Archiwa tagu: Zyski i straty

„Tanio kupić, drogo sprzedać” – to jedna z najprostszych porad biznesowych. Trudno wymagać by instytucje państwowe działały jak prywatne przedsiębiorstwo, ale jeżeli to tylko możliwe to dlaczego nie? Niestety, w przypadku systemu poboru opłat drogowych państwo woli mnożyć koszty i ograniczać przychody, a to po prostu się nie kalkuluje.

System myta w Polsce w obecnej formie funkcjonuje od 2011 r., gdy bramownice i urządzenia pokładowe zastąpiły nieefektywne winiety. Wydane wtedy 1.500.000.000 zł zwróciło się bardzo szybko, a sam system poboru opłat w Polsce uznawany jest za jeden z lepszych w Europie. Zasada jest prosta – każda ciężarówka przekraczająca bramownice odprowadza odpowiednią opłatę, która trafia do Krajowego Funduszu Drogowego i tym samym przeznaczona jest na budowę nowych dróg (które w teorii powinny być od razu objęte opłatami) lub modernizację istniejących odcinków.

Gdyby myto było inicjatywą prywatną, biznes byłby prosty – im więcej dróg w systemie, tym więcej przychodów. Koszty to stawianie nowych bramownic, które zwracają się bardzo szybko, a strumień zysków rośnie z każdym przewoźnikiem. Środki trafiają do skarbu państwa, nie tylko od polskich obywateli, ale również od przewoźników zagranicznych – więc myto nie obciąża własnych obywateli. W ten sposób za budowę dróg w Polsce mogliby płacić wschodni przewoźnicy, przejeżdżający przez Polskę do krajów zachodnich. Ten prosty schemat biznesowy był jednak zaniedbywany od 2018 r. Wtedy zarządzanie systemem trafiło do Generalnego Inspektoratu Transportu Drogowego (GITD), który nie powiększył go o żaden nowy odcinek dróg.

Teraz systemem zajmuje się Krajowa Administracja Skarbowa. Prosta zasada zwiększania przychodów i zmniejszania kosztów, niestety również jest obca dla urzędników, którzy zapowiedzieli zmianę technologii poboru opłat. Przez dwa lata państwo nie zwiększało przychodów z systemu, na czym wg. szacunków pozbawiło się 3.000.000.000 zł na budowę dróg. Nowy zarządca mówi natomiast o wdrażaniu nowej technologii, co oznacza, że poniesione w przeszłości pieniądze na inwestycje zostaną zmarnotrawione, a dodatkowo Polska poniesie kolejny wydatek związany z implementacją nowego systemu.

Co więcej, koszt zmiany systemu bramownic na system satelitarny, bo taki chce wprowadzić KAS, to również wydatek dla przedsiębiorstw prywatnych. Państwo wychodzi z błędnego założenia, że wszyscy posiadają smartfony. Jest to błędne założenie szczególnie w dużych organizacjach przewozowych. Kierowcy jako osoby prywatne mogą mieć najnowszy model smartfona, ale sprzęt służbowy to najczęściej telefony starego typu o wytrzymałych obudowach i długim czasie pracy baterii. KAS nie dość, że chce wydać pieniądze podatników na zastąpienie dobrze działającego systemu, to jeszcze wymaga od przedsiębiorstw transportowych inwestycji w nowy sprzęt dla swojej floty. Na takie masowe zakupy telefonów z pewnością zareaguje rynek, widząc masowe zakupy spedycji i odpowiednio podniesie ceny telefonów wymaganych do nowego poboru myta. Skorzystają na tym zagraniczni producenci teleurządzeń, ale na pewno nie polskie filmy transportowe.

KAS stoi przed szansą znalezienia środków na finansowanie budowy dróg w Polsce. Recepta jest prosta – więcej dróg płatnych dla ciężarówek w Polsce. W latach 2011-2018 r. Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad udało się objąć opłatami prawie 4.000. km dróg (choć na początku deklarowano, że będzie ich 7 tys. km). GITD przez dwa lata nie dodała nawet kilometra. Tymczasem w Niemczech przewoźnicy płacą na 52.000. km dróg. Pomijając większą liczbę dróg ogółem, ciężarówki w Polsce jeżdżą na większości odcinków za darmo.

System myta jest najbardziej dziurawy na ścianie wschodniej, czyli najlepszym miejscu by pobierać opłaty od kierowców z Rosji, Ukrainy czy Białorusi nim rozproszą się w różnych kierunkach. Dodajmy, że bramownice mogą być wykorzystane do kontroli przemytu, czy ważeniu pojazdów. Urzędnicy wolą jednak mnożyć koszty, zamiast zwiększać przychody. Co gorsza narzucają nowe koszty innym podmiotom. W kwestii myta przydałoby się podejście bardziej biznesowe, tak by więcej mieć po stronie „ma”, niż „winien”.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Instytutu Biznesu

Polacy starzeją się jako społeczeństwo. Hmm…. Wolałbym określenie, że dojrzewają, dorośleją, albo po prostu żyją coraz dłużej! (Jak to pięknie brzmi.) Uproszczenie dotyczące „starzenia” wynika bardziej z połączenia trzech zjawisk. Lepsze opieki zdrowotnej, zmniejszania się liczby nowych urodzin oraz emigracji znacznej części populacji w wieku rozrodczym.

Dla tematu, o którym teraz piszę istotne jest jednak to, że Polacy żyją coraz dłużej, a przekształcająca się rzeczywistość wymaga od nich dostosowania się do zmieniających się realiów. Jednym z najpoważniejszych ograniczeń staje się tzw. „wykluczenie cyfrowe”. Odpowiedzią na to wyzwanie jest „Senior w internecie” – nowa inicjatywa Urzędu Dzielnicy Praga-Północ. Jej celem jest zwrócenie uwagi na bezpieczeństwo seniorów, którzy decydują się mierzyć z ofertą i możliwościami jakie stwarzają nowe technologie. Partnerem kampanii Jest Instytut Społecznej Odpowiedzialności Biznesu i Zrównoważonego Rozwoju i Instytut Staszica.

Wspieranie seniorów, w opanowaniu podstawowych umiejętności z obsługi nowych technologii komunikacyjnych, w różnym stopniu, jest realizowane od pewnego czasu. Pandemia COVID-19 sprawiła, że osoby po 60 roku życia profilaktycznie powinny ograniczyć swą aktywność towarzyską i unikać sytuacji, w których mogą się zakazić. To oznacza, że powinni unikać opuszczania domu. Taka postawa dotyczy zresztą wszystkich grup wiekowych. Odpowiedzią na tego typu zachowanie jest też rozwój wirtualnej rzeczywistości.

Już nie tylko łączność z rodziną i znajomymi, sprawunki, kontakty z bankami, ale nawet opieka lekarska odbywają się zdalnie. Pomocne są w tym nowe technologie komunikacyjne. Znaczna część rzeczywistości przeniosła się do świata wirtualnego. Okazuje się, że co trzecia osoba powyżej 60. roku życia korzysta aktywnie z komputera i telefonu komórkowego. Wirtualny świat, który ma im ułatwić funkcjonowanie jest jednak pełen niebezpieczeństw.

Kamil Ciepieńko, radny dzielnicy, jeden z pomysłodawców kampanii dla seniorów uważa, że „Internet i cyfryzacja, to słowa, które na stałe weszły już do naszego słownika. Niestety, dla wielu naszych dziadków, ale też rodziców, to co kryje się za ich definicją wciąż stanowi wyzwanie. W przestrzeni publicznej nie brakuje ostrzeżeń przed zagrożeniami w sieci, ale wciąż jest zbyt mało kampanii, które w praktyczny sposób nauczą seniorów, jak bezpiecznie korzystać z dobrodziejstw Internetu.”

Urząd Dzielnicy Praga-Północ przeprowadził warsztat wprowadzający, który poprowadził dr Łukasz Kister, ekspert cyberbezpieczeństwa. Celem było poznanie realnych potrzeb osób starszych, by przygotować program, który będzie spełniał ich oczekiwania. Okazuje się, że prascy seniorzy mają problemy z rozpoznawaniem wiarygodności stron internetowych, m.in. bankowych, chcieliby opanować umiejętność wykonywania przelewów, robienia zakupów on-line. Nie chcą wiedzy teoretycznej i nauki z budowy komputera, chcieliby biegle poruszać się po stronach internetowych, znajdować potrzebne informacje na portalach internetowych, założyć profil zaufany, żeby kontaktować się z urzędem, a nawet aktywnie prowadzić media społecznościowe, przesyłać zdjęcia rodzinie. Instytucje, które współpracują na terenie dzielnicy z seniorami, to m.in. Ośrodek Pomocy Społecznej, Dom Kultury Tu Praga czy Biblioteka Publiczna im. ks. Twardowskiego zbierają opinie i potrzeby, które pomogą organizatorom ułożyć harmonogram warsztatów. Pierwsze warsztaty w ramach kampanii „Senior w internecie” rozpoczną się we wrześniu. Więcej szczegółów na ten temat można znaleźć pod adresem internetowym www.seniorwinternecie.pl

Inicjatywa ciekawa. I sądzę, że warta rozpowszechnienia przez inne podmioty na terenie całej Polski. Oczywiście, należy pamiętać, że świat wirtualny nie zastąpi świata prawdziwego, to tylko proteza.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Agencja Informacyjna donosi o praktykach Związku Aptekarzy Pracodawców Polskich Aptek (ZAPPA) oraz Naczelnej Izba Aptekarska (NIA), które wskazywały „na kwestię niepłacenia podatku dochodowego przez część zagranicznych sieci aptecznych działających na polskim rynku. Obie organizacje wskazywały, że w latach 2015-2019 apteki indywidualne wpłaciły podatek dochodowy w wysokości 1,49 mld zł, a sieci apteczne w wysokości: 218,3 mln zł.” Z informacji Ministerstwa Finansów wynika, że tylko w samym 2019 roku Łączne wpłaty z tytuły danin publicznych w przypadku sieci aptecznych wyniosły 1.105.447.984 złotych, a w przypadku aptek indywidualnych 527.541.406 złotych, czyli dwa razy więcej niż apteki indywidualne.

Przyznam się szczerze, że jestem zmęczony apteczką wojną. Trwa ona już dziesięciolecia. Toczy się ona w trosce o dobro pacjentów. I okazuje się, że to oni są głównymi ofiarami tej wojny. Od wejścia w życie ustawy tzw. „Apteki dla aptekarza” zniknęło ponad tysiąc aptek i punktów aptecznych, w tym wiele na obszarach wiejskich. Ta nazwa jest znamienna, bo apteka ma być dla aptekarza, a nie dla pacjenta! Liczba aptek i punktów aptecznych w Polsce spada nieprzerwanie od października 2017 roku, kiedy łącznie w całym kraju działało ich 14.914. Na koniec grudnia 2019 roku było ich 13.777 (12.573 aptek i 1204 punktów aptecznych). Oznacza to, że w ciągu ponad dwóch lat  w Polsce zniknęło 1.137 placówek aptecznych.

Nikt mi nie wmówi, że im mniej aptek tym lepiej dla pacjenta. Mniej tego typu placówek to za każdym razem gorzej dla chorych. Tym gorzej im maleje dostępność do lekarzy. W czasach pandemii, lekarze stali się wirtualni i praktycznie wielu pacjentów jedyną pomoc mogło dostać od farmaceutów. Na razie pandemia się rozwija, a wojna apteczna trwa i ich ilość maleje.

Obserwuję rynek farmaceutyczny od blisko 30 lat. I stwierdzam, że Im dłużej ustawodawca dociska farmaceutów tym gorzej dla pacjentów. Kiedyś aptekach były dostępne praktycznie wszystkie leki, z wyjątkiem tych rzadko potrzebnych. Teraz nawet jak potrzebuje sól fizjologiczną to farmaceuta obiecuje mi zamówić ją na następny dzień. To oznacza, że to już nie są apteki, tylko punkty zamawiania leków.

Generalnie wojna przebiega pomiędzy indywidualnymi aptekami i sieciami. „W lutym 2020 w Polsce działało 359 sieci aptecznych. Jest to spadek o 38 sieci w porównaniu z lutym 2019 r. Sieci apteczne (za sieć uważa się przedsiębiorstwo posiadające od pięciu aptek w górę) to głównie małe i średnie polskie firmy rodzinne. Według danych liczbowych najwięcej, bo aż 214 z nich, to sieci posiadające od 5 do 9 aptek, kolejne 93 podmioty posiadają od 10 do 19 aptek. 32 sieci posiada od 20 do 49 aptek, 11 sieci posiada od 50 do 99 aptek. Zaledwie 9 sieci posiada ponad 100 aptek na terenie całej Polski. Branża sieci aptecznych w Polsce jest także niezwykle rozproszona – nawet największe z nich mają zaledwie kilkuprocentowy udział w rynku aptecznym.’- Czytam w depeszy Agencji Informacyjnej.

Co oznacza sieć? Że można wystandaryzować usługi, korzystać z efektu synergii, negocjować niższe ceny na leki. Komu i dlaczego na tym zależy aby tak nie było? Oczywiste jest, ze komuś, kto ma z tego zysk, a mnie przeszkadza, że strata jest po stronie pacjentów.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Bardzo lubię i polecam portal www.raportcsr.pl . Często tam zaglądam, ponieważ jest tam mnóstwo aktualnych Informacji na temat społecznej odpowiedzialności biznesu w jednym miejscu. Być może większość czytelników będzie uważać, że temat jest marginalny, ale to właśnie społeczna odpowiedzialność biznesu wskazuje nowoczesne i zdrowe ekonomicznie przedsiębiorstwa i organizacje.

Raz na kwartał portal publikuje Raport CSR (skrót od ang. csr Corporate Social Responsibility– po polsku społeczna odpowiedzialność biznesu). Właśnie ukazała 45 edycja tego dokumentu. Nowy Raport CSR żyje tym czym żyje obecnie większość ludzi na całym świecie czyli pandemii COVID-19. W publikacji jest wiele interesujących informacji na temat kulisów walki polskiego biznesu z epidemią koronawirusa.

W 45 Raporcie CSR jest też mowa o wolontariacie, jako kluczowym działaniu CSR w czasach pandemii. Można także przeczytać o tym jak będzie wyglądała nasza rzeczywistość po ustąpieniu pandemii. 45 Raport CSR informuje również o wspólnych działaniach spółki Emitel i klubu Legia Warszawa, w ramach akcji #gotowidopomocy, a także o wsparciu, jakiego udzieliła Grupa Lux Med osobom, które w wyniku pandemii straciły pracę. W jednym z najbardziej poszkodowanych krajów Europy, we Włoszech, w pomoc mieszkańcom włączył się koncern Leonardo, użyczając m.in. swoje śmigłowce i samoloty. Cały 45 Raport CSR jest dostępny w wersji elektronicznej pod adresem www.raportcsr.pl/raport-csr/

45 Raportowi CSR towarzyszyła debata on-line, zorganizowana wspólnie z „Super Biznes”, dodatkiem ekonomicznym Super Expressu. W dyskusji udział wzięli udział: Anna Janiczek – prezes PZU Zdrowie; Artur Łakomiec – prezes Gemini Polska oraz prof. Piotr Skarżyński – członek zarządu Międzynarodowego Towarzystwa Telemedycyny i e-zdrowia oraz członek zarządu Centrum Mowy i Słuchu Medincus. Debatę można obejrzeć tutaj: https://superbiz.se.pl/wiadomosci/pandemia-koronawirusa-cyfrowa-rewolucja-dla-pacjentow-aa-7hEb-V6EC-7wwq.html

W każdej edycji portal RaportCSR wyróżnia przedsiębiorstwa, które wyróżniają się na polu społecznej odpowiedzialności biznesu. Laureatami 45 edycji zostały Gemini Polska za działania na rzecz pacjentów, wsparcie szpitali i domów opieki społecznej w czasie pandemii koronawirusa w Polsce i Związek Pracodawców Klastry Polskie za skuteczne wykorzystanie swojego potencjału naukowego, przemysłowego oraz badawczego w walce z skutkami kryzysu wywołanego przez COVID-19. W poprzedniej wydaniu doceniono Żabka Polska, Huawei oraz Caritas Polska. Wcześniej nagrodzono m. in.: PKN Orlen, Maspex, Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu, PKP Cargo, Fundacja OnkoCafe wraz z firmą Novartis, Fundacja PGNiG im. Ignacego Łukaszewicza, KGHM Polska Miedź, PKP Energetyka, Grupa Ferrero oraz spółka Emitel.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Nie wiem skąd rodzą się ciągle nowe pomysły aby za wszelką cenę zalegalizować bezprawie i przeciwstawiają się naprawianiu krzywd dokonanych przez komunistyczny system Polski Ludowej. Tak właśnie można oceniać trwający już od dziesięcioleci chocholi taniec i grę pozorów w sprawie reprywatyzacji majątków zagrabionych w latach 40. i 50. XX wieku.

Ostatnio doszło w tej sprawie nawet do poplątania pojęć, poprzez utożsamianie postulatów reprywatyzacyjnych z handlem roszczeniami, podczas kiedy to są zupełnie różne sprawy. Komunistyczni pogrobowcy, chcą przede wszystkim zamknięcia sprawy poprzez ostateczną legalizację bezprawia Polski Ludowej. To byłoby ich historyczne zwycięstwo, potwierdzające słuszność dokonanej grabieży. Obóz rządzący też ma w tej sprawie dosyć osobliwe stanowisko, które wyraża się w tym, aby sprawę zamknąć możliwie jak najszybciej, choć niekoniecznie sprawiedliwie. Mimo tylu lat brakuje chęci uczciwego podejścia do tematu reprywatyzacji. Widać w tym zakresie brak elementarnej empatii i potrzeby naprawiania krzywd. Boje się, że w tle jest również myślenie, że nie warto niczego oddać, bo niby dlaczego?

Odpowiedź akurat jest prosta. Przypomina o tym stare przysłowie „kradzione nie tuczy”, a właśnie tak powinno się nazwać kradzież dokonaną przez komunistów pod kryptonimem „nacjonalizacji”. Więcej jeśli Polska nie rozliczy się z pokrzywdzonymi w rzetelny, uczciwy i sprawiedliwy sposób to nazywanie jej paserem będzie niestety uzasadnione.

Oczywiście sprawa zwrotu majątków zagrabionych przez komunistów jest skomplikowana. Przez 80 lat część z nich przeszła znaczące przemiany. Część zyskała na wartości, część straciła, część zniknęła czy została zniszczona. Niektóre są wykorzystywane w ważny społecznie sposób. To wszystko jednak tylko wymówki, bo jak mówi inne bardzo mądre powiedzenie: „kto chce szuka sposobu, kto nie chce szuka powodu”. Sposób w tym przypadku byłby sukcesem, a powód klęską.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Pandemia i wywołany nią kryzys w 2020 roku, zdaniem ekspertów od zarządzania zasobami ludzkim, zmienił układ sił na rynku pracy. Przeważa opinia, że znów pracodawcy zyskali przewagę negocjacyjną nad zatrudnionymi. Kiedy jednak rozmawia się z osobami, które zajmują się kapitałem ludzkim pojawiają się opinie, że trudno mówić kto dominuje na rynku pracy, w sytuacji kiedy brakuje pracowników o oczekiwanych kompetencjach i kwalifikacjach.

Potwierdza to ciekawy przypadek Grupy KGHM, która zatrudnia około 30.000 pracowników. Pozycjonuje to koncern w pierwszej dziesiątce największych polskich pracodawców. Średnie zarobki w KGHM to około 9.000 zł, grubo powyżej średniej krajowej. Sprawia to, że jest to jeden z najbardziej pożądanych pracodawców. Jednak koncernowi mimo wysokiej pozycji i dobrej opinii jako pracodawcy, stale brakuje kompetentnej i wykwalifikowanej kadry. Potrzebni są pracownicy o specjalnych o kompetencjach, a takich jest po prostu mało.

KGHM z niedoborami radzi sobie w ten sposób, że aktywnie działa na rzecz wdrażania gospodarki 4.0. Przede wszystkim roboty zastępują ludzi, w realizacji najbardziej niebezpiecznych zadań, oczywiście tak gdzie jest to możliwe. Trwają również prace nad realizacja gospodarki obiegu zamkniętego. Jednak nie wszytko mogą wykonywać roboty. Ciągle jeszcze w procesach produkcji i działalności człowiek stanowi konieczne ogniwo.

W KGHM brakuje m. in. mechatroników, automatyków i informatyków. Koncern działa na rzecz Rozwoju kapitału ludzkiego. KGHM sponsoruje na przykład w okolicznych szkołach atrakcyjne pracownie matematyczno-fizyczne, wierząc, że w ten sposób wśród młodych ludzi spopularyzuje zainteresowanie naukami ścisłymi, a w konsekwencji w przyszłości będzie mógł pozyskać utalentowanych pracowników, co oznacza, że jest to organizacja przygotowana na nadchodzące pokolenie alfa.

KGHM wspiera także Fundację Innowacje i Dziedzictwo Kulturowe REVIMIENE. Organizacja prowadzi obecnie drugą odsłonę programu „Przewodnicy KGHM”. Jest to inicjatywa skierowana do młodych osób. Po zakończonej rekrutacji wybrani studenci z całej Polski mogą wziąć udział w zjazdach szkoleniowych, które mają pomóc rozwinąć umiejętności w zakresie wystąpień publicznych, negocjacji, zarządzania. Oprócz praktyki biznesu uczestnicy będą mogli zyskać wiedzę z zakresu geopolityki. Bardzo ważnym elementem są sesje na temat ładu korporacyjnego, który ciężko jest poznać w warunkach akademickich.Zajęcia dla uczestników są prowadzone przez menadżerów KGHM oraz uznane autorytety ze Stanów Zjednoczonych oraz Polski.Wykładowcy zza oceanu Atlantyckiego mają dodatkowo za zadanie zaszczepić amerykańską wizję i optymistyczne podejście do dzisiejszych wyzwań.

KGHM podaje, że program przynosi konkretne efekty. Kilku uczestników programu już pracuje dla koncernu. Przedsiębiorstwo przygląda się poczynaniom pozostałych, by nawiązać współpracę w przyszłości. Prezes KGHM, Marcin Chludziński, słusznie zauważa, że „Dziś w błyskawicznie zmieniającym się otoczeniu coraz większe znaczenie zyskują umiejętności dostrzegania i przewidywania związków przyczynowo-skutkowych, rozumienia globalnych trendów ekonomicznych, kulturowych i politycznych oraz krytyczne myślenie. Takiego chłodnego, logicznego myślenia często brakuje współczesnym Polakom. Dzięki takim inicjatywom chcemy to zmienić. To jest nasza kuźnia kadr, z której będą wychodzić młodzi ludzie godni unieść ciężar wyzwań, które nam stawiają niespokojne czasy.”

W dzisiejszych czasach nie zasoby ludzkie, lecz kapitał ludzki ma znaczenie. Ktoś powie, że to tylko zmiana słownictwa. Otóż nie, różnica jest znacznie ważniejsza, prawie taka jak pomiędzy zyskiem i stratą, a w KGHM rozumieją to doskonale.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Polska od wielu lat zabiega o inwestycje zagraniczne. Wynika to z niedostatecznych oszczędności i kapitałów wewnętrznych. Obcy kapitał przynosi też wiele pozytywnych efektów. Pandemia wpłynęła na zmiany w procesach decyzyjnych związanych z inwestowaniem.

W ciągu ostatnich dziesięcioleci zmieniało się podeście międzynarodowego kapitału do inwestowania w Polsce. Historycznie najchętniej zagraniczni inwestorzy uczestniczy w procesach reprywatyzacyjnych. W niektórych przypadkach były to spektakularne sukcesy, w innych niestety chodziło tylko o likwidację konkurencji. Poległ przemysł samochodowy. Polska nie produkuje własnych samochodów, chociaż wiele się tu ich produkuje. Cementownie znalazły się rękach zagranicznych inwestorów. Wiele rodzimych marek zniknęło. Łatwym łupem dla inwestorów okazał się sektor bankowy. Skutkiem jest teraz to, że Polska ma jeden z najnowocześniejszych systemów finansowych. Negatywnie należy ocenić aktywność inwestorów zagranicznych w projekcie otwartych funduszy inwestycyjnych. To jednak wina całego konceptu, na którym skorzystali ci co się zorientowali. Dlatego trudno jednoznacznie potępić czy pochwalać inwestorów zagranicznych. Pewne jest jednak, że ich działalność wpływa stymulująco na polską gospodarkę.

Do Polski w ostatnich latach przypłynął znaczący kapitał m. in. z Holandii, Niemiec, Francji oraz Stanów Zjednoczonych. Zadomowiły się na nad Wisła światowe koncerny motoryzacyjne takie jak: General Motors, Fiat, Volkswagen, Toyota, Izuzu, Man. Rynek handlu zrewolucjonizowały: Cash & Cary, Media Markt, Saturn, Carrefour, Auchan. Pojawiły się też sieci paliwowe takiej jak BP, Shell, Circle, które jednak nie zagroziły pozycje PKN Orlen. W ostatnim czasie wyobraźnie uruchomiły inwestycje Microsoftu i Gooogle, albowiem są to nie tylko jednymi z największych przedsiębiorstw, ale wyznaczają wręcz kierunki technologiczne.

Po latach Polacy zrozumieli, że zdanie „kapitał nie ma pochodzenia” jest kłamstwem, albowiem istotne znaczenie ma, kto jest właścicielem, bo to on podejmuje najważniejsze decyzje wpływające na życie gospodarcze i społeczne. Warto spostrzec, że w programach prywatyzacyjnych polskich przedsiębiorstw uczestniczyły zagraniczne przedsiębiorstwa państwowe. Oznacza to, że nie było mowy o prywatyzacji tylko o przekazywaniu kontroli nad wybranymi przedsiębiorstwami obcym państwom, a mowa nie o jakiś drobnostkach tylko takich strategicznych spółkach jak Telekomunikacja Polska (Orange), Powszechny Zakład Ubezpieczeń, Elektrociepłownie Warszawskie, banki itd. Z drugiej strony rozproszeni inwestorzy zagraniczni (z różnych państw) zwiększają bezpieczeństwo Polski, albowiem są oni zainteresowani stabilnością państwa w, którym prowadzą interesy. W tym aspekcie pochodzenie kapitału ma nawet pozytywne znaczenie.

Pandemia dokonała poważnej rewizji koncepcji gospodarczych. Zerwane łańcuchy dostaw, chaos logistyczny, wzrost niepewności, oraz potrzeba dywersyfikacji ryzyka sprawiła, że inwestorzy rozważają zmiany w podejściu do lokowaniu kapitału. W ramach tej weryfikacji Polska może znaleźć się w obszarze zainteresowania. Państwo działa w ramach Unii Europejskiej co oznacza, że cały rynek wspólnotowy jest dostępny. Polska ma stosunkowo tani w pozyskaniu kapitał ludzki, a jednocześnie Polacy posiadają wysokie kwalifikacje, uchodzą za bardzo pracowitych i mało roszczeniowych. W ostatnich dziesięciu latach w znaczący sposób poprawiła się infrastruktura, która dla prowadzenia biznesów, zwłaszcza opartych na sprawnej logistyce ma fundamentalne znaczenie.

W Polsce obecnie jest 14 specjalnych stref ekonomicznych, wspieranych przez 74 parki przemysłowe i technologiczne, rozlokowane we wszystkich województwach. Zagraniczny biznes może liczyć na szereg ulg i udogodnień, które pozwalają na szybszy zwrot z inwestycji. Ważne jest nikłe ryzyko inwestycyjne w Polsce oraz stabilność. Polska ma obecnie szansę na pozyskanie znaczących kapitałów zagranicznych. Zobaczymy czy inwestorzy zdecydują się na znaczące inwestycje. Gdyby tak się stało byłby to poważny zysk dla Polski.

Ocena atrakcyjności Polski dla inwestorów w Polsce będzie tematem debat, które będę miał zaszczyt prowadzić, na konferencji gospodarczej WIZJA ROZWOJU, w Gdyni, w dniach 24 – 25 sierpnia 2020 roku. Szczegóły pod linkiem https://wizjarozwoju.pl/ . Zapraszam.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Polska ma dobre zapisy antydyskryminacyjne i pod tym względem wypada nawet korzystnie tle innych państw europejskich. Jest to również jedna z fundamentalnych zasad, której przestrzegają organizacje praktykujące społeczną odpowiedzialność biznesu. Niemniej właśnie rozpoczęło się procedowanie nowelizacji kodeksu pracy, zainicjowanie przez Prawo i Sprawiedliwość zakładające bardziej restrykcyjną walkę z dyskryminacją kobiet na rynku pracy.

Art. 94 § 2 Kodeksu Pracy ma otrzymać brzmienie: „Mobbing oznacza działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu albo różnicowaniu wysokości wynagrodzenia ze względu na płeć pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu pracowników.”

Potrzeba nowelizacji wskazuje, że dotychczasowe przepisy zapewne były niewystarczające. Statystycznie Polki zarabiają kilkanaście procent mniej niż Polacy. Jeszcze w marcu 2020 roku w Polsce rynkiem pracy rządzili pracownicy. Kryzys wywołany pandemią odwrócił tę sytuację i być może znów nadeszły czasy sprzyjające dyskryminacji, w tym również przejawiającą się w wynagradzaniu za pracę.

W relacjach pracodawca – pracownik zawsze zawiera się sprzeczność interesów również w ustalaniu wynagrodzenia. Jednak przedsiębiorcy, którzy z jakiejkolwiek przyczyny stosują jakikolwiek mobbing działają przeciwko sobie. Dyskryminowanie z jakiegokolwiek powodu sprawia, że pracodawcy ryzykują utratą najlepszych pracowników, tylko dlatego, że ci są poddawani mobbingowi. Ta refleksja powinna zawsze im towarzyszyć i być fundamentalnym imperatywem, który powinien ich powstrzymywać od takich praktyk. Przepisy, w tym kodeks pracy i zasady społecznej odpowiedzialności biznesu, powinny mieć w tym zakresie jedynie znaczenie dyscyplinujące i uświadamiające. Równe traktowanie pracowników jest w interesie wszystkich.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Jestem fanem patriotyzmu gospodarczego polegającego na dobrowolnej, świadomej konsumpcji. Oznacza to, że klienci rozumieją, że kupując polskie produkty wspierają krajowe przedsiębiorstwa, a w konsekwencji budują dobrobyt ojczyzny. Niektórzy jednak rozumieją to w zbyt uproszczony sposób.

Przykładem niezrozumienia co to jest patriotyzm konsumencki oraz przekroczeniem uprawnień jest tzw. „lista wstydu” opublikowana na stronie internetowej Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Znalazły się na niej zakłady importujące mleko. Wywołało to oburzenie mediów i branży spożywczej, albowiem jest to bezprawna stygmatyzacja, legalnie i zgodnie z normami i przepisami działających, wybranych podmiotów gospodarczych i dziwię się, że tą sprawą nie zajął się jeszcze Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Wyolbrzymiona przez MRiRW sprawa dotyczy importu poniżej 1 proc. prowadzonego w pierwszym kwartale 2020 roku w Polsce skupu mleka, a więc zupełnego marginesu. Co więcej tzw. „lista wstydu”, a może raczej „lista głupoty” (?) została sporządzona na podstawie zestawieniem zgłoszeń o „przybyciu mleka” do przedsiębiorstw spożywczych, a nie jego zakupie. Część zakładów mleczarskich zgłosiła jedynie przybycie mleka, natomiast go nie kupiła, albowiem zajęła się jedynie przetworzeniem surowca dla zagranicznych zleceniodawców, którym dostarczono gotowy produkt. W ten sposób przedsiębiorstwa wykorzystują wolne moce przerobowe.

W sprawie listy MRiRW stanowisko zajął również Instytut Biznesu w wydanym przez siebie stanowisku. Cały tekst dostępny jest pod linkiem: https://instytutbiznesu.com.pl/wp-content/uploads/2020/05/IB-20-05-21-Stanowisko-ws.-publikacji-Ministerstwa-Rolnictwa-i-Rozwoju-Wsi-dot.-rynku-mleka.pdf Podczas lektury dokumentu zaskoczyło mnie, że import dotyczy mleka ekologicznego, którego na polskim rynku po prostu brakuje. „W kraju rośnie zapotrzebowanie na ekologiczne produkty mleczarskie przy jednoczesnym deficycie tego mleka u krajowych producentów, w związku z tym niektórzy przedsiębiorcy decydują się na sprowadzenie ekosurowca z zagranicy.” Jestem bardzo zdumiony tym, że Polska, która uchodzi za kraj rolniczy i która szczyci się bardzo wysoka jakością żywności, ma tak znikomą produkcję mleka ekologicznego.

Opublikowana przez MRiRW lista odbiera urzędowi powagę, udowadnia brak profesjonalnego podejścia do zagadnienia, które podejmuje i szkodzi gospodarce, ponieważ, zamiast wspierać, napiętnuje polskie zakłady mleczarskie, które działają legalnie, odprowadzą należne daniny i tworzą miejsca pracy. Działalność resortu może to zepsuć w ten sposób, że poddane napiętnowaniu przedsiębiorstwa, zmniejszą produkcję, zwolnią pracowników i przestaną płacić podatki. Czy wówczas Ministerstwo będzie dumne ze swojej działalności? Będzie to zysk czy strata? Patriotyzm gospodarczy jest ważny, nie może być jednak ani ślepy, ani głupi.

Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

„Szczepić się czy się nie szczepić?” –Oto jest pytanie. Na razie nie ma żadnej szczepionki na koronawirusa SARS-CoV-2, więc może pytanie jest bezzasadne, ale istnieje wiele szczepionek na inne bakcyle!

Zdaniem prof. dr hab. n. med. Ernesta Kuchara, który jest Przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Wakcynologii świadomość Polaków w zakresie szczepień ochronnych na tle Europy, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej jest niższa, ponieważ w Polsce cały czas mamy do czynienia z rentą po czasach komunizmu, kiedy to szczepienia były obowiązkowe. Polacy nie podejmowali samodzielnie decyzji o szczepieniach tylko byli do nich zmuszani. Wówczas wyszczepialność była bardzo wysoka, osiągała poziom 95 – 99 procent. Stąd szerzenie świadomości potrzeby szczepień nie było konieczne i zostało zaniedbane”.

Z jednej strony sens i istota szczepień jest w Polsce mało znana, z drugiej strony rośnie ruch antyszczepionkowy. Dla mnie opór przed obowiązkowymi czy przymusowymi szczepieniami jest o tyle zrozumiały, że odpowiedzialność za skutki tego typu profilaktyki spoczywają na pacjencie. To oczywista nie uczciwość państwa, które wymusza i ma roszczenia z tytułu szczepień, ale nie poczuwa się do obowiązków wynikających z ewentualnych negatywnych skutków wynikających ze stosowanego przymusu.

Niezależnie od tego, wiele przemawia za szczepieniami, choć z drugiej strony nie wszystko jest jasne, biorąc pod uwagę, że nic nie zastąpi higieny. Widać to chociażby na przykładzie aktualnej pandemii, w przypadku której nie ma szczepionki. Jedynym orężem w w walce jest higiena!

Oprócz mutującego wirusa grypy i koronawirusa SARS-CoV-2 są też bakterie. Na przykład  pneumokoki (streptococcus pneumoniae – dwoinki zapalenia płuc), które rocznie powodują około 14.500.000 zachorowań oraz 800.000 zgonów u dzieci poniżej 5. roku życia. Z tego też powodu panuje przekonanie, że dorośli nie mogą zakazić się tą bakterią, co niestety nie jest prawdą. Choroba pneumokokowa jest również przyczyną prowadzących do śmierci powikłań u pacjentów w każdym wieku, a w podwyższonej grupie ryzyka znajdują się seniorzy i osoby przewlekle chore.

Polski program szczepień nie nadąża za zmianami demograficznymi. Kończy się on w 19 roku życia. Na świecie pojawił się trend, aby profilaktyka szczepienna obejmowała również dorosłych. Wydaje się to rozsądne, ponieważ profilaktyka, co do zasady, zawsze jest tańsza od leczenia, a to oznacza zysk. Warto też pamiętać, że dotyczy on osób, które w ten sposób nie staną się pacjentami oraz koncernów farmaceutycznych, które czerpią z tego zyski i odciążania służby zdrowia, której zasoby można skierować na pomoc chorym na inne choroby.

„Zyski i straty” – Juliusz Bolek – Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu