestry, zapewniające powszechną rozrywkę w ten szczególny dzień roku, mecze piłki nożnej, które cieszą się masowym zainteresowaniem, powstawianie kanału anglojęzycznego, edukację historyczną (TVP Historia) itd.

Ostatnio byłem, dzięki zaproszeniu Fundacji XBW Ignacego Krasickiego i Fundacji XX Czartoryskich na premierze filmu „Operacja Saybusch” w reżyserii Rafała Geremka. Dokument opowiada o Niemcach, którzy we wrześniu 1940 roku rozpoczęli planowe wysiedlenia rdzennej ludności polskiej ziemi żywieckiej, do której domów sprowadzali swoich obywateli, zamieszkałych zagarniętych przez Związek Radziecki, na mocy traktatu Ribentrop-Mołotow. Jest to, prawie zupełnie zapomniany dowód na ścisłą współpracę faszystów z tak zwanymi komunistami, którego celem był IV rozbiór Polski. Rosjanie w latach 1940-1941 umożliwiali emigrację ludności pochodzenia niemieckiego z Wołynia, Besarabii Bukowiny i Galicji na tereny okupowane pod hasłem „Heim ins Reich” – „Powrót do Rzeszy”.

W ramach „Operacji Saybusch” pozbawiono domów i majątku 20.000 osób. Polskich górali, których przerzucano na tereny Generalnej Guberni pozostawiając bez żadnego wsparcia. Dodatkowo okupacyjne niemieckie władze wśród miejscowej ludności rozpuszczały plotki, że wygnańcy są kryminalistami. I bez tego zła sytuacja materialna na Mazowszu czy Lubelszczyźnie nie sprzyjały hojności i solidarnego wsparcia dla uchodźców. Ponadto aż 8.000 osób przesiedlono wewnętrznie na terenie Żywiecczyzny, z zadaniem pełnienia przez nich służby dla niemieckich „nadludzi”. Dzieci o cechach „aryjskich” zabierano rodzicom i wysyłano do Rzeszy, aby je odciąć od korzeni i zgermanizować.

Pozbawieni domów nad głową i jakiegokolwiek wsparcia wysiedleni mieszkańcy Żywiecczyzny podejmowali ryzyko powrotów do rodzinnych stron. Podróżowali pieszo, przechodzili wpław rzeki, mając nadzieję, że w swojej małej ojczyźnie uda się im ukryć i przeczekać wojenną zawieruchę. Niestety, jak ujawnia film Rafała Geremka, dla wielu z nich nadzieja ta okazała się płonną – powracających na swoje rodzinne ziemie górali Niemcy po schwytaniu wysyłali na śmierć do obozów koncentracyjnych.

Aktion Saybusch zakończyła się zimą 1940 roku. Przeciwko akcji protestował Generalny Gubernator Hans Frank, twierdzący, iż jego „królestwo” jest przeludnione i nie jest w stanie przyjąć tylu głodnych ludzi. Nie zatrzymało to prowadzenia wysiedleń, tyle, że od 1941 roku Polaków z Żywiecczyzny kierowano do pracy przymusowej w obrębie ziem wcielonych do Rzeszy. Taki los spotkał w sumie kilkadziesiąt tysięcy osób.

Miałem zaszczyt obejrzeć dokument „Operacja Saybusch” na zamkniętym pokazie. Szeroka widownia będzie mogła go zobaczyć dzięki TVP Historia, która zleciła produkcję tego obrazu, realizując nie tylko misję publiczną, bo tę można pojmować w wielkoraki sposób, ale przypominając kolejną czarną stronę historii Niemców i Rosjan podczas II wojny światowej. Publiczność powinna mieć powszechny dostęp do prawdy, a nie tylko do przepisów o gotowaniu, śpiewaniu i tańczeniu. Sądzę, że bez środków publicznych, nie jest to możliwe. I w stronę stabilnego zapewnienie środków dla mediów publicznych, a nie w kierunku pełnej prywatyzacji powinny podążać zmiany.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Newseria donosi: „Rząd dąży do zmniejszenia spożycia alkoholu. Rozważa nowe regulacje i chce promować odpowiedzialną konsumpcję”. Można by to ująć inaczej: „Rząd, pomimo wpływów do budżetu z akcyzy na alkohol, dąży do ograniczenia jego spożycia. Rozważa regulacje, które spowodują, że Polacy będą odpowiedzialnie pić.

Ponoć „rząd pracuje nad przepisami, które mają ograniczać reklamy alkoholu.” Zdaniem Ministerstwa Zdrowia „reklamy piwa prezentują pięknych, zdrowych ludzi pijących właśnie ten napój”. Co w konsumentach powoduje poczucie przyzwolenia społecznego na spożywanie tego trunku.Jeżeli obowiązuje zakaz reklam wódki to, dlaczego mamy godzić się na reklamy równie szkodliwego piwa? Trochę to niesprawiedliwe…

Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA) – konsumpcja czystego alkoholu etylowego wynosi ok. 9,4 litrów rocznie na mieszkańca Polski, co jest poniżej średniej europejskiej. Kiedyś Polacy słynęli z tego, że są jednym z najbardziej rozpitych narodów świata. Cóż, okazuje się, że teraz w tej dyscyplinie lepsze są inne nacje. To wskazuje, że albo problemu, z których rząd chce walczyć nie ma, albo, że chce wykreować populację abstynentów. Jakie skutki przynosi idea prohibicji można się przekonać na przykładzie historii Stanów Zjednoczonych. Osobiście jestem za zniesieniem uprzywilejowanego reklamowania piwa, którego rynek w Polsce jest zdominowany przez dwa koncerny, bo to oznacza, że przepisy te uprzywilejowują de facto dwóch producentów alkoholu.

Dziś, podobno mało który Polak lub Polka wie, że kufel piwa zawiera tyle samo alkoholu etylowego (C2H5OH) co dwa kieliszki wina lub wódki (oczywiście o innej pojemności). Aż 60 proc. wypijanych napojów wyskokowych w kraju przypada na napoje o bursztynowej barwie. Wiara w to, że piwo jest nieszkodliwe dla ciała i umysły ugruntowały międzynarodowe imprezy sportowe z piłką organizowane w Polsce, gdzie w tzw. „strefach kibica” była dopuszczona sprzedaż wyrobów pochodzących z browarów. Cóż przeszkadzało, strefy te nazwać po imieniu  „strefami alkoholików”? Można też ustawo zmienić nazwę tego napoju na synonimy typu „mocz starego pawiana”, „mózgotrzep”, „piwsko” czy   „utrwalacz”.

Dobrze. Jak się chce coś zohydzić to można pójść śladem krajów skandynawskich, gdzie sklepy z alkoholem są bardziej zakonspirowane niż sklepy z mięsem w komunistycznej Polsce. Jeśli ktoś zamierza napiętnować spożywających trunki wyskokowe, to wystarczy rejestrować każdego kupującego alkohol, spisując jego dane tożsamości tak jak dzieje się to w przypadku kart do telefonów komórkowych.

Poważniejszym problemem jest to, że producenci alkoholu zorientowali się, że wzrost sprzedaży następuje w przypadku tzw. smacznych trunków. Dlatego dziś piwo, wino, wódkę, a nawet cydr można kupić o dowolnym smaku. To właśnie dziś napędza popyt na produkty alkoholowe.

Sęk w tym, żeby jednak wydawać na coś pieniądze, dokładniej na promocję odpowiedzialnej konsumpcji. Podczas debaty „Narodowy Program Zdrowia w kierunku odpowiedzialnej konsumpcji alkoholu” zorganizowanej przez redakcję „Gazety Polskiej Codziennie” wszyscy uczestnicy zgodzili się, że czynnikiem bardzo ważnym jest rozsądna, nowoczesna i dostosowana do różnych grup odbiorców edukacja społeczna. Padły też deklaracje o konieczności ograniczenia punktów sprzedaży oraz zmiany przepisów dotyczących reklamowania alkoholu i polityki cenowej. Zdaniem Anety Jóźwickiej, przewodniczącej Komitetu Społecznej Odpowiedzialności Związku Pracodawców Polskiego Przemysłu Spirytusowego, zrewidowania wymaga przestarzała ustawa, która choć pochodzi z lat 80., wciąż reguluje rynek. Mimo wielu nowelizacji jej zapisy nie przystają do obecnych realiów.

Zbigniew Król, Wiceminister Zdrowia podkreślił, że przeciwdziałanie szkodliwemu spożywania alkoholu jest jednym z filarów Narodowego Programu Zdrowia. Obecnie resort mocno skupia się na działaniach, które mają promować odpowiedzialne spożywanie alkoholu. Okazuje się jednak, że Polacy w przeważającej większości spożywają alkohol w sposób odpowiedzialny. Według danych Ministerstwa Zdrowia 12 proc. społeczeństwa nadużywa alkoholu w sposób zagrażający zdrowiu. Mało to czy dużo? Jeśli zagraża zdrowiu, to można przyjąć, że 12 proc. Polaków (w praktyce jest to więcej jeśli odejmie się dzieci) podejmuje działania destrukcyjne, o skutkach podobnych do próby popełnienia samobójstwa. W planach kształtowania odpowiedzialnej konsumpcji alkoholu jest uświadomienie, że pijący mają do czynienia z substancją psychoaktywną.

„Nie wszystko złoto co się świeci” – tak najkrócej można by skomentować poselski projekt zmiany ustawy o prawie farmaceutycznym. Teoretycznie ma rozwiązać problem nierównomiernego rozmieszczenia aptek i poprawić nadzór nad nimi. Tak wynika z uzasadnienia propozycji zmian. Może jednak, zamiast oczekiwanych rezultatów, spowodować chaos na rynku farmaceutycznym, co dla pacjentów będzie skutkować podwyżką leków. To nie jedyne negatywne efekty.

Projekt zmian, w praktyce, wyłącznie, zabezpiecza interesy farmaceutów. Nie ma to żadnego wpływu na poprawę jakości obsługi pacjentów, wręcz przeciwnie. Efektem proponowanej nowelizacji ustawy będzie zmniejszenie konkurencji i prawdopodobnie zmniejszenie ilości aptek. Rozdrobnienie rynku osłabi pozycję  aptekarzy w negocjacjach cenowych z hurtowniami farmaceutycznymi (chyba, że powstaną grupy zakupowe?). To może oznaczać tylko wzrost ceny leków dla pacjentów. Jednocześnie podwyżki cen medykamentów będą wynikiem wyższych kosztów prowadzenia apteki, ze względu, na zakładane w projekcie, ograniczenie ilości placówek do maksymalnie czterech punków.

Powyższe, negatywne skutki nowelizacji ustawy, to jeszcze nie wszystko. Tak daleko idąca ingerencja państwa w strukturę własnościową aptek, jak to przewiduje projekt zmiany ustawy o prawie farmaceutycznym, może być zakwestionowana przez wymiar sprawiedliwości. Prawdopodobnie zapisy będą naruszać zasady rynku wewnętrznego Unii Europejskiej, przez co mogą narazić Polskę na konieczność wypłaty odszkodowań wobec podmiotów, które w wyniku uchwalenia noweli, poniosą straty.

Nowelizacja ustawy o prawie farmaceutycznym zapewne jest potrzebna. Jednak jej brzmienie powinno mieć zupełnie inny charakter. Ilość aptek w Polsce z roku na rok maleje. Jest to trend odwrotny do ilości pacjentów, którzy nie tylko coraz częściej odwiedzają placówki farmaceutyczne, ale także zostawiają tam coraz więcej pieniędzy. Jest to naturalne zjawisko, wynikające z procesu demograficznego jakim jest systematycznie wydłużająca się średnia wieku. Rośnie też zapotrzebowanie na konsultacje w aptekach, a więc chodzi o to aby ilość aptek i profesjonalnej obsługi się zwiększała. Nowelizacja powinna uwzględniać tę tendencję, a nie ją ignorować, albowiem apteki są ważnym elementem sytemu opieki zdrowej. I to powinno być główną myślą przyświecającą projektom zmian ustawodawczych.