Archiwa tagu: Zyski i straty

Jestem fanem patriotyzmu gospodarczego polegającego na dobrowolnej, świadomej konsumpcji. Oznacza to, że klienci rozumieją, że kupując polskie produkty wspierają krajowe przedsiębiorstwa, a w konsekwencji budują dobrobyt ojczyzny. Niektórzy jednak rozumieją to w zbyt uproszczony sposób.

Przykładem niezrozumienia co to jest patriotyzm konsumencki oraz przekroczeniem uprawnień jest tzw. „lista wstydu” opublikowana na stronie internetowej Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Znalazły się na niej zakłady importujące mleko. Wywołało to oburzenie mediów i branży spożywczej, albowiem jest to bezprawna stygmatyzacja, legalnie i zgodnie z normami i przepisami działających, wybranych podmiotów gospodarczych i dziwię się, że tą sprawą nie zajął się jeszcze Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Wyolbrzymiona przez MRiRW sprawa dotyczy importu poniżej 1 proc. prowadzonego w pierwszym kwartale 2020 roku w Polsce skupu mleka, a więc zupełnego marginesu. Co więcej tzw. „lista wstydu”, a może raczej „lista głupoty” (?) została sporządzona na podstawie zestawieniem zgłoszeń o „przybyciu mleka” do przedsiębiorstw spożywczych, a nie jego zakupie. Część zakładów mleczarskich zgłosiła jedynie przybycie mleka, natomiast go nie kupiła, albowiem zajęła się jedynie przetworzeniem surowca dla zagranicznych zleceniodawców, którym dostarczono gotowy produkt. W ten sposób przedsiębiorstwa wykorzystują wolne moce przerobowe.

W sprawie listy MRiRW stanowisko zajął również Instytut Biznesu w wydanym przez siebie stanowisku. Cały tekst dostępny jest pod linkiem: https://instytutbiznesu.com.pl/wp-content/uploads/2020/05/IB-20-05-21-Stanowisko-ws.-publikacji-Ministerstwa-Rolnictwa-i-Rozwoju-Wsi-dot.-rynku-mleka.pdf Podczas lektury dokumentu zaskoczyło mnie, że import dotyczy mleka ekologicznego, którego na polskim rynku po prostu brakuje. „W kraju rośnie zapotrzebowanie na ekologiczne produkty mleczarskie przy jednoczesnym deficycie tego mleka u krajowych producentów, w związku z tym niektórzy przedsiębiorcy decydują się na sprowadzenie ekosurowca z zagranicy.” Jestem bardzo zdumiony tym, że Polska, która uchodzi za kraj rolniczy i która szczyci się bardzo wysoka jakością żywności, ma tak znikomą produkcję mleka ekologicznego.

Opublikowana przez MRiRW lista odbiera urzędowi powagę, udowadnia brak profesjonalnego podejścia do zagadnienia, które podejmuje i szkodzi gospodarce, ponieważ, zamiast wspierać, napiętnuje polskie zakłady mleczarskie, które działają legalnie, odprowadzą należne daniny i tworzą miejsca pracy. Działalność resortu może to zepsuć w ten sposób, że poddane napiętnowaniu przedsiębiorstwa, zmniejszą produkcję, zwolnią pracowników i przestaną płacić podatki. Czy wówczas Ministerstwo będzie dumne ze swojej działalności? Będzie to zysk czy strata? Patriotyzm gospodarczy jest ważny, nie może być jednak ani ślepy, ani głupi.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

„Szczepić się czy się nie szczepić?” –Oto jest pytanie. Na razie nie ma żadnej szczepionki na koronawirusa SARS-CoV-2, więc może pytanie jest bezzasadne, ale istnieje wiele szczepionek na inne bakcyle!

Zdaniem prof. dr hab. n. med. Ernesta Kuchara, który jest Przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Wakcynologii świadomość Polaków w zakresie szczepień ochronnych na tle Europy, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej jest niższa, ponieważ w Polsce cały czas mamy do czynienia z rentą po czasach komunizmu, kiedy to szczepienia były obowiązkowe. Polacy nie podejmowali samodzielnie decyzji o szczepieniach tylko byli do nich zmuszani. Wówczas wyszczepialność była bardzo wysoka, osiągała poziom 95 – 99 procent. Stąd szerzenie świadomości potrzeby szczepień nie było konieczne i zostało zaniedbane”.

Z jednej strony sens i istota szczepień jest w Polsce mało znana, z drugiej strony rośnie ruch antyszczepionkowy. Dla mnie opór przed obowiązkowymi czy przymusowymi szczepieniami jest o tyle zrozumiały, że odpowiedzialność za skutki tego typu profilaktyki spoczywają na pacjencie. To oczywista nie uczciwość państwa, które wymusza i ma roszczenia z tytułu szczepień, ale nie poczuwa się do obowiązków wynikających z ewentualnych negatywnych skutków wynikających ze stosowanego przymusu.

Niezależnie od tego, wiele przemawia za szczepieniami, choć z drugiej strony nie wszystko jest jasne, biorąc pod uwagę, że nic nie zastąpi higieny. Widać to chociażby na przykładzie aktualnej pandemii, w przypadku której nie ma szczepionki. Jedynym orężem w w walce jest higiena!

Oprócz mutującego wirusa grypy i koronawirusa SARS-CoV-2 są też bakterie. Na przykład  pneumokoki (streptococcus pneumoniae – dwoinki zapalenia płuc), które rocznie powodują około 14.500.000 zachorowań oraz 800.000 zgonów u dzieci poniżej 5. roku życia. Z tego też powodu panuje przekonanie, że dorośli nie mogą zakazić się tą bakterią, co niestety nie jest prawdą. Choroba pneumokokowa jest również przyczyną prowadzących do śmierci powikłań u pacjentów w każdym wieku, a w podwyższonej grupie ryzyka znajdują się seniorzy i osoby przewlekle chore.

Polski program szczepień nie nadąża za zmianami demograficznymi. Kończy się on w 19 roku życia. Na świecie pojawił się trend, aby profilaktyka szczepienna obejmowała również dorosłych. Wydaje się to rozsądne, ponieważ profilaktyka, co do zasady, zawsze jest tańsza od leczenia, a to oznacza zysk. Warto też pamiętać, że dotyczy on osób, które w ten sposób nie staną się pacjentami oraz koncernów farmaceutycznych, które czerpią z tego zyski i odciążania służby zdrowia, której zasoby można skierować na pomoc chorym na inne choroby.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Polskim pacjentom grozi bardzo utrudniony dostęp do opieki farmaceutycznej i leków. Wynika to z niezrozumiałej i ryzykownej polityki dla krajowego systemu opieki zdrowotnej prowadzonej przez Naczelną Izbę Aptekarską, której podstawowym zadaniem powinno być zapewnienie wszystkim polskim farmaceutom jak najlepszych warunków pracy. Tylko w takiej sytuacji pacjenci będą mogli czuć się bezpiecznie, a leków i opieki farmaceutycznej im nie zabraknie.

Negatywne skutki działalności samorządu aptekarskiego są już teraz bardzo widoczne. Sytuacja pogarsza się od lat. W Polsce spada liczba aptek. To zła tendencja w sytuacji starzejącego się społeczeństwa, które potrzebuje większej ochrony farmaceutycznej. Od października 2017 roku liczba aptek w całym kraju zmniejszyła się o około 1.200. Likwidacja placówek farmaceutycznych w największym stopniu dotknęła obszarów wiejskich, gdzie dostęp do usług medycznych zwykle i tak jest bardzo utrudniony.

Dla absolwentów szkół średnich farmacja przestaje być atrakcyjnym kierunkiem studiów. To kolejny zawód medyczny, obok lekarzy i pielęgniarek, w którym grożą poważne braki kadrowe. Powód jest bardzo prosty – w tej chwili możliwości rozwoju po uzyskaniu dyplomu farmaceuty i wykonywania zawodu są coraz bardziej ograniczane przez samorząd aptekarski i przede wszystkim sprowadzają rolę farmaceutów do funkcji sprzedawców w aptekach. W 2020 roku sytuacja na rynku aptek może stać się jeszcze trudniejsza, ponieważ podczas styczniowego Krajowego Zjazdu Aptekarzy została przyjęta kontrowersyjna uchwała, na mocy której farmaceuta nie daje rękojmi należytego prowadzenia apteki, jeżeli przystąpi do sieci franczyzowej.

Skoro liczba aptek się zmniejsza, a farmaceutów brakuje, to dlaczego samorząd pozbawia ich możliwości decydowania o przyszłości, tym bardziej, że niewielu młodych ludzi stać na otwarcie, tak zwanej niezależnej apteki, bez wsparcia finansowego – a takie dają właśnie sieci franczyzowe? Farmaceuci prowadzący niezależne apteki i te zrzeszone w sieci skończyli taki sam kierunek studiów – dlaczego tylko jeden z nich, według samorządu, wie jak rzetelnie wykonywać zawód?

Wojewódzki lub Główny Inspektorat Farmaceutyczny mogą z łatwością wstrzymać pozwolenie na prowadzenie pierwszej apteki, jeżeli farmaceuci współpracują z innym podmiotem, m.in. na podstawie wspominanej wcześniej umowy franczyzy. To jawna dyskryminacja farmaceutów, którzy chcą być również przedsiębiorcami, ale ich samorząd, który powinien działać w interesie wszystkich swoich członków, im tego zabrania i pozbawia ich możliwości decydowania o zawodowej przyszłości i wyborze rodzaju działalności.

Uchwała prowadzi do zmniejszenia konkurencji między aptekami w obszarze cen czy dostępności leków dla pacjentów. Z punktu widzenia pacjentów zdrowa konkurencja na rynku aptek jest konieczna do zachowania równowagi rynkowej różnorodności.

W polskim systemie opieki zdrowotnej brakuje lekarzy i pielęgniarki. Zamiast korzystać z wiedzy i doświadczenia farmaceutów i wzmocnić ich rolę w opiece medycznej nad pacjentem – samorząd ogranicza ich rolę.

Franczyza to jeden z podstawowych sposobów rozwijania działalności gospodarczej przez małych polskich przedsiębiorców, którzy w ten sposób zyskują dostęp do finansowania, nowoczesnych rozwiązań technologicznych wsparcie dużej organizacji, szkolenia i rozpoznawalną markę. Z tych powodów franczyza od lat cieszy się dużą popularnością także na bardzo konkurencyjnym rynku aptecznym.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Wszyscy żyją  najnowszym chińskim wynalazkiem ukrytym pod nazwą COVID-19, z którego „atrakcji” skorzystało już kilkaset tysięcy pacjentów. W tym samym czasie niepostrzeżenie na popularności zyskuje inna nowinka z Państwa Środka o wdzięcznej nazwie TikTok, który „zainfekował” już półtora miliarda ludzi na całym świecie.

TikTok to aplikacja mobilna umożliwiająca tworzenie i udostępnianie bardzo krótkich materiałów wideo. Zdecydowana większość treści jest co najmniej durna i polega na robieniu, jak to się mówi „beki”. Co do zasady portal społeczności owy lansuje głupotę, a w zasadzie organizuje światową rywalizację w wulgarności i prymitywizmie. Najwięcej użytkowników jest w wieku 13-25 lat. Przerażające jest to, że to właśnie TikTok obecnie wyznacza trendy lansu i kształtuje gusta młodych ludzi.

Filozofia TikTok polega „tl;dr” – „too long; didn’t read” co po polsku oznacza “za długie, nie przeczytałem”. Filmiki, które można zamieszczać na portalu trwają przeważnie od 15 sekund do minuty. Większościowym właścicielem jest ByteDance, chińskie przedsiębiorstwo praktycznie nie znane poza granicami Państwa Środka, ale wyceniane na 75 miliardów dolarów, co sprawia, ze jest warte tyle co inne światowe organizacje internetowe takie jak Google, Apple czy Facebook.

Ciekawostką jest, że TikTok w samych Chinach znany jest jako Douyin. Jednak to tylko pozór, bo zupełnie inne zasady obowiązują użytkowników w Państwie Środka, a inne w innych krajach. W debacie publicznej prowadzonej w niektórych krajach (m. in. Chinach i Indiach) wyrażane są opinie, wedle których aplikacja przyczynia się do upowszechniania treści bezprawnych, jak np. pornografia. Dostęp do TikTok został zablokowany w Indonezji (w lipcu 2018), Bangladeszu (w listopadzie 2018) oraz Indiach (w kwietniu 2019). Amerykańscy i Australijscy żołnierze mają zakaz używania aplikacji na swoich telefonach służbowych.

Z jednej strony TikTOk jest krytykowany za nieprzestrzeganie praw autorskich. Jednak z drugiej strony portal ma podpisane umowy z wielkimi wytwórniami fonograficznymi i dzięki temu może wykorzystywać fragmenty piosenek, które w ten sposób bardzo zyskują na popularności. To ostatecznie przekłada się na zyski koncernów muzycznych. Wiemy już kto zyskuje na TikToku, a kto traci? Młodzi ludzie, których system wartości się degeneruje.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Opozycja nie może doczekać się nadejścia koronawirusa  COVID-19 do Polski. Według planów ma on być tak fetowany jak powrót Donalda Tuska i zmieść Zjednoczoną Prawicę ze sceny politycznej.

Wygląda na to, że cały dyskurs przeniósł się na płaszczyznę epidemiologiczną. Najlepszą ilustracją jest walka „łokcia” (Marszałek Stanisław Karczewski – PiS) z „kciukiem” (Marszałek Tomasz Grodzki – PO) – obydwaj lekarze. Doszło do tego, że najtęższe głowy zastanawiają się jak myć ręce, aby je umyć? Czy rzeczywiście politycy mają szansę umyć ręce? Dopóki nie ma stwierdzonych przypadków koronawirusa COVID-19 wygrywają rządzący, a jak się pojawi to kto wygra wybory prezydenckie? Joanna Scheuring-Wielgus (Nowoczesna, Teraz, SLD) stwierdziła expresis werbis, że to ta epidemia to prezent poniżej pasa dla Prezydenta Andrzeja Dudy. Wygląda na to, że PiS już w listopadzie 2019 wywołał epidemię w Chinach, aby mieć jakieś pomysły na kompanie wyborczą w 2020 roku. Przypuszczam, że Pani Poseł przecenia możliwości Zjednoczonej Prawicy oraz własne możliwości intelektualne.

Hece polityczne już od dawna przypominają harce pawianów w ogrodzie zoologicznym, więc nic w tym dziwnego. Ciekawsza jest sprawa masek chirurgicznych, których w Polsce brakuje, a na allegro ich ceny osiągają absurdalne ceny. Ponoć są one nieskuteczne w ochronie przed zakażeniem. Dlatego Polska część ich produkcji eksportuje do Chin, bo tam ich stosowanie okazuje pomocne, a kto się pojawi na ulicy bez maski jest natychmiast aresztowany. Żeby było ciekawie, w przychodni, którą odwiedziłem bezpłatnie wręczono mi ich garść. Mało tego mój znajomy zaproponował mi sprzedaż 8 milionów sztuk masek chirurgicznych. Nie komentuję tego, bo już to co napisałem dowodzi obłędu w jakim się znajdujemy.

Zjawisko koronawirusa to przykład zarządzania strachem. Tak budzi się sensację i zmusza do uległości. Warto zauważyć, że choroba jest mniej śmiertelna niż grypa, a ta ostania nikogo nie przeraża. Koronawirus ma okres inkubacji około dwóch tygodni i to jest najtrudniejsze w hamowaniu jego rozprzestrzeniania się. W praktyce identyfikuje się tylko najcięższe przypadki, a prawdopodobnie wiele nie jest identyfikowanych ze względu na łagodne objawy. Być może największym, bo zupełnie nieprzewidywalnym zagrożeniem jest mutacja koronawirusa, z której nie wiadomo co sie może urodzić.

Koronawirus COVID-19 to wspaniały biznes, głównie dla mediów, które mają genialną pożywkę dla budowania sensacji i zwiększania swoich zasięgów. Beneficjentami są zapewne również producenci maseczek chirurgicznych. Podobno ręce zaciera też handel, albowiem Polacy zaczęli już robić zapasy na wypadek epidemii. Przegrywa z pewnością chińska gospodarka, co dobrze rokuje biznesom w innych krajach.

Koronawirusa w Polsce nie ma, albowiem „dopiero 2 marca 2020 roku pojawią się w laboratorium czynniki pozwalające na jego identyfikację” – tak przynajmniej twierdzi lekarka, u której byłem, zaniepokojony przedłużającą się moją, bakteryjną infekcją, zwalczaną antybiotykami. Dowiedziałem się, że skoro leki nie działają to zapewne zakażenie wirusowe. Na wszelki wypadek lekarka wydłużyła mi terapie antybiotykową. I to chyba najlepsza pointa dotycząca przemyśleń w oczekiwaniu na nadejście koronawirusa.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Podatek od przeklnięć, podatek o kichnięć – to już wymyślił dawno temu Papcio Chmiel twórca słynnych przygód Tytusa de ZOO. Rządzący idąc tym tropem zaproponowali „podatek od cukru”. Tylko, że to już nie humorystyczny komiks dla dzieci, a brutalny atak na polskich producentów i konsumentów. Prozdrowotne znaczenie opłaty to wulgarna hipokryzja.

Projekt ustawy wprowadzającej podatek brzmi „ustawa o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów” przewiduje dodatkowe opłaty od napojów zawierających cukier lub inne substancje słodzące lub aktywne. Szacuje się, że z tego tytułu do budżetu państwa wpłynie 2 miliardy złotych. Okazuje się jednak, że cukier, który tak szkodzi ludziom w napojach już takich negatywnych skutków nie wywołuje ani w dosładzanych piwach, czy jogurtach, a nawet dżemach, cukierkach, czy słodyczach! Według twórców projektu ustawy szkodzi on tylko w napojach. Dlatego nie oczekuje się, żeby inne produkty zawierające cukier również zasilały budżet państwa. Oto szczyt hipokryzji.

Wprowadzanie dodatkowych opłat na napoje zawierających cukier lub inne substancje słodzące lub aktywne ma ograniczyć popyt i w ten sposób zmniejszyć konsumpcję. Jednak na tym zabiegu państwo chce zarabiać. Warsaw Enterprise Institute przypomina, że „amerykański instytut badawczy McKinsey Global Institute po przeanalizowaniu 44 rządowych programów zwalczania nadwagi podatkami, stwierdził, że podnoszenie podatku od słodzonych napojów jest najmniej skutecznym ze wszystkich celowych podatków. Przykładowo, w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu podatku od napojów słodzonych cukrem, w okresie od 2015 do 2018 roku spożycie wzrosło o 2,6 proc.” I to tyle w sprawie hipokryzji związanej z proponowaną opłatą.

To jednak nie koniec „podatek od cukru” uderzy w polskich producentów napojów, producentów owoców i rynek pracy. Droższe napoje będą mieć problem z konkurencją zza granicy. Należy pamiętać, że Polska w ramach Unii Europejskiej ma wspólny rynek. W kraju pojawią się napoje z państw ościennych, w których nie ma takich dodatkowych opłat. To spowoduje zmniejszenie produkcji w Polsce, a zatem zmniejszenie plantacji owocowych. Ze względu na import taniego surowca zza granicy już 10 proc. producentów zrezygnowało z upraw. Nowy podatek zwiększy to zjawisko. W efekcie negatywne skutki będą dotyczyć też  rynku pracy. Co prawda bezrobocie w Polsce jest na minimalnym poziomie, jednak poza regionami dużych miast nadal jest wysokie. Plantacje owocowy znajdują się w miejscach, gdzie nie ma przemysłu i jest małe zapotrzebowanie na pracę. Ich brak sprawi, że to będzie jeszcze mniej ofert pracy.

Przeciwko „opłatom cukrowym” protestuje już 9 kluczowych organizacji, reprezentujących sadownictwo i przetwórstwo owoców i warzyw, w tym: Stowarzyszenie Krajowa Unia Producentów Soków, Związek Sadowników RP, Federacja Gospodarki Żywnościowej RP, Stowarzyszenie Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”, Krajowy Związek Grup Producentów Owoców i Warzyw, Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw, Krajowe Zrzeszenie Plantatorów Aronii – Aronia Polska, Krajowe Stowarzyszenie Plantatorów Czarnych Porzeczek oraz Polska Izba Produktu Regionalnego i Lokalnego.  To pokazuje jak bardzo niebezpiecznym pomysłem jest projekt „ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów”, który choć w założeniach ma przynieść same zyski, w rzeczywistości spowoduje poważne straty.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Większość ludzi utożsamia zysk z pieniędzmi. Do takiego stereotypowego myślenia przyzwyczaił fiskus, który tego typu sukcesy opodatkowuje. Wydaje mi się, że jest cała sfera zysków, których Ministerstwo Finansów nie dostrzega i niech tak zostanie, bo w przeciwnym razie i te sfery zostaną opodatkowane!

Dobroczynność kojarzy się z działalnością altruistyczną, charytatywną lub wręcz z rozdawaniem pieniędzy. To podobnie uproszczony sposób myślenia jak w przypadku zysku, który utożsamiany jest wyłącznie z zarabianiem pieniędzy. Kiedy jednak pomyślimy o innych zyskach niż tylko finansowe, to może się nagle okazać, że działalność charytatywna może być bardzo zyskowna!

Powyższe twierdzenie wyjaśnię na przykładzie międzynarodowej wystawie „Radziwiłłowie. Historia i dziedzictwo książąt”, która przez trzy miesiące była eksponowana w Muzeum Narodowym – Pałacu Wielkich Książąt Litewskich w Wilnie na Litwie. O inicjatywnie dowiedziałem się z depeszy Agencji Informacyjnej. Współorganizatorem tego wyjątkowego wydarzenia była polska Fundacja Trzy Trąby, prowadzona przez Macieja Radziwiłła.

Na wystawie „Radziwiłłowie. Historia i dziedzictwo książąt”  znalazło się ponad 350 eksponatów z około 40 muzeów, bibliotek, archiwów, kościołów, klasztorów i prywatnych kolekcji z 7 krajów świata – Litwy, Polski, Białorusi, Ukrainy, Niemiec, Francji i Ziemi Świętej (Jerozolima). Ekspozycję zwiedziło prawie 55.000 osób, zorganizowano ponad 300 wycieczek z przewodnikiem, 105 interaktywnych zajęć edukacyjnych oraz 7 wydarzeń specjalnych. Przedsięwzięcie okazało się wielkim sukcesem

Aby wystawa „Radziwiłłowie. Historia i dziedzictwo książąt”  mogła zostać zrealizowana była konieczna współpraca polskiej i litewskiej strony oraz wielu ludzi w innych krajach. Ta pozytywna działalność przyniosła więcej korzyści (zysku) niż wiele lat działalności dyplomatycznej, której celem jest budowa dobrych relacji pomiędzy Polską i Litwą. 55.000 zwiedzających to liczba osób, które świadomie zapoznało się z historią jednego z najznamienitszych rodów co oznacza, że wrażeniami i wiedzą w wiarygodny sposób podzielą się z wieloma swoimi znajomymi.

Z pewnością koszt zorganizowania wystawy  „Radziwiłłowie. Historia i dziedzictwo książąt”  przewyższył wpływy, ale nie zyski, oczywiście nie te finansowe, ale te niematerialne, a one są dużo więcej warte. Z tego właśnie przykładu wywodzę, że dobroczynność może być zyskowna.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

31 grudnia 2019 roku kończą żywot Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE), prowadzone przez Powszechne Towarzystwa Emerytalne (PTE). Była to jedna z czterech sztandarowych reform rządu koalicji Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności (AWS UW), którego premierem był Jerzy Buzek. Wielka reforma systemu emerytalnego, z perspektywy czasu, okazała się wielkim złodziejstwem…..

Otwarte fundusze emerytalne powstały w ramach reformy systemu emerytalnego w 1999 roku. Miały pozwalać pracującym na gromadzeniem pieniędzy na emeryturę w tzw. II filarze. Fundusze były zarządzane przez PTE. Aby prowadzić taką działalność konieczna była specjalna państwowa koncesja. Otrzymało ją kilkanaście podmiotów, w większości zagranicznych, które z czasem zaczęły się łączyć. Dla osób urodzonych po 1969 roku przystąpienie do OFE było przymusowe. Dotyczyło to kilku mionów pracujących Polaków. Dla PTE był to „cudny biznes”, albowiem towarzystwa pobierały od uczestników OFE opłaty za zarządzanie, które wynosiły w pewnych okresach nawet kilkanaście procent.

Polska reforma emerytalna była wzorowana na pomysłach takich państw jak Peru, Chile i Argentyna, które „w całym wszechświecie znane są z najlepszego zabezpieczania interesów przyszłych emerytów”. PTE reklamowały swoje OFE jako panaceum na wspaniałą emeryturę. I dla garstki managerów, która się przy tym kręciła z pewnością były źródłem zgromadzenia znaczącego kapitału.

Po kilkunastu latach zorientowano się, że środki zgromadzone w II filarze utrudniają powiększanie deficytu budżetu państwa. Wówczas okazało się, że są złe i rząd koalicji Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe (PO PSL), którego premierem był Donald Tusk zredukował składkę jaką można było odkładać w OFE. Potem jeszcze ją bardziej zmniejszył. Przy okazji okazało się, że osoby oszczędzające w II filarze nie są właścicielami własnych pieniędzy lokowanych w OFE. Bezpośrednimi skutkami działania rządu Donalda Tuska było dalsze zadłużanie Polski oraz uwiąd Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, która tuczyła się na składkach przyszłych emerytów.

Niewydarzoną reformę emerytalną dobił rząd Zjednoczonej Prawicy, którego premierem jest Mateusz Morawiecki. Tym co się upierają aby oszczędzać środki, poza Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, który „pożre” każde pieniądze, pozostawiono możliwość gromadzenia pieniędzy na Indywidualnych Kontach Emerytalnych. Zgromadzone tam środki będę jednak na tyle nikłe, że nie będą mieć znaczącego udziału w przyszłych świadczeniach emerytalnych.

Nikt jednak milionom Polaków nie zwróci pieniędzy jakie w świetle prawa pożarły powszechne towarzystwa emerytalne z tyłu prowadzenia OFE. Jest to afera na miarę wyłudzeń VAT, choć liczba winnych jest znacznie mniejsza. Taka piękna katastrofa….. Cóż, nikt się nawet nie kwapi do powołania jakiejś komisji śledczej do wyjaśnienia tej sprawy. Tak to jest kiedy dostaje się koncesję na kradzież…..

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Stosunek Polaków do społecznej odpowiedzialności biznesu (z ang. CSR) jest zróżnicowany. Są jego gorący zwolennicy, głównie ci, którzy zajmują się tą problematyką zawodowo, osoby, które odpowiadają w organizacjach za ten obszar aktywności. Jest tez grupa osób, z definicji kwestionująca ideę scr oraz zapewne większość, która ma albo stosunek obojętny, albo w ogóle nie wie o koncepcji społecznej odpowiedzialności biznesu.

Dla pewności przypomnę, że społeczna odpowiedzialność biznesu, (ang, skrót SCR od corporate social responsibility) to idea, mówiąca o tym, że organizacje w swoje aktywności powinny przestrzegać wszystkie przepisy prawa i norm oraz uwzględniać interesy społeczne i ochronę środowiska, a także relacje z różnymi grupami interesariuszy. Wydatki  z tym związane należy zaliczać jako inwestycję i źródło innowacji, a nie jako koszt.

Teoria społecznej odpowiedzialności biznesu jest piękna i bardzo rozbudowana. Słabiej realizacją tej idei w praktyce. Monitorowanie tego typu działalności zajmuje się serwis informacyjny RaportCSR.pl. Regularnie ogłasza on dostrzeżone przez siebie przejawy społecznej działalności biznesu. „Raport CSR” jest pierwszym tak poważnym projektem wydawniczym w Polsce, zajmującym się popularyzowaniem dobrych praktyk przedsiębiorstw i organizacji. Pierwsze wydanie ukazało się w 2009 r. Do tej pory wyróżniono ponad 70. organizacji.

Właśnie ogłoszono 43. Raport CSR. W tej edycji wyróżniono jedną z najstarszych inicjatyw propracowniczych w Polsce: Konkurs „Pracodawca Godny Zaufania” – organizowany przez Krajową Izbę Gospodarczą, Fundację Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” i Agencję Impressarium. Na jesieni odbył się IX już Konkurs. Laureatami zostali Emitel, PGE Polska Grupa Energetyczna, Benefit Systems, Żabka, Polska Agencja Żeglugi Powietrznej oraz Poczta Polska. Nagroda specjalna trafiła do PwC. Ponadto przyznano wyróżnienia dla przedstawicieli mediów. Dostali je: Anna Popek – dziennikarka i prezenterka telewizyjna oraz Michał Dobrołowicz – dziennikarz RMF FM –.

Raport CSR to nie tylko wyróżnienia. Na przykład w 43 wydaniu przeczytać o „Świątecznych twarzach przedsiębiorców”, czyli o działaniach z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu prowadzonych w okresie świąt bożonarodzeniowych. Tekst „Świętowanie zimowej imprezy w eko atmosferze” poświęcony jest jednej ze znanych sieci handlowych, która kierując się tzw. obyczajową poprawnością, zdecydowała się na nadawanie kontrowersyjnych nazw produktom, o charakterze świątecznym.

Lektura raportów CSR inspiruje do podejmowania nowych inicjatyw z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu, Zwraca uwagę na działania w obszarach ekologii, wolontariatu i akcji pomocowych prowadzonych przez największe polskie i europejskie organizacje. Zachęcam do lektury raportów CSR, albowiem często można poznać świat nieznany, chociaż bardzo ważny dla jakości naszego życia.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Jest realna szansa, że nowelizacji art. 477² kodeksu postępowania cywilnego zabije polski biznes. Nie stanie się to od razu. Zajmie to prawdopodobnie około 5 lat. Przy czym będzie to efekt kuli śnieżnej, czyli kondycja polskiej gospodarki będzie się pogarszać w w postępie geometrycznym.

Pracodawcy nie bardzo zdają sobie sprawę z powagi sytuacji, wywołanej radosną twórczością ustawodawcy. Co do zasady śledzą przepisy dotyczące życia gospodarczego i nie spodziewają się śmiercionośnego uderzenia ze strony nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego. Zauważył to jednak Instytut Biznesu i nawet nagłośnił sprawę w wydanym oświadczeniu, w którym można przeczyć, że „bardzo znacząco została osłabiona pozycja pracodawcy w sporze z pracownikiem, obciążając go dodatkowymi, trudnymi do oszacowania kosztami. Nowelizacja doprowadza relacje pracodawca pracownik do absurdu i podważa całą filozofię zatrudniania jako idei prowadzenia przedsiębiorstwa gospodarczego w celu osiągania zysku.”

Nowelizację kodeksu postępowania cywilnego oraz niektórych innych ustaw (Dziennik Ustaw z 6 sierpnia 2019 r. poz. 1469). Zmiana art. 477² kpc umożliwia sądowi pierwszej instancji orzekającemu przywrócenie pracownika do pracy nałożenie na przedsiębiorcę obowiązku dalszego zatrudniania pracownika do czasu prawomocnego wyroku. Na taki wyrok można czekać nawet dwa lata. Przez ten okres pracodawca musi utrzymywać pracownika, którego sobie nie życzy oraz jego stanowisko pracy. Warto też dodać, że jeśli w końcu sąd przyzna pracodawcy rację to nikt mu nie zwróci poniesionych nakładów. Krótko mówiąc teraz na każdego pracownika przedsiębiorstwo powinno założyć rezerwę na wypadek kosztów związanych ze zwolnieniem w wysokości około 120.000 zł. Prawdopodobnie taniej będzie zbankrutować.

Co ryzykuje zwolniony pracownik wnosząc przeciwko przedsiębiorstwu pozew do sądu? NIC. Może natomiast zyskać zatrudnienie w postaci „świętej krowy” w przedsiębiorstwie, które chciało się go pozbyć. Każde oczekiwanie pracodawcy może ignorować. Każdą uwagę może natychmiast zgłosić do sądu jako próbę mobbingową. W 2018 roku ponad 42.000 byłych pracowników założyło swoim pracodawcom sprawy o niesłuszne zwolnienie. Teraz należy się spodziewać znacznie więcej tego typu pozwów. Sądy nie są z gumy. To oznacza, że znacznie wydłuży się czas orzekania.

Cóż, wprowadzenie tak radykalnych i asymetrycznych regulacji prawnych to istne szaleństwo. Bardzo podwyższa ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu